Fałsz rozchodzi się sześć razy szybciej niż prawda. Manipulacja ma dziś złą prasę. A właściwie zły PR, co jest szczególnie zabawne, bo to właśnie manipulacja odpowiada za to, jaki PR ktokolwiek, czy cokolwiek, dziś w ogóle ma. Innymi słowy: oskarżanie manipulacji o zły wizerunek to trochę jak oskarżanie ognia o to, że się pali. Ogień się nie obraża. Manipulacja też nie, bo manipulacja nie ma czasu na obrażanie się, ona akurat pracuje nad twoim. Zacznijmy od definicji. Manipulacja to sztuka wpływania na czyjeś przekonania w sposób, który omija świadomą zgodę odbiorcy. Perswazja przynajmniej puka do drzwi i przedstawia się z imienia i nazwiska. Manipulacja wchodzi przez komin, w skarpetkach, o trzeciej nad ranem, i zanim się obudzisz, już siedzi w twojej głowie z nogami na stole, częstując się twoimi lękami jak zmrożonym ptasim mleczkiem prosto z lodówki, a na deser zjada jeszcze twoje poczucie, że sam wpadłeś na ten pomysł.Mózg, czyli leń stuleciaPsychologia tłumaczy to bez ogródek: nasz mózg to nie superkomputer, tylko zapracowany urzędnik, który stempluje wnioski, nie czytając ich do końca, bo kolejka sięga za drzwi. Daniel Kahneman nazwał to Systemem 1, czyli umownie szybkim, intuicyjnym gapciem i Systemem 2, też umownie wolnym, racjonalnym drylem. System 1 to ten kolega, który krzyczy „WĄŻ!” na widok sznurówki. System 2 to ten drugi, spóźniony kolega, który przychodzi pięć minut później z lupą i mówi „no zaraz, sprawdźmy to metodologicznie”, kiedy już wszyscy dawno uciekli i zdążyli to polubić na Facebooku.Manipulator wie jedno: nikt nie budzi Systemu 2 dla posta z emotikoną płonącego języka polskiego. Dlatego mamy nagłówki CAPS LOCKIEM, wykrzykniki jak w liście od cioci i całą architekturę dezinformacji zbudowaną na jednej prostej zasadzie: nie przekonuj, tylko szturchnij w emocję, zanim ofiara zdąży pomyśleć. To jak akwizytor odkurzaczy, który wie, że jeśli dasz klientowi noc do namysłu, obudzi się bez odkurzacza ręcznego za trzy i pół tysiąca, ale za to z rozumem. Więc nie daje ci nocy. Daje tylko piętnaście minut promocji, „tylko dziś” i już człowiek kupuje.Czytaj też: L jak lizusy polityczne. Kaczyński i Tusk, czyli duet marketingowyFake news, czyli plotka po liftinguFake newsy istniały zawsze. Kiedyś nazywały się plotką sąsiadki, potem pomówieniem, a w wersji premium, propagandą wojenną z orkiestrą. Zmieniła się tylko prędkość dostawy. MIT (to skrót od Massachusetts Institute of Technology) policzyło uczciwie: fałsz rozchodzi się w sieci sześć razy szybciej niż prawda, bo prawda jedzie na rowerze z bagażnikiem faktów, a fałsz leci Ryanairem bez bagażu, za to z emocjami w bagażu podręcznym, ale wymiarowym.W Polsce mamy własny, w pełni certyfikowany poligon, farmy trolli, które kiedyś wymagały armii propagandzistów z maszynami do pisania, dziś mieszczą się w jednym pokoju, z kilkoma laptopami i menu powiększonym z dowozem na wieczorną zmianę. Postęp technologiczny w pełnej krasie. Kiedyś do zakłamania opinii publicznej trzeba było całego wydziału. Dziś wystarczy jeden student na zleceniu i dobre Wi-Fi.Deepfake, czyli własne oczy też już kłamiąSkoro słowem już nas dobrze urobiono, przyszedł czas na coś mocniejszego: deepfake, technologię, która podważa ostatnią rzecz, jakiej jeszcze ufaliśmy bezwarunkowo, a mianowicie własne oczy. W amerykańskiej kampanii prezydenckiej fałszywe nagrania krążyły tak sprawnie, że eksperci ogłosili nadejście ery, w której nie trzeba już fabrykować dowodów, a wystarczy, że fabrykacja jest możliwa, żeby każdy prawdziwy dowód dało się odrzucić jako podróbkę. To się nazywa naukowo dywidenda kłamcy. Im więcej fałszywek krąży w obiegu, tym łatwiej złapanemu na gorącym uczynku politykowi powiedzieć „to deepfake” i tym trudniej to sprostować, zanim afera umrze śmiercią naturalną, przysypana kolejną aferą.Innymi słowy: żyjemy w czasach, w których „uwierzę, jak zobaczę na własne oczy” przestało być argumentem, a zaczęło być żartem i to niestety nie z tych śmiesznych.Czytaj też: Zawalona Wieża Eiffla i fałszywy szpital. Google wycofuje nowe narzędzie AIMikrotargetowanie, czyli manipulacja na miarę, jak u krawcaManipulacja masowa, ta z plakatów i wieców, ma jedną wadę: musi trafiać do wszystkich naraz, więc jest toporna jak siermiężny traktor. Współczesna manipulacja, zasilana danymi z platform społecznościowych, nie musi już przekonywać wszystkich tym samym hasłem. Może każdemu wyborcy uszyć osobisty, prywatny lęk na miarę. Rolnik dostaje grafikę o zagrożonych dopłatach. Emeryt, dramatyczny filmik o zagrożonej trzynastce. Młody z dużego miasta, apokaliptyczną wizję zagrożonego stylu życia.Wszystko tego samego dnia, w ramach tej samej kampanii, bez żadnej sprzeczności, bo żadne z tej trójki nigdy nie zobaczy reklamy tego drugiego. To nie jest już propaganda. To butik. Z przymiarką. I każdy wychodzi przekonany, że sam wybrał ten kostium strachu.Polska manipulacja narodowa, czyli sport, w którym jesteśmy mistrzami świataA teraz nasza rodzima specjalność, uprawiana z takim zapałem, że powinna mieć osobną dyscyplinę olimpijską: odwracanie uwagi od zarzutu przez przywołanie rzekomo gorszego zachowania przeciwnika. Zarzut korupcji? „A wy to w latach dziewięćdziesiątych...” Zarzut niekompetencji? „A wasz rząd, to co robił???”. I tak w kółko, aż nikt już nie pamięta, o co poszło na początku, co zresztą jest głównym celem tej techniki. Nie trzeba się bronić merytorycznie, wystarczy zmęczyć przeciwnika do granic wytrzymałości, aż machnie ręką i przełączy kanał na mecz.Towarzyszy temu wiernie efekt fałszywej równowagi, czyli piękne przekonanie, że każda sprawa ma dokładnie dwie strony, jednakowo ważne. Nawet jeśli po jednej stronie stoi profesor wirusolog z trzydziestoletnim dorobkiem, a po drugiej sławna wokalistka z mocnym przekonaniem, że szczepionki to twór, co najmniej szatana. Media, w trosce o obiektywizm, sadzają oboje przy jednym stole i dają każdemu równo po trzy minuty. Formalnie sprawiedliwe. Merytorycznie, to tak, jakby debatę o tym, czy Ziemia krąży wokół Słońca, czy Słońce wokół Ziemi, prowadzić na zasadzie „każdy ma prawo do własnego zdania”, a na koniec zapytać widzów SMS-em, kto ma rację.Szczepionka, której nikt sobie nie zaaplikujeManipulacja przetrwała tysiąclecia nie dlatego, że jesteśmy głupi, tylko dlatego, że jesteśmy ludźmi, istotami zaprojektowanymi przez ewolucję do szybkich decyzji na podstawie niepełnych danych, a nie do spokojnej analizy źródeł przy porannej kawie. Nowe media nie wymyśliły niczego od nowa. Po prostu wzięły stary, sprawdzony mechanizm psychologiczny, podłączyły go do internetu o prędkości światła i puściły z globalnym zasięgiem oraz zerowym kosztem krańcowym, czyli za darmo, co w tym biznesie zawsze oznacza, że to ty jesteś produktem, nie klientem.Jedyną realną obroną pozostaje, niestety, coś tak niemodnego, jak myślenie krytyczne, nawyk pytania samego siebie, komu opłaca się, żebym w to uwierzył, zanim jeszcze zdążę to polubić i udostępnić. Recepta mało efektowna, nie sprzeda się w formie mema, nikt jej nie odpali fajerwerkami w prime time, ale działa, pod warunkiem że ktoś w ogóle zechce ją zażyć, co, patrząc realistycznie na statystyki udostępnień, pozostaje raczej w sferze pobożnych życzeń.A tak w ogóle, to nic nowego pod słońcem. Kiedyś głównym źródłem informacji i kształtowania opinii publicznej byli wójt, ksiądz proboszcz i miejscowa plotkarka spod sklepu. Zmieniły się tylko narzędzia i prędkość dostawy. Jak mawia pewien znajomy informatyk: jest po prostu za dużo bitów w jednostce czasu. Dysk twardy nagrywa bez przerwy, pamięć robocza nie nadąża z przetwarzaniem i szykuje się nam raczej twarde lądowanie — najlepiej bez maseczek, bo te akurat też ktoś nam sprzedał jako deepfake, że o respiratorach nie wspomnę.Czytaj też: AI i deepfake pod lupą. PE wprowadza nowe przepisy, by chronić dzieci