„Let it be…” Spędziłem na Wyspach spory kawałek mojego życia. I wspominam go z nostalgią – być może dlatego regularnie wracam i na nowo odkrywam Wielką Brytanię, która nieustannie się zmienia. Krajobrazowo, historycznie i kulturalnie kraj pozostaje piękny, gospodarczo i politycznie jest coraz gorzej. „Let it be, let it be…” – to pierwsze słowa, które usłyszałem po wylądowaniu po raz pierwszy na lotnisku Johna Lennona w Liverpoolu. I właściwie były to ostatnie na tamtym etapie zrozumiałe dla mnie słowa. Dialekt, którym posługują się mieszkańcy miasta Beatlesów, bardziej przypomina język niderlandzki, niż język Elżbiety II.Z czasem do niego przywykłem, ale pierwsze tygodnie były drogą przez mękę.Wszystko było dla mnie nowe – począwszy od zasad ruchu drogowego, po cotygodniową wypłatę, a nawet codzienne zakupy.Poleciałem do pracy w Wielkiej Brytanii zaledwie moment przed spełnieniem się marzeń Nigela Farage’a, czyli brexitem. Kończyły się rządy Theresy May, a władzę w kraju miał za moment przejąć BoJo, czyli Boris Johnson.ZOBACZ TAKŻE: Boris Johnson rozliczany za działania w pandemii. „Miałem morderczy nastrój”Gdy Brytania wychodziła z Unii, w wielu miastach świętowano. Liverpool – tradycyjnie związany z laburzystami topił rozwodowe smutki w pubach, wieszając na konserwatystach i Farage’u ostatnie psy. Brytyjski rajCzy Wielka Brytania była kiedykolwiek rajem? Podobno przed kryzysem w 2008 roku żyło się tu luksusowo – tak przynajmniej mówili mi Polacy, którzy mieszkali w UK w tym czasie – potem było tylko gorzej, a brexit uczynił z dawnego imperium kraj pogrążony w permanentnym kryzysie.Dwa lata temu, przygotowując materiał o Wielkiej Brytanii, usłyszałem od mieszkających tam Polaków i ekspertów, że „funciakowy raj się skończył”.„Let it be” – mają to, co sobie sami wybrali. Brexitu żałują, problemów nie udało się rozwiązać, a premierzy zmieniają się częściej niż skarpetki. Najbardziej stabilne w brytyjskiej polityce są, póki co, monarchia i kot Larry. Choć pewnie, gdyby przeprowadzić sondaż popularności, okazałoby się, że Larry wypada lepiej od Windsorów, którzy próbują radzić sobie z kolejnymi skandalami. Książę Andrzej i jego związki z pedofilem Epsteinem sprawiły, że wielu Brytyjczyków w monarchii nie widzi już wzoru do naśladowania, lecz bandę niesłusznie uprzywilejowanych snobów. ZOBACZ RÓWNIEŻ: Brat króla Karola odcięty od królewskiego kieszonkowego„Let it be…”. Tylko Larry się ostał w całym tym chaosie. Niedawno doczekał się kolejnego gospodarza domu, w którym przebywa od czasów Davida Camerona. Zmiany, zmiany, zmianyPowrót laburzystów do władzy odbył się w wielkim stylu. Rozłożyli konserwatystów na łopatki, a na Downing Street wprowadził się były prokurator koronny Keir Starmer. Z brytyjskimi premierami bywa tak, że częściej pozbywają się ich koledzy z partii niż wyborcy. Poprzednicy Starmera jako spadkobiercy brexitu żegnali się z urzędem, nie radząc sobie ze skutkami rozwodu z Unią. Liz Truss odpadła po zaledwie kilku tygodniach, choć wydawało się, że po wpadkach znienawidzonego BoJo trudno będzie wypaść gorzej od niego. Pani Liz się udało. Rishi Sunak nie miał już właściwie czego zbierać, a partia, która szorowała po dnie, mogła jedynie tam pozostać. Ale i Keir Starmer musiał się ugiąć pod pręgierzem opinii publicznej i swoich podwładnych. CZYTAJ TAKŻE: Keir Starmer szuka już kolejnego zajęcia. Fucha w strukturach NATOByć może nowy premier – doświadczony głównie w samorządzie dociągnie rządy laburzystów do wyborów. To i tak będzie spore osiągnięcie. A co po wyborach? Wszystko wskazuje, że władzę może przejąć partia Nigela Farage’a.To dość niezwykły paradoks – Brytyjczycy żałują brexitu, a jednocześnie chcą głosować na tego, który jest nazywany jego ojcem. Wytłumaczeniem może być presja migracyjna, z jaką mierzą się Wyspy. Porządek mieli zrobić konserwatyści – nie udało się. Zawiedli również laburzyści, więc coraz więcej mieszkańców UK woła do Farage’a: „make Britain great again”. „Let it be…” – są suwerennym państwem i mogą meblować swoją demokrację tak, jak chcą. Otwarte pozostaje pytanie, czy po Farage’u z brytyjskiej demokracji cokolwiek pozostanie. Bieda po angielskuBrytyjczycy nie są już imperium. Nie są nawet tak bogaci, jak jeszcze przed dekadą. Brexit miał zrobić porządek z migracją. Nie zrobił – liczba nielegalnych migrantów cały czas wzrasta. Wskaźniki gospodarcze są o wiele gorsze. CZYTAJ TAKŻE: Bogacze masowo opuszczają Wielką Brytanię. Powód jest oczywisty4,5 miliona dzieci (a więc jedno na troje) żyje w skrajnej biedzie – wynika z opublikowanego w 2025 roku raportu Children's Commissioner.W skrajnym ubóstwie na początku 2026 roku żyło 6,8 miliona mieszkańców Wysp. Według analiz ekonomicznych po brexicie PKB per capita kraju jest niższe o 6–8 proc., inwestycje spadły o 12–18 proc., a finanse publiczne tracą rocznie kilkadziesiąt miliardów funtów z powodu nowych barier w handlu z Unią Europejską.Być może dlatego laburzystowski rząd dąży do resetu z UE. Koniec imperium? Wielka Brytania to wciąż fascynujący kraj, pełen różnorodności, niesamowitych krajobrazów i wielu możliwości. Na Wyspach działają uchodzące za najlepsze na świecie uniwersytety.Każde imperium mierzy się z kryzysami i problemami. Historia pokazuje również, że każde imperium ma swój kres.Czy Wielka Brytania podniesie się po brexicie i powróci do dawnej świetności? Wszystko w rękach Brytyjczyków. ***Powyższy artykuł jest trzecim artykułem z cyklu „Polityczny Atlas Europy”, w którym opisuję to, jak postrzegają siebie mieszkańcy Starego Kontynentu i jak zmieniają się poszczególne państwa. Dotychczas ukazały się następujące artykuły tego cyklu: 1) Od synów Trajana do „d*py Europy”. Wszystkie kompleksy Rumunów2) Rewolucja nad Balatonem. Dokąd Magyar prowadzi Węgry?