Jan Frycz miał 72 lata. „Bywam niewolnikiem swojego charakteru, swoich przyzwyczajeń, ale jako artysta czuję się wolny. A to znaczy, że jestem skazany na siebie” – mówił w jednym z wywiadów. Nie udzielał ich zbyt wiele, ale gdy już to robił, nie stronił od refleksji na temat swojego zawodu. A w tym był mistrzem. Nawet, gdy grał „drugi plan” czy epizod, nie dało się go nie zauważyć na ekranie. Jan Frycz odszedł 15 sierpnia w wieku 72 lat. Powiedzieć, że „był znany i uznany”, to jak nic nie powiedzieć. Jan Frycz uważany był za mistrza nie tylko wśród widzów, ale także swoich kolegów i koleżanek po fachu.W teatrach, ale i przed obiektywem kamery stworzył wiele wybitnych kreacji. Jan Frycz grywał bohaterów różnych, ale zdaniem krytyków jego najlepsze, najbardziej wyraziste role to postaci, które tłumiły emocje, zmagały się z życiem.„Uciekłem do teatru, do kolorowych ludzi”Pochodził z Krakowa i tam też studiował aktorstwo, które wybrał nieco na przekór rodzinie. Jego ojciec zawód aktora uważał za niepoważny. Miał nadzieję, że syn wybierze bardziej praktyczny i stabilny zawód. Kiedy narodziła się jego pasja? Jakie były jej początki?W wywiadzie z Dominikiem Dudko dla Onetu wspominał o czasie, gdy miał siedem lat i obejrzał film „W samo południe”. – Pomyślałem wtedy, że chcę uciec od tego szarego komunistycznego świata. Nie można było nigdzie wyjechać, więc uciekłem do teatru, do kolorowych ludzi – mówił Jan Frycz. Wiele razy podkreślał, że to właśnie zawód aktora dawał mu poczucie wolności.– Bywam niewolnikiem swojego charakteru, swoich przyzwyczajeń, ale jako artysta czuję się wolny. A to znaczy, że jestem skazany na siebie – mówił w rozmowie z tygodnikiem „Polityka”.O swoim ojcu mówił, że był człowiekiem, który „cenił inteligencję, wysoko stawiał poprzeczkę”. – To był wspaniały człowiek, chociaż czasem okrutny... Gdybym miał dzisiaj podejmować decyzję o swojej przyszłości, na pewno nie zostałbym aktorem – wyznał aktor. Z czasem ojciec po cichu kibicował synowi, który stawał na deskach teatrów i pojawiał się na srebrnym i szklanym ekranie.„Aktor musi umieć upaść. To jest istota tego zawodu”Kariera Jana Frycza zaczęła się od teatru. W tym samym roku, w którym otrzymał dyplom, czyli w 1978 roku, zadebiutował w Teatrze im Juliusza Słowackiego w Krakowie. Zagrał Edmunda w „Damach i huzarach” Aleksandra Fredry w reżyserii Mikołaja Grabowskiego.Na swoim koncie miał wiele ról z rosyjskiej klasyki. Grał m.in. Pieriedonowa w „Małym biesie” Sołoguba (1985), Astrowa w „Wujaszce Wani” (1993 r.) i Wierszynina w „Trzech siostrach” (2001 r.) Antona Czechowa, Pozdnyszewa w „Sonacie kreutzerowskiej” Lwa Tołstoja (1998). Jego współpraca z Krystianem Lupą również owocowała takimi rolami – Iwana w „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego, Poncjusza Piłata w „Mistrzu i Małgorzacie” Michaiła Bułhakowa. Był aktorem spektakli reżyserowanych przez Kazimierza Kutza czy Jana Englerta.– Odszedł ktoś, o kim, myślę, że będą mówione komplementy, że jest niezastąpionym, wspaniałym, wielkim aktorem, choć nigdy o to nie walczył. Na tym polegała również jego siła. Był wielkim aktorem. Był wielką osobowością. Był kimś, kto miał wpływ również na moje życie. Takim go będę wspominał – mówił Jan Englert w rozmowie z Plejadą, wspominając zmarłego aktora, ale także przyjaciela.Do swojej wielkości, ale i do zawodu Jan Frycz podchodził z dużym dystansem i pokorą. Uważał, że „aktor musi umieć upaść”. – To jest ta istota tego zawodu niestety. Jest to przykre, ale to jest prawda. Coraz bardziej tego doświadczam i widzę to coraz dotkliwiej – wyznał w audycji „Portret słowem malowany” u Anny Retmaniak w Polskim Radiu w 2015 roku.„Aktor, który traci dar dziwienia się, jest skończony”Uważał, że „grając jakąś postać, nie chce wszystkiego rozumieć”. – Nie chcę epatować swoim wnętrzem, pokazywać, jaki jestem bogaty duchowo. Aktor przecież, wzorem postaci szekspirowskich, powinien być bezradny wobec świata, wobec uczuć. Potrafię się dziwić, że partner coś do mnie powiedział, choć przecież teoretycznie wiem, jakie zdanie padnie. Aktor, który traci dar dziwienia się, jest skończony. W życiu nie wiemy, co się stanie za chwilę, a aktor musi tę niewiedzę jeszcze udowodnić – wyjaśniał w rozmowie z „Polityką”.Jego zdaniem proste podziały w zawodzie aktora na szkoły czy style gry, nie istnieją. – Ważna jest intuicja. Ale i ona często zawodzi – twierdził. Tej mu chyba raczej nie brakowało.Czytaj także: Zachwycił nawet zagraniczne gwiazdy. Tak smakował fast food PRL-uPoczątek kariery Jana Frycza upłynął pod znakiem teatru. Świat filmu „upomniał się” o niego na dobre w latach 90. Wcześniej grywał epizody w takich filmach jak „Wielki Szu” Sylwestra Chęcińskiego, czy w „Zielonej miłości” Stanisława Jędryki. Jego filmowym debiutem był film „Dagny” Haakona Sandøy.– W polskim filmie dość często się zdarza, że role drugoplanowe są lepiej napisane niż pierwszoplanowe – twierdził. W jego przypadku tzw. drugie plany stały się jego znakiem rozpoznawczym. Gdy pojawiał się na ekranie, nie dało się go nie zauważyć.Bohaterowie, w których się wciela, mieli zróżnicowane charaktery. Te najbardziej wyraziste, które stworzył to wypalony homoseksualista w „Egoistach”, czy zagubiony przedwojenny inteligent w „Pożegnaniu jesieni” w reżyserii Mariusza Trelińskiego.W „Pornografii” Jana Jakuba Kolskiego wcielił się w pułkownika, który podczas II wojny światowej przechodzi załamanie nerwowe i nie może dalej walczyć. Przykuwającą uwagę rolą była również ta w „Pręgach” Magdaleny Piekorz. Partnerował tam Michałowi Żebrowskiemu w roli despotycznego i przemocowego ojca.„Najpierw napiłbym się herbatki z cukrem bez cytrynki”Jan Frycz nie stronił od komedii i produkcji przeznaczonych dla masowego widza. W filmie „Nigdy w życiu” z 20024 roku, który powstał na podstawie bestsellera Katarzyny Grocholi, zagrał Tomasza, męża głównej bohaterk – Judyty. Wypowiadana przez niego kwestia „Nie dramatyzuj. Rozstańmy się kulturalnie” stała się w pewnym sensie jego znakiem rozpoznawczym.Dużo więcej tych, z których stał się rozpoznawalny i które weszły do języka potocznego, pojawiło się w serialu „Ślepnąc od świateł”. Jan Frycz wcielił się w tej produkcji w postać gangstera starej daty – Dario. Serial powstał na podstawie książki Jakuba Żulczyka pod tym samym tytułem i miał osiem odcinków. „Najpierw napiłbym się herbatki z cukrem bez cytrynki, herbatki z cukrem bez cytrynki powiedziałem”; „Ale to nie do mnie tak, do mnie nie”; „Obserwować Ciebie to jest sama przyjemność. To jak oglądać aktora we filmie. (...) Ja film oglądam z Tobą sobie teraz” – to tylko niektóre z nich.Aktor nie stronił od seriali, ale konsekwentnie odmawiał udziału w operach mydlanych i tasiemcach. Postacią Dario zdobył uznanie wśród starszej, jak i młodszej części widowni. Mało brakowało, a nie przyjąłby tej roli. Na początku realizacji „Ślepnąc od świateł” nie mógł się dogadać z reżyserem Krzysztofem Skoniecznym. Nie chciał przytyć, nie chciał ogolić głowy. W końcu reżyserowi udało się go do tego namówić.– Powiedziałem reżyserowi Krzysztofowi Skoniecznemu, że interesuje mnie w tej postaci jej sztuczność. Zaczęliśmy pracować nad frazą, sposobem mówienia. Wszystkie przekleństwa, wulgaryzmy potraktowałem jako melodię języka, a więc błyskotliwość i temperament Daria – mówił w rozmowie z „Newsweekiem”.Przyznał, że postać ta zaintrygowała go z racji „pewnej metafizyki”. – Można się zastanawiać, czy Dario w ogóle istnieje, może jest wytworem wyobraźni, a może jest wszędzie i wie wszystko – wyjaśniał w wywiadzie.Krytycy uważali, że Frycz nie oszczędzał granych przez siebie postaci, czasem wręcz im z „masochistyczną” satysfakcją dokuczał, ale starał się też je zrozumieć i robił to świetnie. „Jest artystą finezyjnie inteligentnym, który wyżej od aktorstwa profesjonalnego ceni sobie przygodę wyobrażania” – mówił o nim Krystian Lupa.„Jeśli już coś sobie powtarzam, to, że trzeba żyć”Ostatnim filmem z udziałem Jana Frycza był „Król dopalaczy”. Debiucie Pata Howla i Katarzyny Samsel. Zagrał w nim rolę gangstera Gewera. To dramat sensacyjny oparty na prawdziwych wydarzeniach z początków lat dwutysięcznych. Opowiada historię studenta Dawida, który szukając szybkiego zarobku, dostrzega lukę prawną i zaczyna produkować oraz sprzedawać nowo powstające substancje psychoaktywne jako legalne produkty. Na premierze tego filmu, która odbyła się 11 marca 2026 roku, Jan Frycz pojawił się publicznie po raz ostatni.Aktora widzowie najprawdopodobniej zobaczą również w filmie „Wanda”, który opowiada historię życia Wandy Rutkiewicz i do którego zdjęcia trwają. We wrześniu premierę w Teatrze Telewizji na antenie TVP1 będzie miał spektakl „Król Maciuś Pierwszy” w reżyserii Tadeusza Kabicza. Jan Frycz wciela się w nim w Prezesa Rady Ministrów.Jan Frycz, choć chorował, nie mówił o tym publicznie. Mimo problemów ze zdrowiem nie odpuszczał i pracy, i życia. – Jeśli już coś sobie powtarzam, to, że trzeba żyć, być tu i teraz, cieszyć się każdą chwilą – mówił w rozmowie z Onetem. Odszedł w wieku 72 lat.Czytaj także: Największa atrakcja imprez w PRL. Bareja „uwiecznił” ją w serialu