Tajemnica lodowca. Pół wieku temu – 15 sierpnia 1976 roku – samolot pasażerski Vickers Viscount, ekwadorskich linii SAETA, z 59 osobami na pokładzie, wystartował z lotniska Quito, zmierzając do Cuenca. Po 21 minutach lotu maszyna zniknęła bez śladu. Szukało jej wojsko, a nawet jasnowidze najęci przez rodziny ofiar. Pojawiły się teorie o porwaniu przez UFO. Dopiero po 26 latach od zaginięcia dwaj alpiniści natrafili na szczątki samolotu na zboczu stratowulkanu Chimborazo, największej góry Ekwadoru. W niedzielę 15 sierpnia 1976 roku o godz. 8:06 z lotniska Quito-Mariscal Sucre w Ekwadorze wystartował czterosilnikowy Vickers Viscount linii lotniczych SAETA. Na pokładzie samolotu znajdowało się czworo członków załogi i 55 pasażerów, w tym 11 dzieci. Lot do Cuenca był opóźniony z powody złej pogody, ale to nie było nic niezwykłego w tym regionie. Dokładnie o godz. 8:27, kapitan Marcelo Alemán zgłosił lot na wysokości 18 000 stóp (5486 metrów). Samolot znajdował się wtedy nad radiolatarnią w Ambato, czyli ok. 96,5 km od Quito. To był ostatni kontakt z maszyną. Lot SAETA 011 nigdy nie dotarł do Cuenca. Tropy wiodą do wulkanów Bardzo szybko wszczęto poszukiwania zaginionej maszyny. W akcji brało udział ekwadorskie wojsko, które wsparło lotnictwo wojskowe Stanów Zjednoczonych. Nad prawdopodobną trasą lotu wykonano setki lotów. Spekulowano, że samolot mógł się rozbić o zbocze stratowulkanu Chimborazo (największej góry Ekwadoru – ok. 6300 metrów nad poziomem morza), a jego szczątki przykryła lawina wywołana uderzeniem. Jednak ekwadorskie służby miały przeszukać pokryty lodem i śniegiem wulkan, nie natrafiając na żaden ślad maszyny czy pasażerów. Inna wersja zakładała, że samolot spadł do dżungli we wschodnich Andach, a roślinność zakryła szczątki. Ostatnia zaś zakładała, że do katastrofy doszło między szczytami aktywnych wulkanów Tungurahua (5023 m n.p.m.) oraz Sangay (5230 m n.p.m). Zdesperowane rodziny ofiar szukały pomocy nawet u jasnowidzów i innych podobnym im szarlatanów. Poważnie rozważano teorię o porwaniu samolotu przez UFO. Czytaj także: Zaginięcie samolotu MH370. Kolejna misja ma rozwiązać zagadkę sprzed lat Przypadkowe odkrycie Kolejne lata nie przyniosły żadnej odpowiedzi co do losu lotu SAETA 011. Aż w październiku 2002 roku doszło do zaskakującego przełomu. Dwaj alpiniści – Pablo Chíquiza i Flavio Armas – postanowili wejść na Chimborazo od niezbadanej strony. Gdy znajdowali się na lodowcu García Moreno, na wysokości 5500 m n.p.m., natknęli się na szczątki samolotu. Zabrali ze sobą kawałki gazet, które pomimo upływu 26 lat wciąż były czytelne. Obaj spędzili nawet noc w pobliżu wraku. Gdy zeszli z góry, napotkali rolnika, którego zapytali, czy słyszał coś o katastrofie samolotu na zboczu wulkanu. Ten odparł, że teren przeszukiwało wojsko, ale nie znaleziono nikogo żywego. Dlatego obaj wspinacze nie zgłosili nikomu swojego odkrycia, będąc przekonani, że służby wiedzą o wraku. Kilka miesięcy później, w lutym 2003 roku, oficjalnie potwierdzono znalezienie szczątków samolotu i ofiar lotu SAETA 011. Przyczyniło się do tego prywatne śledztwo alpinistów, którzy postanowili jednak samemu zbadać sprawę tajemniczego wraku w okowach lodu. Obszar, na którym znajdują się szczątki, został ogłoszony „świętym cmentarzem”, ponieważ władze uznały, że nie ma możliwości zabrania stamtąd ciał wszystkich ofiar. Nie udało się wyjaśnić dlaczego samolot uderzył w zbocze wulkanu Chimborazo. Czytaj także: Samolot z 11 osobami zniknął z radarów. Trwa akcja poszukiwawcza