„Strzał w twarz”. Jaki czas temu pewna mama, opowiadając o ciężkiej chorobie swojego dziecka, gdzieś między wierszami rzuciła informację o tym, jak pewien znany sportowiec, wiedząc o tej konkretnej sytuacji (gdyż jego dziecko chodziło do klasy z tym chorym!), w żaden sposób nie wsparł zbiorek organizowanych na leczenie. Ale chwilę później, w dość spektakularny sposób przyłączył się do wielkiej, ogólnopolskiej akcji pomocowej, popłynął na fali charytatywnego uniesienia, bo… to mu się po prostu (w tym przypadku wizerunkowo) opłacało. Zatem, w skrócie: Zignorował chorobę dziecka w swoim najbliższym otoczeniu (bo raczej nie jest możliwe, by on, czy też jego żona nie dostrzegli tej koszmarnej historii rozgrywającej się tuż obok), ale znalazł przestrzeń na to, by dołączać do rozdmuchanej w sieci wielkiej akcji. Oczywiście, że mógł to zrobić (nawet ostatnio pisałam o tym, jak trudne mogą być wybory tych, którym chcemy pomóc, w obliczu tylu potrzeb tak wielu doświadczanych przez los osób), trudno rozliczać ludzi z ich osobistych wyborów dotyczących tego, komu i jak pomagają, ale trudno też nie zauważyć pewnej koincydencji.Liczy się kasa Z moich rozmów z ludźmi, którzy zajmują się kampaniami społecznymi, czy też działalnością charytatywną wynika, że często tak to właśnie działa. Że wielu znanych i lubianych nie jest kompletnie zainteresowanych udziałem w pomocowych, czy też społecznych, edukacyjnych zrywach, no chyba że te stają się internetowym viralem, albo… za takim udziałem gwiazdy w projekcie idzie po prostu kasa.Zatem tu wygrywają duże fundacje i organizacje, które mają budżet na to, by zapłacić celebrytom. Lub twórcy internetowi, którzy mogą zagwarantować efekt „wow” w oparciu o swoje gigantyczne zasięgi (bądź też interesującą daną gwiazdę grupę docelową).Oczywiście, zawsze można stwierdzić, że celebryci są zbędni, że nagłaśnianie akcji społecznych nie musi opierać się na ich mediach społecznościowych, że można oddolnie, powoli, niszowo, bez dużych nazwisk… Ale umówmy się, o wielu takich przedsięwzięciach nie mielibyśmy pojęcia, gdyby nie znane twarze na billboardzie, w instagramowej rolce, jakiś wywiad, w którym gwiazda opowiada o swoim zdrowotnym problemie, jakieś szokujące wyznanie, które otwiera dyskusję, każe nam „coś” zauważyć. Przypuszczam, że dziś bylibyśmy w lesie ze świadomością np. na temat depresji, raka piersi, innych chorób, gdyby nie fakt, że kilkoro rozpoznawalnych Polaków zdecydowało się o swojej chorobie opowiedzieć (o czym też już kiedyś pisałam). Zatem roli osób popularnych nie można bagatelizować.Pewnie też zdarzają się i tacy, którzy włączają się do różnych akcji bezinteresownie. Wierzę, że tak też się działa…Czytaj też: Wyjechała do Dubaju, by pozbyć się… polskiej poczciwościCzysta kalkulacja Niestety w wielu sytuacjach taki udział w kampanii społecznej to czysta kalkulacja. Nic więcej. Celebrytami rządzą pobudki merkantylne (bądź czysto wizerunkowe, wystarczy wspomnieć kilka ostatnich medialnych „washingów”, które przez przypadek pojawiały się w życiu gwiazdy tuż po jej głośnych wizerunkowych wpadkach), o czym opowiedziały w nowym odcinku podcastu „Powiem to pierwszy raz” organizatorki kampanii „Daj się odkryć”, której zadaniem jest normalizowanie łuszczycy.– Odpadamy na starcie, bo nie mamy budżetu – mówiły Dominika Jeżewska, w sieci znana jako „Pani Łuska” oraz Anka Tajkiewicz, fotografka. – Jeden aktor powiedział, że jego słowo łuszczyca obrzydza i on w ogóle nie może tego słuchać – dodały. – 150 wysłanych maili i trzy odpowiedzi – kontynuowały, zaznaczając:– Tworzymy kampanię społeczną, pomagamy ludziom, robimy to z odruchu serca, chcemy coś zmienić, a ktoś sprowadza to do pieniędzy. A są to osoby, które znamy ze szklanych ekranów.I znów: Każdy ma prawo do tego, by zgodnie ze swoim sumieniem podejmować decyzję o udziale (albo i braku zaangażowania) w akcjach społecznych, charytatywnych. Jednak byłoby dobrze, gdybyśmy my, jako odbiorcy kampanii lub fani gloryfikujący swoich idoli za ich społeczną misję, zdawali sobie sprawy z tego, jak wyglądają kulisy tej misyjności.