Barwna liga i twardy biznes. Do poziomu sportowego MLS można mieć wiele zastrzeżeń, jednak jeśli chodzi o urozmaicanie systemu rozgrywek i ich promocję, to od amerykańskich menedżerów jest się czego uczyć. MLS to biznes bez sentymentów. Analizujemy, jak amerykańska liga zmienia zasady gry, przechodzi na system jesień-wiosna i walczy o kibiców.Na mniejszą niż w Europie popularność piłki nożnej w Stanach Zjednoczonych złożyło się kilka elementów, z czego dwa wydają się fundamentalne. Na Starym Kontynencie kluby piłkarskie wywodziły się najczęściej z różnego rodzaju wspólnot. To ludzie oddolnie skrzykiwali się w drużyny, a następnie powstawały kluby, które, krok po kroku, miały coraz poważniejsze struktury.Po drugiej stronie Atlantyku takie zjawisko na szeroką skalę nie wystąpiło. Sport amatorski, a następnie zawodowy, organizował się w szkołach. I właśnie w takiej strukturze historycznie zadomowiły się jako pierwsze koszykówka i futbol amerykański.Futbol w USA musi walczyć o miejsce przy stoleDziś to dwa najpopularniejsze sporty w całym kraju i jednocześnie dyscypliny, których formuła sprzyjała sprzedawaniu reklam w telewizji. Dużo przerw w grze sprawiało, że było i wciąż jest więcej przestrzeni dla reklamodawców. W piłce nożnej obowiązują dwie 45-minutowe połowy, co tamtejszym telewizjom się nie kalkulowało.Najlepiej ten fakt pokazuje szeroko komentowana przerwa na picie podczas niedawnych mistrzostw świata w Meksyku, Kanadzie i USA. De facto, na czas mundialu, z piłki nożnej złożonej z dwóch połów zrobiono sport składający się z czterech kwart. Niby chodziło o zdrowie zawodników narażonych na grę w upale, ale dla amerykańskich nadawców była to doskonała wymówka do upychania reklam.Piłka nożna w amerykańskiej kulturze masowej musiała i wciąż musi więc o swoje miejsce walczyć.MLS wyprzedziła MLBI trzeba przyznać, że menedżerowie pracujący w MLS robotę wykonują więcej niż przyzwoicie. W styczniu tego roku tygodnik „The Economist” podał, że topowe piłkarskie rozgrywki w USA wyprzedziły pod względem popularności Major League Baseball. Jako sport numer jeden piłkę wskazywało 10 proc. badanych, podczas gdy baseball 9 proc. Dla porównania kibice koszykówki to 17-procentowa społeczność, a NFL 36-proc.Dane te dla władz MLS są jasnym sygnałem, że wysiłek w rozwijaniu rozgrywek nie poszedł jak krew w piach. Można zaryzykować stwierdzenie, że futbol w USA to permanentne „case study” z wdrażania produktu na rynek. Jest tu i domieszka sportu amerykańskiego, i europejskiej piłki, i w końcu własnych rozwiązań.Od 10 drużyn w 1996 r. do 30 w 2026MLS rozpoczynała rozgrywki w 1996 r. z dziesięcioma drużynami, a teraz jest ich 30 – po 15 na Konferencję Wschodnią i Zachodnią. Powstaje także coraz więcej stricte piłkarskich stadionów. Tutaj też można mówić o ogromnym rozwoju. Mowa o 22 takich obiektach, a dwa kolejne są w trakcie budowy (NYCFC i Chicago Fire).Wzorem innych amerykańskich „franchises” (synonim klubów w tamtejszej nomenklaturze), kluby piłkarskie chcą być przyjazne i docierać do jak najszerszego grona fanów, w tym np. do środowisk LGBTQ+. Na najgłośniejszych częściach trybun nie dziwią więc tęczowe flagi. Dla porównania na stadionie Legii na trybunie zwanej „Żyletą” zachrypły zapiewajło stoi na rusztowaniu przyozdobionym znakiem zakazu skrętu w lewo.Oryginalne tradycje amerykańskiej ligiKluby i kibice sami zaprojektowali od podstaw swoje tradycje. Niektóre z nich są mocno oryginalne. Fani Colorado Rapids dają najlepszemu zawodnikowi meczu… ręcznie wykonany i doskonale pomalowany pagaj. Na stadionie Columbus Crew bramki świętuje się rozwalaniem pustaków wielkim młotem pneumatycznym (tzw. jackhammer). Na obiekcie Portland Timbers bramkę świętują cięciem piłą mechaniczną drewnianego bala. A to tylko przykłady pierwsze z brzegu. Takich ciekawostek związanych z MLS jest znacznie więcej, co sprawia, że liga jest pod tym względem wyjątkowo barwna. Przedstawić wszystkich tutaj nie sposób.Co tu dużo mówić – w USA musi być show i Amerykanie umieją w show. Prosta sprawa: piłka ma dawać radość kibicom, generować pozytywny klimat, pieniądze, zamiast emanować z trybun agresją ze sterydowego testosteronu.Kibic amerykański nie lubi remisów i meczów o pietruszkęKibic amerykański nie lubi też remisów i meczów o pietruszkę. Jeśli spojrzeć na to, jak amerykańskie rozgrywki są poukładane, można odnieść wrażenie, że „mecze o nic” władze MLS starają się ograniczyć do minimum. Stosowane są przy tym ciekawe rozwiązania zarówno w samej MLS, jak i w rozgrywkach towarzyszących.Wzorem innych amerykańskich lig nie ma spadków i awansów. Najlepszy zespół sezonu zasadniczego MLS zdobywa trofeum Supporters’ Shield (Tarcza Kibiców). Ma to przypominać ligowe finisze, jakie znamy w Europie, ale rozgrywki się na tym nie kończą.Dużo tricków na podkręcenie rywalizacjiZespoły, które zajmą miejsca 1-7 w obu konferencjach, grają później systemem pucharowym (play-offy) o miejsce w MLS Cup, czyli finale ligi (powiedzmy, takim odpowiedniku NBA Finals czy Super Bowl). Tutaj małe zastrzeżenie – pierwsza runda play-offów to gra do dwóch zwycięstw. Jeśli mecz kończy się remisem po 90 minutach, to rozstrzygnięcie zapada w rzutach karnych. Maksymalnie są trzy mecze. Z kolei pozostałe rundy, łącznie z finałem, to już jedno spotkanie (są dogrywki i karne).Aby pobudzić rywalizację w konferencjach, zdecydowano, że ekipy z miejsc 8-9 w tabeli otrzymają „dzikie karty” i zagrają między sobą jeden mecz o wejście do pierwszej rundy play-offów. W praktyce oznacza to, że wiele drużyn do samego końca rywalizacji w konferencjach jest w zasięgu walki o „dzikie karty” i przez to o play-offy. Można więc nie dość, że zagrać beznadziejny sezon i na finiszu wskoczyć do grona najlepszych tylnymi drzwiami, to jeszcze – w teorii – zdobyć MLS Cup.Ale system play-offów oznacza, że nie zawsze drużyna, która okaże się najlepsza w sezonie zasadniczym, sięgnie także po MLS Cup. Tak było w poprzednim sezonie. Supporters’ Shield wzięła Philadelphia Union, ale triumfatorem play-offów był Inter Miami Leo Messiego. Jednak w 2022 r. oba najważniejsze ligowe tytuły zgarnęła za to ekipa Los Angeles FC, mająca wtedy w składzie Garetha Bale’a i Giorgio Chielliniego.Mecz ligowy i zarazem mecz o trofeumRywalizację urozmaica się na jeszcze inne sposoby. Weźmy taki Teksas, tzw. Lone Star State (Stan Samotnej Gwiazdy). Drużyny z tego regionu w ramach normalnych meczów ligowych walczą o dwa trofea.To derby Teksasu pomiędzy FC Dallas i Houston Dynamo FC. Drużyna lepsza w meczach bezpośrednich w ciągu sezonu zabiera do siebie El Capitána, czyli 360-kilogramową replikę górskiej haubicy z XVIII wieku! Ale to nie wszystko w Teksasie, bo także w ramach rozgrywanych meczów w MLS toczy się walka o Copa Tejas. To inny rodzaj derbów, w których do FC Dallas i Houston dołącza jeszcze Austin FC. Tutaj najlepsza drużyna z małej tabelki zgarnia Copa Tejas.Tłumacząc z teksańskiego na polskiPróbując przetłumaczyć to z teksańskiego na polski: w pierwszym wypadku to mniej więcej tak, jakby Polonia Warszawa z Legią grały w ramach Ekstraklasy o dodatkowy puchar przyznawany za bycie najlepszą drużyną w Warszawie. Z kolei w drugim przypadku mielibyśmy jeszcze małą tabelkę złożoną z Polonii, Legii, Radomiaka i Wisły Płock. Wszystkie ekipy z Mazowsza walczyłyby wewnątrz Ekstraklasy o – załóżmy z przymrużeniem oka – Copa Mazovia.Takich wewnętrznych pucharów w MLS mamy aż dziesięć, bo Amerykanie lubują się w swoich odwiecznych „rivalries” – w Europie powiedzielibyśmy klasyków.Piekło istniejeInne to np. Rocky Mountain Cup pomiędzy Colorado Rapids a Real Salt Lake czy Cascadia Cup, o który grają Portland Timbers, Seattle Sounders i Vancouver Whitecaps. Do tego są jeszcze klasyki nieoficjalne, bardziej przypominające futbol europejski. Dwa mają świetnie wpadające w ucho nazwy – „El Tráfico”, czyli derbowe starcie Los Angeles FC z LA Galaxy oraz „Hell Is Real derby” (w wolnym tłumaczeniu: piekło istnieje), czyli mecze Columbus Crew z FC Cincinnati.Władze amerykańskiej ekstraklasy ponadto ściśle współpracują z ligą meksykańską. Efektem jest All Star Game, w którym gwiazdy MLS grają przeciwko gwiazdom Ligi MX. Jest również Campeones Cup – mecz zdobywcy MLS Cup z triumfatorem meksykańskiej Superpucharu. Ale to wciąż nie wszystko, bo obie ligi stworzyły wspólne rozgrywki pucharowe Leagues Cup (Puchar Lig). Impreza rusza, gdy sezon regularny MLS jest już mocno zaawansowany.Drużyna, która przegrała, bierze jeden punktI tutaj też są bardzo ciekawe rozwiązania mające na celu podkręcić rywalizację. Mecze zakończone remisem w Leagues Cup rozstrzygają się od razu w karnych – drużyna zwycięska zgarnia wtedy dwa punkty, a przegrany jeden. Z kolei zespół, który wygra w 90 minutach bierze tradycyjnie trzy punkty. Taki system powoduje spłaszczenie tabeli i rywalizację w Leagues Cup do samego końca. Trzy najlepsze drużyny tych rozgrywek zapewniają sobie miejsce w CONCACAF Champions Cup, czyli odpowiedniku naszej kontynentalnej Ligi Mistrzów. Jest o co grać.W Stanach Zjednoczonych mamy jeszcze US Open Cup (odpowiednik krajowego pucharu), ale drużyny zakwalifikowane do Leagues Cup i Champions Cup nie biorą udziału w tych rozgrywkach, bo piłkarze byliby za bardzo obciążeni terminarzem. Równocześnie istnieje jeszcze rywalizacja o mistrzostwo Kanady. Tutaj udział biorą trzy ekipy z MLS – Vancouver Whitecaps, Toronto FC i CF Montreal oraz zespoły z Kanadyjskiej Premier League.Nie ma oporów, by zerwać umowę z Apple TVMLS, wzorem innych amerykańskich sportów, ma również nałożoną odgórnie granicę zarobków piłkarzy (salary cap). Kontrakty zawodników należą do samej ligi, a nie do właścicieli poszczególnych drużyn. Aby zachować parytet, MLS stosuje limit wynagrodzeń oraz kilka złożonych mechanizmów finansowych, które pozwalają klubom przekraczać limit. Wyłączeni z limitu płacowego są „wyznaczeni gracze”. Właśnie taki status w Chicago Fire posiada Robert Lewandowski.MLS to barwne, żywe środowisko, ale również biznes bez sentymentów. Jeśli coś przestaje działać lub nie przynosi zakładanych efektów, nikt nie czeka i nie boi się radykalnych decyzji. Najlepszym przykładem była umowa z Apple. Kiedy okazało się, że zamknięcie transmisji w płatnej usłudze MLS Season Pass hamuje rozwój ligi i nie przyciąga nowych kibiców, od razu zrewidowano strategię. Pierwotnie kontrakt podpisano w 2022 r. na 10 lat, ale skrócono go aż o 3,5 roku w 2025 r., żeby liga mogła poszukać lepszych nowych rozwiązań telewizyjnych.Amerykanie nie bali się też rewolucji w samym kalendarzu i przejdą na system jesień-wiosna, z przerwą zimową, od sezonu 2027/2028 z przejściowym rokiem 2027. Dzięki temu MLS chce zsynchronizować się z Europą, łatwiej przeprowadzać transfery i unikać sytuacji, w których mecze ligowe nakładają się na spotkania w kalendarzu FIFA.Władze MLS cały więc czas kombinują, ulepszają i szukają idealnej formuły. I choć tradycjonaliści mogą kręcić na to nosem, jedno trzeba oddać – futbol w USA nie stoi w miejscu, bo walka o swój kawałek tortu nie ustaje.Czytaj także: Federacja spłaciła kochankę Infantino? „Sześciocyfrowa suma”