Sezon trwa 365 dni w roku. Sezon ogórkowy trwa często miesiąc, jeśli w ogóle. Natomiast najbardziej rozwinięta gałąź polskiego przemysłu politycznego: sezon na podlizywanie się, trwa 365 dni w roku, 24 godziny na dobę. Nie od dziś wiadomo, że każda kampania polityczna ma dwóch odbiorców: elektorat i własnego prezesa lub przewodniczącego. Z tym że o ile do elektoratu wolno czasem mówić prawdę, o tyle do prezesa lub przewodniczącego – nigdy, chyba że prawda akurat brzmi „ma pan/pani rację”. Polska klasa polityczna opanowała tę dyscyplinę do tego stopnia, że gdyby lizusostwo było olimpijską konkurencją, reprezentacja RP przywoziłaby złoto z każdych igrzysk, a przeciwnicy skarżyliby się na doping. Choć reprezentacja administracji Pomarańczowej nadziei białych jest godnym przeciwnikiem. No ale ok. Zostańmy w kraju. Lizusostwo jako styl życia politycznego: hołd dla prezesa Zacznijmy od klasyki, czyli relacji poseł–prezes, gatunku tak trwałego w polskiej polityce, że powinien mieć własną Księgę Gatunków Zagrożonych Wyginięciem Kręgosłupa. Jarosław Kaczyński od lat słynie z tego, że – jak ujął to niedawno pewien komentator – nie toleruje sprzeciwu ani dyskusji, a mimo trzęsienia ziemi we własnej partii wciąż wygrywa sondaże na lidera prawicy, wyprzedzając nawet własnego, niezależnego prezydenta. Oczywiście nic nie jest dane raz na zawsze i jak to pisano kiedyś „coś drgnęło w rajstopach” tzn. w sondażach, ale o sondażach więcej w dalszej części. Sekret tej trwałości nie leży wyłącznie w charyzmie, tylko w prostym mechanizmie: kto się nie zgadza, zakłada sobie własne stowarzyszenie kawałek dalej, a kto się zgadza, jedzie w piątkowy poranek składać kwiaty na Placu Piłsudskiego, niezależnie od pogody, frekwencji i tego, czy akurat pan poseł ma kaca…tfu, katar oczywiście. Rytuał lojalności odprawiany jest co miesiąc z taką regularnością, że w branży PR nazwalibyśmy to „utrzymaniem zaangażowania rdzenia elektoratu przez cykliczny content wizerunkowy” – w języku ludzkim: wiązankę trzeba złożyć, bo inaczej ktoś zapyta, gdzie byłeś, ty niedobry. Po drugiej stronie sceny lizusostwo w górę wygląda subtelniej, bo Koalicja Obywatelska lubi siebie postrzegać jako partię demokratyczną, w której nikt nikomu nie musi całować pierścienia. Tyle, że kiedy premier ogłasza kierunek, rzadko który minister publicznie zauważa, że kierunek prowadzi pod górkę – a jeśli już zauważa, robi to zwykle po odejściu z rządu, nigdy w trakcie. Czytaj też: Suski porównuje Tuska do Brauna. „Siebie warci”Sam Kierownik Tusk zresztą, co ciekawe, potrzebuje Kaczyńskiego niemal tak samo, jak Kaczyński jego. Strach przed powrotem PiS mobilizuje elektorat KO równie skutecznie, jak opór wobec rządu mobilizuje elektorat PiS. Dwaj panowie, którzy oficjalnie nie znoszą się od dekady, w praktyce prowadzą najdłuższy, najbardziej dochodowy duet marketingowy w historii polskiej polityki – tyle że żaden z nich nie przyzna tego głośno, bo lizusostwo wobec własnego elektoratu wymaga udawania, że ten drugi to śmiertelny wróg, a nie, powiedzmy, wieloletni partner biznesowy w podtrzymywaniu wzajemnej frekwencji. Studium przypadku: dwór na Nowogrodzkiej Żeby nie poprzestać na teorii, warto przyjrzeć się z bliska najbardziej podręcznikowemu środowisku lizusowskiemu ostatnich miesięcy, czyli otoczeniu prezesa PiS w szczytowym momencie partyjnego kryzysu lojalnościowego. Kiedy Jacek Sasin pochwalił się, że jego stowarzyszenie jako jedyne cieszy się błogosławieństwem Kaczyńskiego Jarosława, Marek Suski jak donoszą kuluary, nie mógł tego znieść i błyskawicznie założył własne, jeszcze „bardziejsze” ugrupowanie: Stowarzyszenie Porozumienie Centrum imienia Kaczyńskiego Lecha, a co? Twór skrojony tak, by nazwiskiem w tytule przypieczętować lojalność silniej niż jakikolwiek inny konkurent na rynku stowarzyszeń. To już nie jest zwykłe lizusostwo, to jest lizusostwo w wersji level master, o przepraszam Pana posła, już wyjaśniam: poziom mistrzowski: kto pierwszy wpisze w statut właściwe nazwisko, ten wygrywa rundę, ale jeszcze nie mecz. Czytaj też: Kaczyński atakuje Morawieckiego. „Jest w jakimś dziwnym stanie” Wyjątek potwierdza regułę: Morawiecki przestaje się kłaniać I tu dochodzimy do przypadku najciekawszego z punktu widzenia marketingu, bo w tej całej hodowli lizusów pojawił się okaz, który – ku zdziwieniu hodowcy – przestał reagować na dotychczasowe bodźce. Mateusz Morawiecki, przez lata wzorowy uczeń szkoły lojalności, publicznie zakwestionował partyjną uchwałę zakazującą posłom działalności w niezależnych stowarzyszeniach, a razem z nim zrobił to Piotr Müller – co w kulturze organizacyjnej PiS jest mniej więcej tak nietypowe, jak wniesienie własnego rosołu i makaronu na obiad u teściowej. Zamiast złożyć wiązankę i pojechać na miesięcznicę, Morawiecki założył sobie osobną markę – Rozwój Plus – i zaczął mówić rzeczy, których wcześniej by nie powiedział, na przykład, że PiS powinien być bliżej centrum sceny politycznej, co w tłumaczeniu z języka partyjnego znaczy mniej więcej: „dziękuję za lata służby, teraz spróbuję zrobić to inaczej, bez pytania o zgodę”. Z punktu widzenia czystej strategii wizerunkowej to ruch fascynujący: Morawiecki przez dekadę budował markę osobistą jako najwierniejszego z wiernych, żeby teraz, u szczytu kryzysu partii, sprzedać dokładnie odwrotną, najlepszą wersję siebie – człowieka, który wreszcie mówi to, co myśli. Pytanie, czy to autentyczna zmiana przekonań, czy tylko rebranding pod nowy segment rynku, czas pokaże. Co jest istotne, rynek lizusostwa, tak jak każdy inny rynek, od czasu do czasu produkuje dezerterów – i że dezerter, który odchodzi z hukiem, zawsze zbiera więcej nagłówków niż stu wiernych, którzy zostają w szeregu i grzecznie klaszczą. Wyjątkiem był Zbyszek z Jackiem, ale to już inna historia. Drugi kierunek jest mniej spektakularny, za to bardziej powszechny, bo dotyczy każdej partii bez wyjątku: lizusostwo wobec wyborcy, czyli sztuka mówienia ludziom dokładnie tego, co chcą usłyszeć, niezależnie od tego, czy ma to jakikolwiek związek z rzeczywistością budżetową kraju. Na przykład w Konfederacjach rozwinięto tę sztukę do poziomu subkultury. Młody elektorat dostaje serię przystępnych, poukładanych sloganów o niskich podatkach i wolności, powtarzanych przez liderów partii z takim wdziękiem, że nawet krytycy przyznają im talent marketingowy, choć rzadko kiedy talent do rządzenia bywa tym samym co talent do prowadzenia podcastu. W PiS lizusostwo w dół polega na nieustannym przypominaniu elektoratowi, że jest oszukiwany przez „układ”, w KO, że jest ratowany przed „powrotem kaczyzmu”, a w każdej z tych narracji wspólny mianownik jest jeden: wyborca ma się bać albo się cieszyć, byle nie zaczął zbyt uważnie liczyć. Pokaż mi swojego lizusa, a powiem ci kim jesteś Polska klasa polityczna osiągnęła w lizusostwie coś, czego nie udało się osiągnąć w żadnej innej dziedzinie życia publicznego: pełną, ponadpartyjną zgodę. Lewica, prawica, centrum – wszyscy różnią się programem, ale metodologia komplementu pozostaje identyczna: w górę pochlebstwo, w dół obietnica, na zewnątrz prezent cięższy niż zdrowy rozsądek. Jest oczywiście grono stałych klientów tej branży, którzy zasługują na osobne miejsce w katalogu – Suski z jego stowarzyszeniem imienia właściwego nazwiska i Błaszczak pilnujący pustego krzesła jak relikwii – oraz jest jeden świeży przypadek odstawienia od nałogu, Morawiecki, który przypomina, że nawet najbardziej zaprawiony w rzemiośle lizus potrafi się pewnego dnia obudzić z bólem kręgosłupa i postanowić, że więcej się nie ukłoni. Jedyne pytanie, jakie nam zostaje, to nie „kto się podlizuje”, bo na to pytanie odpowiedź brzmi „niemal wszyscy”, tylko „kto następny zrobi to, co Morawiecki” – bo z tego, co widzę, w tej branży rotacja kadr potrafi być równie gwałtowna, jak lojalność. Czytaj też: Alfabet Oczkosia: K jak Królestwo Króla Karola, czyli krypcioszkaLizus obliczeniowy, czyli sztuka mierzenia poparcia, którego jeszcze nie maZawód „analityk sondażowy” to jedna z niewielu profesji, w których można być jednocześnie naukowcem i dworskim pieśniarzem, i nikt nie widzi w tym sprzeczności. Metodologia wygląda z zewnątrz na „nie do ruszenia”. Powinno być tak: próba reprezentatywna, margines błędu, ważenie wyników. A jest tak: jakimś przedziwnym zrządzeniem losu margines błędu zawsze akurat wystarcza, żeby partia zamawiająca badanie wypadła „w granicach błędu statystycznego”, odrobinę lepiej, niż wynikałoby to z chłodnej matematyki. Cała sztuka zaczyna się już na etapie pytania, bo pytanie potrafi zrobić za wynik całą robotę. „Czy popiera pan rząd, który broni Polski przed chaosem?” to formalnie wciąż pytanie o poparcie dla rządu, tylko że odpowiedź „nie” brzmi jak publiczna deklaracja miłości do chaosu, więc kto się odważy tak zeznawać. Gdy jednak nawet tak czule sformułowane pytanie zawiedzie i wynik uparcie nie chce pasować do zamówienia, zawsze zostaje koło ratunkowe w postaci zdania o tym, że „różne sondaże pokazują różne tendencje, a rzeczywisty rozkład poparcia może się różnić”. Szanowni, nauka uwielbia niepewność, zwłaszcza gdy akurat jest wygodna, ta niepewność oczywiście. Do tego dochodzi jeszcze kwestia timingu, który nigdy nie bywa przypadkowy, nawet jeśli sprawia takie wrażenie: badanie zlecone dzień po sukcesie wizerunkowym partii, a dzień przed jej najnowszą wpadką, to nie zbieg okoliczności, tylko staranne zarządzanie ryzykiem redakcyjnym. Podobnie jak firmowanie sondażu szyldem "niezależnego instytutu", który akurat ma adres w tej samej kamienicy co sztab wyborczy zamawiającego — bo nic tak nie buduje zaufania do metodologii, jak uparta niejasność co do tego, kto właściwie za nią płaci. A wisienką na torcie jest oczywiście ekspert komentujący wyniki w telewizji, który rano tłumaczy widzom partii A, dlaczego jej wynik jest „wyraźnie niedoszacowany”, a wieczorem, w innym studiu, tłumaczy elektoratowi partii B, dlaczego to akurat jej wynik jest „sztucznie zawyżony”. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że większość ludzi w branży badawczej to porządni statystycy, a prawdziwe zniekształcenia biorą się częściej z doboru próby i efektu spirali milczenia niż ze złej woli. Ale jeśli sondaż nagle pokazuje wynik, który uszczęśliwia wyłącznie zleceniodawcę, PYTAJCIE, nie „kto wygrywa”, tylko „kto płaci”. Na koniec, warto pamiętać, że „Lizusi są wierni. Gotowi twoją krew zlizywać z łap twego oprawcy”. (Stnisław Jerzy Lec)