Zaufany człowiek Tuska. Ma wszelkie kompetencje, wiedzę, nieposzlakowaną opinię i pełne zaufanie Donalda Tuska – Maciej Berek mógłby pełnić każdą możliwą funkcję, ale premier wymyślił, by został sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Kim jest człowiek, o którym mówi dziś cała Polska? Historia znajomości Berka z Tuskiem sięga jeszcze lat 90. i ściśle powiązana jest z ich rodzinnym Gdańskiem. Co ciekawe, sami zainteresowani nie są zgodni, kiedy dokładnie się poznali. Berek wskazywał na początek dekady i Fundację Integracji Europejskiej, Tusk pamięta ich pierwsze spotkanie nieco później. Pod koniec lat 90. obaj byli już jednak w Senacie: Tusk jako wicemarszałek, Berek jako urzędnik Kancelarii. Nie trafił tam jednak dzięki partyjnym znajomościom – w 1997 r. odpowiedział na zwyczajne ogłoszenie o pracę zamieszczone w „Rzeczpospolitej”.Szybko dał się poznać jako sprawny, pracowity zarządca. W Senacie był legislatorem i wicedyrektorem Biura Prawno-Organizacyjnego, później kierował Centrum Informacyjnym. W Najwyższej Izbie Kontroli zajmował się zarówno prawem i orzecznictwem kontrolnym, jak i budżetem oraz finansami. To szerokie spektrum: od konstytucjonalisty, przez finanse państwa aż po funkcjonowanie urzędów.Wywróżona przyszłośćPrawdziwy test wzajemnego zaufania z Tuskiem rozpoczął się po przejęciu władzy przez PO. W grudniu 2007 r. Berek został prezesem Rządowego Centrum Legislacji, a od 2008 r. dodatkowo sekretarzem Rady Ministrów. Obie funkcje pełnił do 2015 r., co dużo mówi o skali i jakości współpracy obu panów: był z PO przez osiem lat rządów, bez przerwy, współdecydując o kierunku, w jakim podążała Polska.W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” z 2008 r. przekonywał, że projekty ustaw nie powinny powstawać wyłącznie w poszczególnych resortach, lecz większą rolę powinno odgrywać RCL. Chodziło o ograniczenie tzw. Polski resortowej – sytuacji, w której każde ministerstwo przygotowuje przepisy przede wszystkim ze swojej perspektywy, a dopiero później ktoś próbuje złożyć je w spójną całość. Czytaj też: Tusk potwierdza. Maciej Berek kandydatem na sędziego TKW 2023 r., jeszcze przed powrotem Tuska do władzy, Berek mówił o potrzebie istnienia w administracji „kierownika procesu legislacyjnego”: kogoś mającego dostatecznie silną pozycję, by rozstrzygać, które projekty mają iść dalej, w jakiej kolejności i jakim trybem. Kilka miesięcy później sam dostał rolę bardzo zbliżoną do tej, którą wcześniej opisywał – i to pewnie nie przypadek.Prawa rękaWarto dodać, że po utracie władzy przez PO, w latach 2015–2023, Berek nie próżnował i nie czekał wyłącznie na telefon od byłego premiera. Pracował jako prawnik i ekspert, związał się też z Biurem Rzecznika Praw Obywatelskich. Był jego dyrektorem generalnym, a później głównym koordynatorem ds. rozwoju strategicznego. Równolegle rozwijał karierę akademicką. Jest doktorem nauk prawnych i adiunktem w Katedrze Prawa Konstytucyjnego Uniwersytetu Warszawskiego. Jego doktorat dotyczył – trudno o temat lepiej pasujący do życiorysu – „Rady Ministrów jako organu inicjującego postępowanie ustawodawcze”.W grudniu 2023 r., po powrocie Tuska i KO do władzy, Berek od razu znalazł się w rządzie. Został ministrem bez teki i przewodniczącym Komitetu Stałego Rady Ministrów. Niepozorne stanowisko daje ogromny wgląd w pracę całego gabinetu: przez Komitet przechodzą dokumenty i projekty, zanim zajmie się nimi Rada Ministrów. W 2024 r. Berek przyznawał w „Rzeczpospolitej”, że musi mieć na radarze właściwie całe spektrum spraw, którymi zajmuje się rząd. Jednocześnie podkreślał, że nie zależy mu na produkowaniu jak największej liczby ustaw – ważniejsze miały być przepisy rozwiązujące rzeczywiste problemy.Czytaj też: 14 sierpnia inaczej niż zwykle. Kto ma wolne, a kto pracuje?Z czasem jego kompetencje wyłącznie rosły. W 2025 r. stanął na czele rządowego zespołu deregulacyjnego, a podczas rekonstrukcji gabinetu Tusk zrobił go ministrem ds. nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu. Berek miał już nie tylko pilnować jakości i kolejności projektów, ale sprawdzać, czy poszczególne resorty realizują najważniejsze plany gabinetu. W praktyce stał się kimś w rodzaju rządowego kontrolera jakości i terminów. Sam przyznał później, że „udawałby, gdyby nadal przedstawiał się wyłącznie jako legislator”, pytany o to, „czy jest już politykiem”. Tusk nie ukrywał, jak wysoko go ceni. Nazywał Berka jednym z najbardziej kompetentnych ludzi, z jakimi pracował, a przy jego odejściu z rządu 11 sierpnia określił go już wprost swoją „prawą ręką” w egzekwowaniu rządowych planów.Od premiera do TrybunałuNiezależnie od skali kompetencji Berka, jego kandydatura na sędziego Trybunału Konstytucyjnego musi budzić i budzi kontrowersje. On sam, choć jako kandydat bezpartyjny, z list PO ubiegał się o mandat posła (nieskutecznie) w 2005 roku. Donald Tusk nazywa go „prawą ręką”, współpracują od ponad trzydziestu lat. Choć „apolityczność” to kwestia subiektywna, bo przecież każdy ma jakieś przekonania i poglądy, Berek jest od bycia apolitycznym obiektywnie bardzo daleko.Problem jest tym większy, że przygotowana przez obecną większość reforma TK przewidywała czteroletnią karencję dla byłych członków Rady Ministrów, zanim mogliby zostać sędziami Trybunału. Ustawa nie obowiązuje (nie zyskała aprobaty m.in. posłów PiS), więc prawnie kandydatury Berka to nie blokuje. Politycznie trudno jednak nie zauważyć sprzeczności. Tusk sam przyznał w czwartek, że jego współpracownik ma „tę wadę, że był ministrem”, i wziął odpowiedzialność za odejście od wcześniejszych deklaracji.Czas pokaże, czy warto było zaryzykować.