„Czuliśmy się jak w domu”. Pojechaliśmy opisać skutki wprowadzenia euro, monastyry i miejsca, które od miesięcy mieliśmy na liście. Wróciliśmy z czymś zupełnie innym – z Bułgarią, której się nie spodziewaliśmy. Wóz nurza się w zieloności…Z wypożyczalni odbieramy siedmiomiejscowego Opla. Bokiem objeżdżamy Sofię – kiepskie drogi, ale mniejszy ruch niż w Warszawie. Bułgarska stolica chlubi się mottem: „Stale rozrasta się i nie starzeje”. I faktycznie, mijamy garaże, fabryczki, hangary, jakby ktoś jak klocki lego dostawiał kolejne i kolejne. W wielu miejscach bawią się dzieci. Wbrew temu, co potem o Bułgarii przeczytamy – że mierzy się z historycznie niskim przyrostem naturalnym, a jednak wyższym niż w Polsce – Sofia jest miastem młodym i pierwsze, co zapadnie nam w pamięć tuż po odbiorze samochodu, to dzieci rzucające zaostrzonymi kijami w powierzchnię stawu. Może łowią tak ryby.W końcu autostrada o historycznej nazwie Tracja łączy stolicę z Burgas. Sama droga może nie jest idealna – często prawy pas jest dość mocno zniszczony – ale rekompensuje to mniejszy ruch niż w Polsce i zdecydowanie mniej drogowych wariatów. Nie spotkaliśmy nikogo, kto, jadąc po szybkich trasach, pędziłby na złamanie karku. Co innego na krętych drogach wzdłuż wybrzeża, tam jakby wbrew warunkom, ludzie gnają na spotkanie z przeznaczeniem. Ale to, co nas najbardziej zaskoczyło, to zieleń. Bułgarska arteria wita lasami, krzakami, chaszczami, zaroślami ciągnącymi się wzdłuż autostrady. Żywa, wonna roślinność, monotonna wręcz w swojej zieloności. I naprawdę bardzo przyjemnie dojechaliśmy do Burgas.Hotel Romantika w WarnieDo Warny nie jedzie się już tak szybko i zwłaszcza nocą trzeba uważać. Najczęściej droga prowadzi obrzeżami turystycznych miasteczek, między innymi trzeba przejechać Nesebyr. A tam żółte taksówki, imprezowicze wracający z knajpy do swojego hotelu. Zapamiętaliśmy też napis na barze dla kierowców „Żiwa Riba” i długo jeszcze powtarzaliśmy to niczym hasło wyjazdu.Do Warny przyjechaliśmy po czwartej rano i postanowiliśmy do godziny dwunastej, kiedy mogliśmy już się zameldować w hotelu, zdrzemnąć się w samochodzie na stacji benzynowej. I tu niespodzianka – przynajmniej w Warnie w nocy zagradzane są miejsca parkingowe, a toalety są nieczynne. Rozważaliśmy jeszcze postój w centrum, ale najlepszą decyzją było przejechanie nad zatokę. Zatrzymaliśmy się nad samym morzem, w cieniu akacji, z szumiącym strumyczkiem z tyłu i spokojnie szumiącym Morzem Czarnym z przodu, wszystko na wyciągnięcie ręki. Mężczyźni schodzili się z wędkami, koło piątej pojawiali się pierwsi biegacze.Warna nie przypomina ani miast nad Bałtykiem, ani dużego ośrodka po przeciwnej stronie Półwyspu Bałkańskiego, nad Adriatykiem. To miasto wsobne, niepodobne też do rumuńskiej Constancy czy ukraińskiej Odessy. A na dodatek ma swoje enklawy spokoju. Hotel Romantika, który wybraliśmy, znajduje się po drugiej stronie zatoki, przy półwyspie Galata. Jest tam latarnia morska – działająca – i druga stara oraz wokół niej fantastyczne ruiny, które można zwiedzić, nie ma zakazu, i przez wybite okna patrzeć na wschód unoszącego się z morza Słońca. Zaś na samym dole, dwieście schodków w dół, nad samiuteńkim morzem, tak, że bliżej już się nie da, jest hotel Romantika z niewielką, prywatną plażą. Pokoje, które otrzymaliśmy, wychodzą na morze, w ogóle morze jest dosłownie wszędzie, i tylko w nocy do tego szumu dołączają cykady głośne jak ptaki. Za dwa pokoje – powiedzmy otwarcie, domagające się kapitalnego remontu, z opadającymi elementami, z ruchomą barierką na balkonie, ale dosłownie zawieszone nad plażą – zapłaciliśmy za dwie doby 1200 złotych i to były najlepiej wydane pieniądze podczas całego wyjazdu.Kiedy zachodziło słońce i po drugiej stronie huczały dyskoteki i błyskały światła diabelskich kół, my w naszej Romantice siedzieliśmy na leżakach wstawionych do wody i w otoczeniu szumu morza i cykad raczyliśmy się atmosferą jedyną i niepowtarzalną.Rycerz bez cennikaKoniec boskiego plażowania. Z Warny wyjeżdżamy bulwarem imienia Władysława Warneńczyka i przejeżdżamy przez dzielnicę Władysławowo, nazwaną tak od polskiego monarchy, który w Warnie zginął podczas bitwy z Osmanami w 1444 roku i ma tu swoje mauzoleum – grób, ale bez ciała, którego zresztą nigdy nie odnaleziono. Ruszamy w głąb Bułgarii, ale tym razem autostradą Hemus; pierwszą łopatę pod jej budowę wbił ponoć Todor Żiwkow.Kierujemy się do Wielkiego Tyrnowa, dawnej stolicy Bułgarii, żeby zobaczyć zamek Carewiec. Droga, podobnie jak poprzednio zanurzona w zieleni i poprowadzona często przez górskie widowiskowe odcinki. W Wielkim Tyrnowie docieramy pod zamek. Bezpośrednio przy wejściu, które przypomina most między starówką a lubelskim Zamkiem, nie ma miejsc do parkowania. Jedziemy dalej, szukamy na chybił trafił, gdzie moglibyśmy się zatrzymać i okazuje się, że jest. Przy rzece Jantra niemały plac, obok kasa z biletami. Płaci się tylko za wejście do pobliskiego monastyru, ale sam parking jest darmowy. I to stanie się znakiem rozpoznawczym wielu bułgarskich atrakcji. Nie zedrą z turysty na siłę pieniędzy, przeciwnie, wiele atrakcji czy udogodnień będzie darmowych.Samo jednak wejście na zamek kosztuje naszą piątkę, dwoje dorosłych i troje dzieci, siedem euro. Tuż za pierwszym mostem zwodzonym na kamiennej drodze na wyższe poziomy zamku, spotykamy mężczyznę z mieczem i dzidą. Jest w stroju z epoki, pewnie to średniowieczny rycerz bułgarski. Zagaduje po angielsku, czy może potrzebujemy w czymś pomocy. Nie mamy żadnych problemów, wtedy daje nam swój oręż do zdjęcia. Zakopiański miś pewnie by w to nie uwierzył, ale za tą ofertą nie krył się żaden cennik. To też jest darmowe. Machamy zatem mieczem, kłujemy wyimaginowanego wroga dzidą i czujemy się naprawdę zaopiekowani.Zwiedzamy cerkiew zamkową, zachowaną w całości, oraz ruiny zamku wysokiego. Zbliża się jedenasta, robi się gorąco i dzieci chcą do toalety. Wtedy jeszcze nie wiemy, że za chwilę stracimy dwa euro. Toaleta kosztuje euro, płacimy banknotem dziesięcioeurowym i dostajemy resztę. Dopiero później okaże się, że wśród monet była jedna o nominale 2 lewy – wycofana już z obiegu, ale łudząco podobna do dwueurowej. „Uważajcie na te dwójki” – ostrzeże nas wieczorem chłopak w barze nad Koprinką z widokiem na zalane antyczne miasto. Ale to już inna historia. W Carewcu niczego jeszcze nie podejrzewamy. Stoimy na niewielkim tarasie przy toaletach i patrzymy na czerwone dachy, zielone wzgórza i Jantrę wijącą się głęboko w wąwozie. „To normalnie urywa...” – nagrywamy krótką notatkę dźwiękową do zdjęcia.Czytaj też: „Broker rewolucji”. Zapomniany polski bohater sfinansował niepodległość USAOgród wzorcowyBułgaria ekonomicznie wydała się nam bardziej zróżnicowana niż Polska. Po zamożnym wybrzeżu i niebiednym Wielkim Tyrnowie – teraz napotykaliśmy miejscowości ubogie. Jedną z nich był Debelec, położony na trasie monastyrów, czyli klasztorów, które odwiedzaliśmy jeden po drugim. I do tego Debelca wjechaliśmy późnym popołudniem. Skwar ciągle wisiał nad miasteczkiem, ale ludzie wychodzili już z domów, żeby porozmawiać. W mieście jest stary most, dalej – park, który zapewne niedawno musiał być podtopiony, bo czuć go było mocno gnijącymi trawami i szlamem. I tam w epicentrum tych woni lokalna młodzież paliła marihuanę. Starsi całowali się na moście. Osiemnastowieczna legenda głosi, że ówczesny zarządca miasteczka, turecki bej, zapowiedział architektowi, że zetnie mu głowę, jeśli most się zawali. Czy dotrzymał obietnicy, nie wiadomo. Ale zapewne niejeden z zakochanych stracił na tym moście głowę od pieszczot i do dziś to może się wydarzyć.Nas jednak zauroczyło co innego – miasteczko, kiedy wyszło się poza zasięg cuchnącego parku, czuć było jabłkami i gruszkami, czasami przejrzałymi i pewnie podgniłymi, bo taka woń rozchodziła się z wielkich wystawionych na uliczkach kontenerów. Upał sprawiał, że zapachy te były jeszcze intensywniejsze. Dla nas, dorosłych, przywodziły one na myśl woń sadów, w których wychowywaliśmy się w dzieciństwie – Marcie sadu w Radzyniu Podlaskim, a Andrzejowi w Bielsku Podlaskim.Więc tym chętniej spacerowaliśmy po Debelcu, który okazał się miejscem sentymentalnej podróży w czasie. Dzieci nie nudziły się zanadto, bo okolica pełna była kotów, które nie bardzo nawet przed nimi uciekały. I tak idąc bez celu, na jednej z furtek dostrzegamy tabliczkę, jak większość wokół, starą, łuszczącą się, z numerem i nazwą ulicy. Napis jeszcze jakimś dawnym krojem pisma, oczywiście cyrylicą. Ale na tej konkretnej dodatkowo było „ogród wzorcowy”. Za furtką nie było jednak idealnie przystrzyżonych grządek. Raczej gąszcz roślin, resztki szklarni. Pewnie ten tytuł pochodził jeszcze z czasów komunizmu, gdy w Bułgarii nagradzano najlepiej prowadzone ogrody i sady. Mimo upływu lat wciąż rosły tam bujne warzywa.Podczas tej podróży jedliśmy najsmaczniejsze pomidory i ogórki w życiu. Były nie tylko soczyste i słodkie, ale miały w sobie jakiś dodatkowy smak, którego nie znaleźliśmy ani w Polsce, ani nigdzie indziej. Pomyśleliśmy wtedy, że może ten ogród wciąż zasługiwał na swoje dawne miano. Nie za nieporządek, lecz za to, co rodził.Ludzie i święta wodaDroga prowadzi nas przez miasteczka i wioski, gdzie codzienność toczy się inaczej niż w Polsce. Ludzie siedzą przed domami na progach, na ławkach, na krzesłach wystawionych na chodnik. Kobiety w szortach i koszulkach, z krótkim rękawkiem albo bez, palą papierosy, patrzą w telefony, łuszczą pestki słonecznika, a dzieci jeżdżą na rowerach, śmieją się i bawią na ulicy. Nikt nie spieszy się do środka. To życie toczy się na zewnątrz, między domami, wręcz na ulicy.Tym razem kierujemy się do jednego z monastyrów nieopodal Płowdiwu, drugiego co do wielkości miasta w Bułgarii, i tam spędzimy kilka dni. Nie spieszy się nam i możemy pozwolić sobie na nocleg w miejscu z basenem, tym bardziej że domagają się tego nasze dzieci. Ruszamy więc przed świtem i o szóstej rano wjeżdżamy do historycznego miasteczka Szipka. Położone u podnóża Starej Płaniny słynie z bajkowej cerkwi Narodzenia Pańskiego oraz miejsca, w którym stoczono jedną z najważniejszych bitew o niepodległość Bułgarii. Zatrzymujemy się w centrum, przy ulicy Milo Miszew. Dookoła pachnie kawą, którą wynoszą mężczyźni z pobliskiego sklepu i siadają na murku, paląc i rozmawiając. Obok jest źródełko z wizerunkiem Matki Boskiej. Mężczyźni gaszą papierosy w popielniczce i idą tam przemyć twarz. Co jakiś czas podjeżdża bus i kilku z nich ładuje się do środka. Zabiera ich do pracy, bo „w okolicy dużo jest wolnych miejsce i w rolnictwie, i w zakładach” – mówi nam sprzedawczyni, kiedy plac już się wyludni. Zabrakło nam jednak śmiałości, żeby zapytać, czemu opłukują twarz. Doczytaliśmy, że wokół Szipki jest wiele świętych źródełek, zwanych zbiorczo Swetitat. Najważniejsze z nich znajduje się w miejscowości o tej samej nazwie, pomiędzy Szipką a wsią Kryn. Legenda głosi, że w 1402 roku, gdy patriarcha, czyli święty ojciec kościoła, Ewtimij wędrował na wygnanie do monasteru Baczkowskiego, zatrzymał się przy tym źródle, by odpocząć. Gdy obmył swoje zranione stopy, odzyskał zdrowie. Wtedy ucałował ziemię i powiedział: „Święte jest to miejsce, niech święcona będzie i woda”. Od tamtej pory źródło uznawane jest za cudowne – mieszkańcy wierzą, że jego woda leczy nie tylko skórne dolegliwości, ale i poważniejsze. Nie zawadzi więc obmyć się przed każdą pracą.Czytaj też: Emancypacja poprzez testament. Tak obchodzono prawoRatownik jak Van DammeNa nic jednak ta historia, na nic smakołyki – dzieci obudziły się na dobre i domagają się basenu. Więc przed przyjazdem do klasztoru, zatrzymujemy się w hotelu w Kazanłyku, miejscowości, którą nazywa się stolicą róż. I w rzeczy samej jest ona centrum doliny, gdzie hoduje się te kwiaty, a potem wyrabia olejek różany, z którego słynie Bułgaria. W mieście organizowany jest nawet Festiwal Róż, ale jego obchody przypadają na początek czerwca – trafiliśmy więc między sezonami.Sam hotel nie jest tani – dwa pokoje na dobę to osiemset złotych – ale są dwa baseny zasilane mineralną wodą spływającą z góry. Pierwszy duży, zewnętrzny, drugi mniejszy – wewnątrz. Wokół zewnętrznego leżaki, a w głębi restauracja pod baldachimem, tam grill. Dzieci pływają, jedzą kebapczeta – czyli bułgarskie odpowiedniki naszych kebabów, ale robione z mielonego mięsa i formowane w podłużne kotleciki i grillowane – piją mrożone lemoniady. I wtedy macha do nas ratownik, pokazuje kciukiem OK. To mężczyzna lat sześćdziesięciu, ale szczupły, bardzo umięśniony, opalony na piękny brąz, z wielkim złotym krzyżem na torsie. Woła po angielsku „Troje dzieci – dobrze, gratuluję!”. Machamy do niego, a on – jakby w podzięce – robi szpagat, jak Jean-Claude Van Damme, który wykonał go na ciężarówkach. Tylko nasz ratownik wykorzystuje do tego dwa leżaki. Kiedy zastyga w tej pozie, ludzie wokół biją mu brawo. Kto wie, może to sportowiec, może medalista? Po takim pokazie dzieci uznały, że to najlepszy hotel w Bułgarii. Nie zamierzaliśmy z nimi dyskutować.Czytaj też: Szaszłyki na szampurach, menu Stalina i... rosyjskie zbrodnie„Moja Byłgarijo!” z grillaI znów w drodze, już niezmiennie poza siecią bułgarskich autostrad.Na parkingu przy punkcie widokowym zatrzymują się obok nas samochody na niemieckich rejestracjach, niczym z filmu – stare Audi 80, Ford Sierra, oklejone nalepkami jak na rajd, z dachami obładowanymi sprzętem, z dodatkowymi światłami. Kierowcy rozmawiają, wymieniają się informacjami o drogach. Zagadujemy jednego z nich. Okazuje się, że to zorganizowana wycieczka nie tylko z Niemiec, ale i Belgii, a nasz rozmówca jest z Francji. „Bułgaria to jeden z najlepszych w Europie krajów na takie wyjazdy” – mówi. „A Polska?”. Śmieje się: „Nie te czasy, u was drogi są lepsze niż u nas”.W samochodzie towarzyszy nam bułgarskie radio Weselina. Nazwa pochodzi od imienia założycielki, piosenkarki Weseliny Kanalewej – to odpowiednik polskiej Radosławy. Z głośników najczęściej płyną piosenki, które przypominają etno-pop, czasem etno-disco, a nawet etno-disco-polo. Wszystko po bułgarsku, w dużej mierze na ludowych instrumentach. Najciekawsze jest jednak to, że co i rusz trafiają się utwory o miłości do… Bułgarii. Za pierwszym razem było to dla nas nielada zaskoczenie. Wsłuchiwaliśmy się w tekst, a tam – „kiedy jesteś przy mnie blisko”, „jestem twoja”, „zostawiałam ciebie i nie mogłam bez ciebie żyć”. A potem refren: „Moja Byłgarijo!”. Myślisz, że to kolejny szlagier o kochance i kochanku, a tu nagle „moja Bułgario”. W Polsce taka piosenka zostałaby uznana za kicz, obciach. Tutaj brzmi całkiem serio. Mija pół godziny i znów niejaka Rajna w piosence „Byłgarijo, jedna” („Bułgario, jedyna”) śpiewa: „gdziekolwiek jestem, noszę cię w sobie”. Utwór leci na falach głównej prywatnej rozgłośni.I jeszcze jedna rzecz, która nas zaskakuje. W polskiej infosferze można trafić na mema: atrakcyjna czterdziestolatka namiętnie wpatruje się w mężczyznę i szepcze „chodźmy do mnie, pokażę ci, co umie doświadczona dziewczyna”. A na drugim obrazku – dziesiątki słoików z kiszonkami. Tu jak się zdaje taki mem jest prawdziwy do kwadratu. W każdym większym sklepie – całe stoiska z nakrętkami, gumkami do zakręcania, metalowymi haczykami, dociskami, przyprawami – wszystkim, co potrzebne do domowych przetworów. Takie rzeczy pamiętamy ze spółdzielczych domów handlowych w Polsce z lat osiemdziesiątych, kiedy każdy robił przetwory. W Bułgarii to wciąż żywy zwyczaj. Nasza córeczka bierze do ręki metalowy haczyk i pyta: „Do czego to?”. My wiemy, ale trudno wytłumaczyć, że kiedyś każda rodzina wekowała ogórki i pomidory na zimę. Dla niej to przeszłość. Dla Bułgarów – codzienność.No i grill. W Polsce popularny polityk zaprasza na grilla, bo u nas grill zdaje się być narodowym sportem. Ale i tu Bułgarzy biją Polaków na głowę. Przy supermarketach stoją budki z grillami, przy których gromadzą się ludzie, jakby byli u sąsiada. Grille stoją na przydrożnych parkingach i właściwie cały czas dymią. Widzieliśmy je też między blokami w Sofii – w specjalnych altankach. A nawet w monastyrach, gdzie służą zakonnikom i zakonnicom do codziennego przygotowywania posiłków.Czytaj też: Grillowanie dzieli Polaków. Latem problem narasta, a w przepisach nadal chaosKraj, którego już nie pamiętaliśmyW końcu wracamy. Dziesiątki rozmów, spotkań także z ekspertami i naukowcami, którzy opowiadali nam o tutejszych monastyrach, o skutkach wprowadzenia euro, o mafijnej historii czarnomorskiej turystyki czy o komunistycznych monumentach rozsianych po kraju. A równocześnie staraliśmy się, żeby dla dzieci były to prawdziwe wakacje. Czy się udało – i tak, i nie. Ale naprawiać błędów już się nie da.To ostatni raz – pewnie tego lata – kiedy widzimy Bułgarię. Oddajemy Opla i stajemy w kolejce do odprawy. W ciągu godziny dwa loty do Polski – jeden do stolicy, drugi do Modlina. Dookoła polskie głosy, polskie rozmowy w kawiarni, polskie dzieci biegające między rzędami krzeseł. Kilka lat temu Bułgaria była domeną Niemców, Turków, Rumunów, Rosjan. Dziś – według wstępnych danych, które zweryfikuje dopiero jesień – to Polacy stali się najliczniejszą grupą zagranicznych turystów w tym kraju. To się czuje. W ciągu dwóch dni w Sofii trafiliśmy na kilkunastu rodaków. Ba, nawet w odległym monastyrze, gdzie spodziewaliśmy się ciszy i mistyki prawosławnego klasztoru, spotkaliśmy Annę z Czeremchy, która na dodatek nas znała.Co więc sprawia, że Bułgaria jest dla nas taka atrakcyjna? Na pewno nie to, że jest tania. To już nie ten kraj, który znaliśmy sprzed dwóch dekad, gdzie za obiad w restauracji płaciło się dwadzieścia, trzydzieści złotych. Teraz w Nesebyrze za obiad z napojami i deserami dla naszej piątki zapłacilibyśmy tysiąc złotych. I nie dlatego, że jest tu egzotycznie. W wielu miejscach czuliśmy się jak w domu albo jak w domu sprzed dwudziestu, trzydziestu lat.Więc dlaczego?Na odpowiedź wpadł nasz dwunastoletni syn, który od kilku dni znów ogląda filmy o Spider-Manie:– Bułgaria to taka Polska, tylko z innego uniwersum.I trudno wymyślić lepsze podsumowanie tej podróży.