Rok od zaprzysiężenia. Jest takie satyryczne stwierdzenie dotyczące urzędu prezydenta, ale spokojnie, spokojnie, prezydenta Stanów Zjednoczonych: „Mówią, że demokracja daje każdemu szansę”. Ameryka postanowiła to sprawdzić eksperymentalnie, Polska też. Reagan pokazał, że prezydentem może zostać człowiek z zaskoczenia. Clinton – że naprawdę każdy. Bush junior poszedł o krok dalej i udowodnił, że urząd może funkcjonować nawet wtedy, gdy wydaje się zbędny. A potem przyszła Pomarańczowa Nadzieja Białych i stanem obowiązującym w całym królestwie, tfu… państwie USA stały się bajki. Chcecie bajki, oto bajka. Wersja z kraju nad Wisłą, gdzie naród nie chciał, a może chciał czy coś.Kronika roku panowania, spisana przez kogoś, kto nie zdążył ucałować pierścienia i zdaje się, że wcale nie żałujeDawno, dawno temu, a właściwie dokładnie rok temu, w krainie nad Wisłą koronowano nowego władcę. Nazywał się Karol – tak samo, jak król za Kanałem La Manche, co od razu dało poddanym nadzieję, że będzie równie dystyngowany. Nadzieja przetrwała mniej więcej do pierwszego czytania kroniki jego wcześniejszych czynów, po której nawet najbardziej łaskawi kronikarze musieli przyznać, że bliżej mu było nie do pałacu Buckingham, tylko do stadionowego kotła lub pewnego Ktosia, co to z prawem się mijał.Rycerskie przygody, zanim jeszcze włożył koronęZanim Karol został królem, był, jak głosi kronika, dzielnym wojownikiem – nie na dworskich turniejach, tylko na ustawkach, czyli umówionych wcześniej bijatykach kibicowskich, w których stawał w szranki nie o honor damy, lecz o honor sektora. Kronikarze śledczy z gdańskiej prokuratury do dziś zbierają w tej sprawie dokumentację, co samo w sobie jest urocze: rzadko która głowa państwa ma otwarte postępowanie wyjaśniające własną młodość aż do dnia koronacji.Druga przygoda z czasów przed tronem jest jeszcze bardziej pouczająca, bo dotyczy nie pięści, tylko nieruchomości. Otóż nasz bohater, jeszcze jako zwykły rycerz-historyk, wszedł w układ z pewnym starcem, panem Jerzym, który miał mieszkanie, a nie miał już siły ani pieniędzy, żeby o nie walczyć. Rycerz Karol pożyczył staruszkowi pieniądze na wykup lokalu od miasta – podobno na dwadzieścia procent w skali roku, co w bajkach nazywa się zwykle lichwą, a w kampanii wyborczej „pomocą sąsiedzką” – a sam akt kupna-sprzedaży spisano, gdy pan Jerzy przebywał już w areszcie. Starzec dożywotnio został w swoim dawnym mieszkaniu, tylko że formalnie nie było już jego. Kiedy sprawa wypłynęła w kampanii, przyszły król tłumaczył się tak zawile, że nawet najbardziej przychylni mu heroldowie łapali się za głowę, a jeden z rywali do tronu, ten najbardziej wolnorynkowy, publicznie zapytał, dlaczego staruszek i przyszły władca akurat w tej sprawie mieli zeznawać notariuszowi zgodnie, choć wersje się nie zgadzały. Kawalerkę, dla świętego spokoju, tuż przed pierwszą turą oddano na cele charytatywne – co w tej baśni pełni funkcję sceny, w której rycerz w ostatniej chwili oddaje smokowi łup, żeby zdążyć na ślub.Zagadka prawowitości tronuKażda porządna baśń o władzy zaczyna się od pytania, czy korona w ogóle należy się temu, kto ją nosi. W kilkunastu grodach królestwa odkryto, że urny wyborcze pomyliły się co do liczenia głosów, a specjalny sąd królewski – Izba, której status kwestionują nawet czarodzieje z zachodnich krain zwani trybunałami europejskimi – orzekł mimo wszystko, że koronę można było włożyć. Lud przyjął to z ulgą zmieszaną z niedowierzaniem, mniej więcej taką, z jaką przyjmuje się wiadomość, że sąsiad wygrał w totka, ale numery losował sam sobie, w swojej własnej stodole, bez świadków. Do dziś w kilku prowincjach toczą się dochodzenia, kto tam dokładnie liczył głosy i czy liczył je uczciwie, czy raczej po królewsku, czyli tak, żeby się zgadzało.Czytaj też: Tak Polacy oceniają Nawrockiego. Dostał sporo „jedynek”Pierwszy rok rządów: dekrety, dekrety i jeszcze raz dekretyKról Karol, jak przystało na władcę nowej daty, postanowił rządzić przez odmowę. Każdego miesiąca do jego komnaty spływały ustawy uchwalone przez radę możnych – i każdego miesiąca wracały do rady z czerwoną pieczęcią „nie”, niezależnie od tego, czy dotyczyły związków partnerskich, cyfrowych usług, czy zwykłego porządkowania państwa. Rekordowa liczba odesłanych zwojów jak na pierwszy rok panowania – tyle że w tym królestwie rekordy bijemy nie w budowaniu, tylko w odsyłaniu przesyłek z dopiskiem „adresat odmawia przyjęcia”. Rada możnych, urażona, zaczęła szeptać po kątach, że król rządzi krainą metodą, jaką rozwydrzone dziecko rządzi talerzem zupy: nie je, ale i nie oddaje, i jeszcze czeka, aż ktoś się zdenerwuje pierwszy. Nawet stary mędrzec królestwa, niegdyś sam noszący koronę, orzekł publicznie, że rządy następcy są „brutalne” – co w ustach kogoś, kto widział niejedno panowanie i niejedną wojnę pałacową, brzmi jak recenzja, po której winiarz zamyka piwnicę na trzy spusty i wyprowadza się z miasta.Wyprawa za ocean i skarb, który nie zmieścił się w bagażu podręcznymŻaden władca nie jest kompletny bez wyprawy do potężniejszego sąsiada zza wielkiej wody, gdzie rządzi król jeszcze głośniejszy i jeszcze bardziej przekonany o własnej wielkości. Nasz Karol popłynął – a właściwie poleciał – i na powitanie wręczył gospodarzowi dar iście królewski: marmurową tablicę ważącą sto dwadzieścia kilogramów, z wyrytymi imionami dawnych bohaterów, przeznaczoną na przyszły łuk triumfalny w stolicy imperium. Rzadko która dyplomacja tego świata potrafi tak dosłownie zmierzyć swoje zaangażowanie w kilogramach kamienia – i rzadko która potrafi przy tym pomylić hołd z przesyłką kurierską, płacąc, nie pytając, ile to będzie kosztować w nadbagażu. Sama rozmowa królów, ta prawdziwa, twarzą w twarz, przy okazji walk gladiatorów urządzonych na trawniku pałacu gospodarza z okazji osiemdziesiątych urodzin władcy imperium, trwała podobno osiemdziesiąt sekund. Historycy dworscy nazwali to później „szczytem dwustronnym”, złośliwi poddani po prostu przerwą na papierosa, a ja jako kronikarz dodam tylko, że osiemdziesiąt sekund to również czas potrzebny, by zamówić kawę na wynos – z tą różnicą, że po szybkiej kawie zwykle zostaje coś więcej niż zdjęcie z uściskiem dłoni. Gorzej, że kiedy potężniejszy sąsiad zwoływał w swojej stolicy naradę wszystkich królów regionu, żeby ustalić losy toczącej się za wschodnią granicą wojny, krzesło naszego królestwa przy tym stole stało puste. Rada możnych oskarżyła Zamek o przespanie historycznej chwili, Zamek oskarżył radę o to samo, a poddani zostali z jedynym pewnikiem, że o miejsce przy stole warto było zabiegać wcześniej niż o wagę prezentu i że sto dwadzieścia kilo marmuru nie zastąpi jednego krzesła przy właściwym stole we właściwym dniu.Klątwa magicznych monetDo kompletu baśni potrzebna jest jeszcze klątwa i owszem, mamy ją: magiczne monety, których nikt nie widzi na oczy, a które krążą po całym królestwie i znikają razem z tymi, co ich pilnowali. Król dwukrotnie odmówił podpisania zwoju, który miał te monety okiełznać, tłumacząc, że okiełznanie zagraża wolności poddanych. Wkrótce potem jeden z powierników magicznych monet zniknął bez śladu, a poddani stracili oszczędności szybciej, niż zdążyli je zamienić na coś realnego. Rada możnych krzyczała, że to wina króla, król odpowiadał, że to wina rady, a jedynym, kto na pewno nic nie zyskał, był lud – co w tym królestwie jest ustaleniem tak starym, jak sama monarchia, starszym nawet niż spór o mieszkanie poddanego pana Jerzego.Czytaj też: „Rok prezydenta Nawrockiego. „Równo 300 ustaw”Dwór, świta i sztuka odsyłania winyWarto też wspomnieć o dworze, bo żaden król nie rządzi sam. Rzecznik Zamku, znany z talentu do publikowania tajemniczych ostrzeżeń przed atakiem jeszcze zanim ktokolwiek zaatakował, przez rok utrzymywał styl komunikacji, który najlepiej podsumować jako uprzedzanie skandalu skandalem mniejszym. Sama sztuka rządzenia w tym królestwie polega, jak się okazuje, nie na podejmowaniu decyzji, tylko na sprawnym przerzucaniu ich do sąsiedniej komnaty, najlepiej tej należącej do rządu i czekaniu, aż ludowa pamięć się zatrze. Trzeba przyznać: jak na dwór, który rok temu miał być symbolem powagi i odnowy moralnej, tempo zapominania osiągnęli iście mistrzowskie.Kronika końcowaI tak upłynął pierwszy rok panowania Króla Karola: młodość spędzona na ustawkach i przy notariuszu, korona owiana wątpliwościami, dekrety odsyłane hurtowo, skarb królewski cięższy o sto dwadzieścia kilogramów marmuru, sojusz zagraniczny zredukowany do jednej rundy walk i osiemdziesięciu sekund rozmowy, puste krzesło przy stole, przy którym decydowano o wojnie tuż za miedzą oraz klątwa magicznych monet, po której poddani wciąż liczą straty. Kronikarze są zgodni: nudy w tym królestwie nie brakuje, poddani za to szukają jej z utęsknieniem, bo w tej baśni – w przeciwieństwie do tych dla dzieci – nikt jeszcze nie obiecał happy endu, a smok, jak się okazuje, mieszkał od początku na zamku, nie pod nim. A tylko hasło „Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego” można między bajki włożyć, bo po pierwsze, nie król, po drugie nie kupił, tylko wiadomo co, po trzecie chyba nie tej królowej, po czwarte to się zdaje inaczej nazywa, po piąte ten kolor, wiadomo jakie środowiska ten kolor koralowy uwielbiają. I tylko Karol się zgadza. Ale to już zupełnie inna bajka.