Były prezydent kończy 65 lat. Do podziału Ameryki na „niebieską” i „czerwoną” przyczynił się pewnie bardziej niż Trump. Krytycy zarzucają mu zresztą, nie bez powodu, że to on i jego sztab „stworzyli” obecnego prezydenta USA. Demokraci tęsknią jednak za Obamą, który – gdyby mógł startować – pewnie wygrałby wybory w cuglach. Ale ani nie może, ani pewnie nie chce, bo jako emeryt szczęścia szuka gdzie indziej. Dziś Barack Obama kończy 65 lat. Ostatnie dni prezydentury spędził na… pocieszaniu personelu, członków Partii Demokratycznej i właściwie wszystkich wokół. Chodził i przekonywał, że skoro Ameryka przetrwała już niewolnictwo, wojnę secesyjną, Wielki Kryzys i zamachy na swoich przywódców, to przetrwa i Donalda Trumpa.Swojego następcy raczej nie lubił. Na pewno nie cenił. Żalił się potem, że gdy spotkali się w Gabinecie Owalnym po raz pierwszy, Trump był zupełnie nieprzygotowany i pozbawiony ciekawości. Zamiast słuchać o zagrożeniach dla bezpieczeństwa narodowego ze strony Korei Północnej czy Rosji, wolał chwalić się wielkością tłumów na swoich wiecach. Dziś to oczywiste, czytamy o tym bez zdziwienia, „to przecież cały Trump”, ale wówczas, przynajmniej dla Obamy, niekoniecznie. Rządy z wielkim „ale”Barack Obama opuszczał urząd dumny z odbudowy gospodarki, reformy ochrony zdrowia, porozumienia klimatycznego z Paryża i umowy nuklearnej z Iranem. Nie było to jednak osiem idealnych lat: Ameryka wplątała się w kolejne konflikty, „reset” z Rosją pozwolił Putinowi zająć Krym, Demokraci nie kwapili się też, by rozliczyć winnych wielkiego krachu finansowego z 2008 roku. Obama i jego ludzie chętnie ratowali banki potężnymi przelewami, ale żaden z architektów spektakularnego kryzysu nie trafił do więzienia.Piękne słowa, fantastyczny PR, ogromny luz – to były, są nadal zresztą, jego ogromne atuty. Ale gdy skupiał się na własnym wizerunku i akcjach charytatywnych, Partia Demokratyczna popadła w coraz większy marazm. Podczas jego rządów Demokraci stracili ponad tysiąc mandatów w stanowych legislaturach, liczne fotele gubernatorów oraz większość w Izbie Reprezentantów i Senacie. Obama stworzył silny ruch wokół własnej osoby, ale osłabił struktury partyjne, pozostawiając je bez liderów. Skutki tego odczuwane są zresztą do dziś – Joe Biden był kandydatem słabym, Kamala Harris kandydatką jeszcze słabszą, a na horyzoncie wciąż nie widać nikogo, kto mógłby podjąć rękawice i za dwa lata spróbować bić się o Biały Dom. To na pewno skaza na wizerunku Obamy. Największą porażkę poniósł jednak w zjednoczeniu kraju: liczne badania wskazują, że za jego rządów polaryzacja polityczna i rasowa uległa drastycznemu pogłębieniu. Przejęcie władzy przez Donalda Trumpa w 2016 roku było w oczach wielu historyków bezpośrednim, politycznym powikłaniem niedociągnięć i systemowych niedosytów po dwóch kadencjach „ukochanego prezydenta Ameryki”, jak często go nazywano. No bo kochali go, to trzeba oddać. Urząd opuszczał, mając wskaźniki zaufania na poziomie powyżej 60 proc., dla wielu nieosiągalne nawet w szczytowych momentach kadencji. Kochali go, nawet jeśli wiele wskazuje na to, że... nie mieli za co. Ale kto by się tym przejmował? Na tle Trumpa i Bidena wypada – pod wieloma względami – jak przybysz z innej prezydenckiej planety.„Ameryka płonie”Pierwotny plan obejmował nadrabianie zaległości rodzinnych i regenerację. Szybko jednak przekształcili swoją pozycję w prawdziwe imperium biznesowo-kulturalne. Podpisali kontrakt książkowy opiewający na 65 milionów dolarów. Autobiografia Michelle „Becoming” stała się światowym bestsellerem (ponad 17 milionów sprzedanych egzemplarzy), a spotkania autorskie wypełniały największe hale widowiskowe. Do tego doszły wielomilionowe umowy z Netfliksem, Spotify czy wykłady na największych uczelniach świata. Dziewięciocyfrowy majątek pozwolił na zakup luksusowych nieruchomości w Waszyngtonie, na wyspie Martha’s Vineyard oraz na Hawajach.Zasłużyli. Zarobili uczciwie. Ale nie wszystkim się to podobało. Gdy w 2017 roku Trump wprowadzał zakaz wjazdu dla obywateli krajów muzułmańskich, w sieci pojawiły się zdjęcia Obamy uczącego się kitesurfingu na prywatnej wyspie miliardera Richarda Bransona. Przy innej okazji, chwalił się, że wypoczywa na jachcie Davida Geffena z Tomem Hanksem.„Daj sobie spokój z tymi zdjęciami z kitesurfingu. Cieszę się, że świetnie się bawisz, ale Ameryka właśnie płonie” – mówił znany komik John Olivier.Powrót JediTradycja amerykańska nakazuje, by byli prezydenci usuwali się w cień. George W. Bush po opuszczeniu urzędu zajął się malarstwem i konsekwentnie milczał, uznając, że Obama – choć z drugiej strony politycznej barykady – zwyczajnie na to zasługuje. Jednak rządy Trumpa postawiły te normy na głowie. Kiedy sytuacja polityczna w USA się zaostrzała – od wydarzeń z 6 stycznia po ponowne przejęcie władzy przez Trumpa – wśród członków Partii Demokratycznej coraz głośniej wybrzmiewało pytanie: „Gdzie jest Obama?”.Niektórzy politycy i działacze oczekiwali, że były prezydent stanie na czele otwartego oporu przeciwko temu, co określali mianem „narastającego faszyzmu”. Analityk Cornell Belcher mówił wprost o potrzebie „Powrotu Jedi”. Obama jednak zdecydowanie odrzucił rolę codziennego recenzenta politycznego. W rozmowach podkreślał: „Gdybym funkcjonował jak Jon Stewart, wygłaszając co tydzień ostre przemowy i roznosząc to, co się dzieje, nie byłbym liderem politycznym, lecz komentatorem”.To głos tożsamy z przekonaniami jego sztabowców: zdanie Obamy ma pozostać głosem wyjątkowym, spektakularnym, rzadkim. Gdyby wyskakiwał Amerykanom z lodówki, a pewnie mógłby, przekaz by się „rozlazł”. Walka o AIObama siedzi więc cicho, ale to nie znaczy, że nic nie robi. Jego kluczowym projektem i osobistym monumentem stało się Obama Presidential Center w południowej części Chicago – inwestycja opiewająca na bagatela 850 milionów dolarów. Zamiast tradycyjnej biblioteki prezydenckiej powstał potężny kampus z dominującą, 68-metrową granitową wieżą, pieszczotliwie nazywaną przez mieszkańców „Obamaliskiem”. Architekci Billie Tsien i Tod Williams początkowo planowali kameralne, stonowane budynki. Jednak Obama osobiście naciskał na nich, by projekt był odważniejszy i przypominał rzeźbę modernistyczną. Centrum zawiera studio nagrań, kuchnię dydaktyczną, sale warsztatowe oraz publiczną bibliotekę. Na najwyższym poziomie wieży wyryto 103 słowa z jego słynnego przemówienia w Selmie z 2015 roku, przypominające, że najważniejszym słowem w demokracji jest słowo „My”.Oczkiem w głowie byłego prezydenta stało się AI. Spotyka się z ekspertami z Doliny Krzemowej, analizuje ryzyka technologiczne, brał nawet udział w przygotowywaniu dekretu Joe Bidena dotyczącego bezpieczeństwa AI (uchylonego później przez Trumpa). Obama dąży do sformułowania odpowiedzialnej agendy legislacyjnej, która uchroni społeczeństwo przed populistycznymi skrajnościami i monopolizacją technologii przez miliarderów.Choć po dekadzie od opuszczenia Białego Domu pewność Obamy co do niewzruszoności amerykańskich instytucji została zachwiana, były prezydent odmawia popadania w nihilizm. W rozmowach z młodymi ludźmi często pełni rolę mentora sprowadzającego emocje na ziemię:„Mówię im: 'Nie, wiecie co? Wojna secesyjna była naprawdę straszna. Prawo Jima Crowa było ciężkie. Nasi rodzice i dziadkowie przechodzili przez rzeczy o wiele trudniejsze niż to, z czym zmagamy się dzisiaj'. I nie mówię tego, by umniejszać ich problemy, ale by wyciągnąć ich z poczucia beznadziei”.Wciąż pięknie mówi i wciąż świetnie się go słucha. Im bliżej kampanii, tym Obamy będzie zapewne więcej. W 2028 roku Demokraci będą go potrzebować jak nigdy wcześniej. Na razie, jeszcze, może odpoczywać. Zobacz także: Oszustwo „na World Trade Center”. Ta historia wstrząsnęła USA