Dwa lata żmudnej pracy. Mimo że ta historia brzmi jak scenariusz amerykańskiego filmu sensacyjnego, właśnie wydarzyła się w Polsce. Policja zatrzymała mężczyznę, który odpowie za śmierć 13-letniej Izy z Gdyni. Do zbrodni doszło 15 lat temu, a Michał S. został odnaleziony dzięki genealogii genetycznej. Na czym polega ta metoda i jak wyglądają takie poszukiwania, wyjaśnia portalowi TVP.Info Marta Sobota, genealog genetyczny, prezes Fundacji Dziedzictwo Genetyczne i biegła ad hoc, która pracowała nad sprawą w ramach zespołu biegłych. Portal TVP.Info: Gdyby DNA tego podejrzanego znalazło się, nawet lata po zbrodni, w policyjnej bazie, sprawa byłaby prosta, bo przecież można by je porównać z materiałem z miejsca przestępstwa. Ale tego DNA w bazie nie było. Michał S. pewnie do dziś byłby nieuchwytny, gdyby nie genealogia genetyczna. Jak całemu zespołowi i śledczym udało się namierzyć tego 37-latka? Marta Sobota: Tutaj, na wielu etapach, zadziałało wiele osób, dzięki temu to wszystko złożyło się w całość. Od pobrania materiału biologicznego, poprzez zespół profesora Ryszarda Pawłowskiego, który przechowywał tę próbkę przez 15 lat w odpowiednich warunkach, następnie przez prokuratora, który był na tyle odważny, miał na tyle otwartą głowę, żeby skorzystać z tej bardzo nowoczesnej technologii, po funkcjonariuszy archiwum X, którzy byli zaangażowani w sprawę. Ja razem z zespołem byłam jednym z elementów, który wsparł archiwum X właśnie w analizie genealogii genetycznej. Jeśli w policyjnej bazie danych nie ma sprawcy i nie mamy tego porównania jeden do jednego albo bardzo bliskiej relacji typu rodzic-dziecko czy rodzeństwo, to nie wiemy, kim ta osoba jest. Ta próbka musi na przykład pojawić się drugi raz, żeby już było wiadomo dokładnie, z imienia nazwiska, kim jest ten człowiek. Natomiast w genealogii genetycznej odwracamy to pytanie: mamy DNA sprawcy czy podejrzanego, ale nie wiemy, kim on jest i szukamy jego krewnych. Ponieważ to jest inny rodzaj testu DNA, to nie musimy mieć wyników tak bardzo bliskich, jak na przykład relacje rodzic-dziecko, tylko jesteśmy w stanie patrzeć na pokrewieństwo do sześciu pokoleń wstecz – i tak właśnie wydarzyło się w tym przypadku. Mieliśmy bardzo odległe dopasowania. W mediach pojawiały się informacje, że to był jeden krewny, który wrzucił swój wynik i na tej podstawie została wykonana cała analiza. Otóż nie było tak. Analizowaliśmy wyniki kilkudziesięciu bardzo odległych krewnych w dwóch bazach, do których policja ma dostęp. Nie we wszystkich bazach genealogicznych, tylko właśnie w dwóch. Zależy mi na tym, żeby było bardzo jasno powiedziane: to nie jest naruszanie prywatności osób, które nie wyraziły na coś takiego zgody. Mamy dwie bazy, do których policja ma dostęp: FamilyTreeDNA i GEDmatch PRO. W ramach tych dwóch baz użytkownicy wyrażają zgodę na bycie porównywanym w sprawach kryminalnych – lub jej nie wyrażają. Te osoby, które nie wyraziły zgody, nie są widoczne. Na szczęście około 70 proc. osób zgadza się. CZYTAJ TEŻ: Iwona Wieczorek. Co stało się po godz. 4.12? Nowe ustalenia po 16 latachI tutaj mieliśmy porównania, jak się później, na końcu tej analizy okazało, na poziomie 5-6 pokoleń wstecz. Kiedy wyobrazimy sobie nasze drzewo genealogiczne 6 pokoleń wstecz, mamy tam 64 przodków. Jeśli pomyślimy o tym, że w tamtych czasach przez kilka pokoleń ludzie mieli 10-15 dzieci i musimy zejść te 6 pokoleń w dół – przez kilka pokoleń było na przykład 10-15 dzieci, potem, powiedzmy, 7-8, następnie 5, 3, 2, to okazuje się, że we współczesnych czasach mamy setki, a nawet tysiące potomków takich osób. Więc ostatecznie w drzewie genealogicznym dla tej analizy było prawie 10 tysięcy osób, ponieważ wybieraliśmy skrupulatnie linie, o których wiedzieliśmy, że najlepiej się do tego nadają do tej konkretnej osoby. Dzięki publicznym danym, które są dostępne dla genealogów, przechodziliśmy w dół, żeby znaleźć właśnie połączenia między różnymi drzewami genealogicznymi różnych krewnych. Nawet jeśli ktoś nie ma pojęcia o takich badaniach, to już same liczby robią wrażenie. 10 tysięcy osób? Pierwsze określenie, jakie przychodzi do głowy w tej sytuacji to „syzyfowa praca”. Bardzo żmudna, bardzo koronkowa praca, dlatego właśnie łączymy genealogię z genetyką, ponieważ genetyka poprzez swoje możliwości sprawdzania, na których chromosomach i w których segmentach mamy to wspólne DNA z krewnymi, plus patrzenie na lokalizację, gdzie ludzie się przemieszczali, migrowali, pozwala wysupłać trochę więcej informacji. Ale nadal jest to koronkowa praca, dlatego też ta analiza trwała prawie dwa lata, ponieważ to jest bardzo odległe pokrewieństwo. Czyli w bazach były dane krewnych tego człowieka, a już później udało się pobrać próbkę materiału genetycznego bezpośrednio od niego – i to porównanie dało ostateczną odpowiedź. Jak wiemy, ten mężczyzna dodatkowo przyznał się do zbrodni. Wynik genealogii genetycznej nie jest nigdy dowodem, on jest wskazówką w śledztwie. Tutaj już służby sprawdzały, na ile ta osoba pasuje. Wiemy też, bo to już publicznie dostępne informacje, że ten mężczyzna w 2011 roku mieszkał bardzo blisko miejsca zdarzenia, więc to też było jedną z istotnych wskazówek. A dowodem jest test na markerach STR, który może być użyty w sądzie. Został on wykonany w dwóch niezależnych laboratoriach. Jednym z nich był Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie, a drugim Zakład Medycyny Sądowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Czy często zdarzają się podobne poszukiwania? Takie sytuacje, w których te nowe możliwości pozwalają służbom i specjalistom na powrót do dawnych spraw właśnie pod takim kątem? Pytam głównie o Polskę, ale ciekawa jestem też, jak to wygląda na świecie. Myślę, że nie zdradzam tutaj żadnej tajemnicy, bo donosiły o tym media, ale wcześniej była już jedna sprawa, do której ta metoda została wykorzystana. Jeżeli natomiast chodzi o taką sytuację na świecie, to w Europie pierwszy przypadek miał miejsce w Szwecji w 2020 roku. Jest o tym bardzo fajny serial na Netflixie, „Przełom”, który opisuje, jak wyglądała ta historia. Publicznie znane są jeszcze 4 przypadki – 2 w Norwegii, 2 we Francji. Oczywiście wcale nie oznacza to, że tylko tyle spraw było rozwiązanych. Po prostu tyle ujawniono publicznie, ale może być więcej podobnych przypadków. Natomiast w Stanach Zjednoczonych dzięki genealogii genetycznej udało się rozwiązać już kilkaset spraw. Właściwie tam się to wszystko zaczęło – mówimy tutaj o rozwoju tych badań, rozwoju możliwości i techniki. Dlaczego akurat w USA jest to tak rozwinięte? Sama metodologia wywodzi się od tego, że w większości stanów USA osoby adoptowane nie mają dostępu do dokumentów sprzed adopcji, z których mogłyby dowiedzieć się, kim są ich biologiczni rodzice. W Polsce jest inaczej – mogą, a tam nie. I inspiracją do rozwoju tego systemu okazały się właśnie osoby, które szukały swoich przodków. Głównie byli to ludzie adoptowani, ale nie tylko, bo niektórzy nie znali – najczęściej – swojego ojca, dziadka. Śledczy na przełomie 2017 i 2018 roku pomyśleli, że skoro osoby, które nie znając swojej tożsamości, umieszczają DNA w tych bazach, żeby dowiedzieć się, kim byli ich rodzice, to może by tę samą metodę wykorzystać do określenia, kim są sprawcy właśnie tych najgorszych, najcięższych przestępstw. Pierwszy głośny przypadek to był początek 2018 roku. Chodzi o bardzo medialną sprawę Golden State Killera. To mężczyzna, który został później oskarżony, już po odnalezieniu go, o kilkadziesiąt gwałtów i morderstw. Nie była to pierwsza sprawa rozwiązana z pomocą genealogii genetycznej, ale pierwsza tak głośna. Więc jeżeli chodzi o wykorzystanie takich możliwości przez policję, to początkiem był 2018 rok. Takie przypadki, również ten z Polski, pokazują przy okazji, jak istotne jest odpowiednie pobranie materiału z miejsca zbrodni, a potem przechowywanie go. Nawet jeśli wielu próbek sprzed lat nie udało się wykorzystać od razu, to po czasie pojawiły się nowe możliwości. Nie chciałabym wchodzić tutaj w kompetencje zespołu profesora Pawłowskiego, ponieważ to oni się tym zajmowali, ale rzeczywiście: ten materiał był przechowywany w odpowiednich warunkach. Sam profesor mówił, że ważna była odpowiednia temperatura, wilgotność. Są specjalne pomieszczenia, w których te materiały biologiczne są przechowywane. Podkreślała pani, że w przypadku części tych baz ludzie z pełną świadomością decydują się na to, żeby dostęp do ich danych miała policja. To nie jest tak, że dzieje się to poza ich kontrolą. Zgadza się. Mamy pięć takich największych baz. Ta największa wśród nich ma 30 milionów użytkowników, druga pod kątem wielkości – 15 milionów, trzecia – 10, ale to są bazy, do których policja nie ma dostępu. Nie mogą one być używane w sprawach kryminalnych, a mówimy tutaj tylko o najcięższych sprawach, takich jak: zabójstwa, gwałty, ustalanie tożsamości niezidentyfikowanych szczątków i porwania dzieci. CZYTAJ TEŻ: Chciał być nieśmiertelny. Milioner cierpi na nieuleczalną chorobęNatomiast dwie bazy, do których policja może mieć dostęp, czyli Family Tree DNA i GEDmatch PRO, to bazy, w których osoby rejestrujące się wyrażają lub nie wyrażają zgody na bycie porównywanym w sprawach kryminalnych. I to nie są zgody ukryte gdzieś głęboko w regulaminach, tylko rzeczywiście jest to osobne pytanie podczas rejestracji, więc jest to w pełni świadoma zgoda. Na GEDmatch jest nawet tak, że jest tam „odznaka” z napisem „Police”. Za każdym razem, kiedy się logujemy, widzimy, że ta próbka ma wyrażoną zgodę na porównania w sprawach. Po sukcesie tej bardzo medialnej sprawy Golden State Killera społeczeństwo dowiedziało się, jak to działa, czyli że tak naprawdę wgrywając swoje dane, możemy wesprzeć śledczych w ich poszukiwaniach w takich właśnie najcięższych sprawach. Policjanci nie kontaktują się nawet z tymi osobami, ponieważ tego nie potrzebują, wystarczy, że widzą ilości wspólnego DNA między osobą, której dane analizują a tymi krewnymi. Nazwiska krewnych nie pojawiają się także w aktach sprawy. I właśnie wtedy zrobił się bardzo duży ruch. Wiele osób, mając DNA w tych największych bazach, do których policja nie ma dostępu, wgrywało swoje dane do tych dwóch najmniejszych, z których policja może korzystać. Rozumiem, że państwo jako badacze widzą, ile jest procent zgodności materiału z porównywaną próbką. Czy na tej podstawie można ocenić, jak daleki jest to krewny? Mniej więcej, ponieważ owszem, można to wyrazić w procentach, ale częściej korzystamy z takiej wartości, która nazywa się centymorgan. Możemy sobie wyobrazić, że to jest jak centymetr. Im więcej centymorganów mamy wspólnego DNA z daną osobą, tym bliżej jesteśmy spokrewnieni. Operujemy na bardzo małych wartościach: 20, 30, 50, 60 centymorganów – i w tym przypadku jesteśmy w stanie mniej więcej określić, że to pokrewieństwo jest bardzo odległe, od 4 do 6 pokoleń wstecz, w zależności od sytuacji. Musimy patrzeć też na wiek tych osób. Na przykład wiemy, że krewny ma 80 lat, a w Instytucie Ekspertyz Sądowych była zrobiona predykcja wieku i wiedzieliśmy też mniej więcej, ile lat może mieć sprawca. Zakładaliśmy więc, że między osobą 80-letnią a 30-kilkuletnią będą prawdopodobnie co najmniej dwa pokolenia przesunięcia. Musimy patrzeć na te wszystkie aspekty i na tej podstawie mniej więcej określamy, ile pokoleń wstecz to pokrewieństwo jest. Może się zdarzyć tak, że dla jednej osoby wspólni przodkowie są 5 pokoleń wstecz, a dla drugiej 6 pokoleń wstecz albo dla jednej 4 pokolenia wstecz, a dla drugiej 6. Nie jest tak, że na przykład przy wartości 50 centymorganów wiemy, że to na pewno będzie takie a takie pokrewieństwo, nie możemy tego z góry założyć. Czyli drogą do sukcesu – w takich przypadkach po prostu wymierzenia sprawiedliwości – okazuje się szukanie próbek krewnych. Bo nie sądzę, żeby ktoś, kto popełnił kiedyś przestępstwo, sam potem zarejestrował się dobrowolnie w takiej bazie, chyba że były takie przypadki?Nie znam akurat takiego przypadku, ale wydaje mi się, że był przypadek relacji rodzic-dziecko albo rodzeństwo, w każdym razie bardzo bliskiej relacji rodzinnej. Przy czym musimy pamiętać, że policja nie korzysta z tych baz w przypadku kradzieży cukierka. To są tylko najcięższe przestępstwa, czyli właśnie morderstwa, gwałty, zbrodnie na tle seksualnym, porwania dzieci i ustalanie tożsamości osób NN. Mówiła pani o tym, że popularność takich badań wśród „zwykłych” ludzi, zupełnie bez związku z pracą policji czy prokuratury i sprawami kryminalnymi, zaczęła się w USA ze względu na tamtejsze prawo. Jak to w takim razie wygląda w Polsce? Kto zwykle szuka swoich krewnych, kto korzysta z tych baz? Podstawową grupą użytkowników zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i u nas, myślę, że też na całym świecie, są genealodzy i osoby pasjonujące się historią rodziny. Robią sobie te testy DNA głównie po to, żeby rozwijać swoją genealogię, poznawać żyjących krewnych, rozwiązywać różne zagadki rodzinne typu nieznane pochodzenie jakiegoś pradziadka, a także przełamywać mury, czyli na przykład: nie mamy dokumentów jakiejś linii rodziny i dzięki wynikom testów DNA możemy powiązać, co się tam wydarzyło i przeskoczyć jakieś pokolenie, żeby dalej rozwijać genealogię już z pomocą metryk. Poza tym otrzymują taką mapkę pochodzenia biogeograficznego, nazywanego też etnicznym, gdzie jest pokazane, w ilu procentach oraz skąd pochodzimy. Przy czym tutaj musimy pamiętać, że patrzmy na to z lekkim przymrużeniem oka, bardziej na szeroko rozumiane regiony i kontynent, a nie na konkretne państwa.To jest jedna grupa. Druga to osoby, które na przykład robią test, żeby rzeczywiście poznać swojego nieznanego ojca, dziadka albo rodziców. Nie mówię o matkach, bo jeszcze nie zdarzyła mi się sytuacja, że ktoś zna ojca, a nie zna matki. Oczywiście coraz więcej takich poszukujących osób jest też w Polsce. Prowadzę taką wolontaryjną grupę Serach Angels, która pomaga odnajdywać nieznanych ojców, rodziców. Wychodzimy z założenia, że każdy ma prawo do poznania swojej tożsamości i tego, skąd pochodzi. Są już w Polsce takie przypadki odnalezienia ojców. Kilka z nich opisuję na swoim blogu (saturdaydna.com). Oczywiście to nie są wszystkie poszukiwania, w jakich braliśmy udział. Udało nam się odnaleźć nieznanych ojców lub oboje rodziców kilkunastu osób. Jednak nie zawsze udaje się znaleźć tych bliskich, ponieważ nie zawsze jest dostęp do wystarczającej ilości informacji, ale coraz więcej osób już dzięki temu poznaje swoją tożsamość. Najprościej mówiąc, im więcej osób w bazie, tym większa szansa na sukces takich poszukiwań. Tak, tym krócej trwa analiza. Czasem musimy patrzeć zarówno na krewnych, którzy są w bazie, jak i na dostęp do dokumentów. Może się zdarzyć, że będziemy mieć nawet bliskiego krewnego, ale jeżeli nie mamy dostępu do dokumentów lub coś jest nie tak między genealogią a genetyką, na przykład ktoś ma wpisanych innych rodziców, to też nie powiążemy. Różne czynniki muszą się złożyć w całość, żeby móc połączyć genetykę z genealogią. Czy miała pani w swojej karierze taką sprawę, która szczególnie zapadła pani w pamięć? Taką, którą najbardziej pamiętam, nie mogę się podzielić, bo rodzina w ogóle nie chciała wychodzić z tym do mediów. Ale podam przykład mężczyzny, który zgłosił się do mnie na konsultację, bo zrobił sobie właśnie genealogiczny test DNA. Jego rodzina od wielu pokoleń pochodziła z okolic Łodzi i Warszawy, a w tym wyniku biogeograficznym wyszło mu, że w połowie jest z Półwyspu Arabskiego. I zwrócił się do mnie z pytaniem, czy te wyniki są w ogóle prawdziwe, bo to mu się zupełnie nie zgadza. Sprawdziliśmy różne aspekty tego jego wyniku. Robiłam też potem analizę krewnych i rzeczywiście – okazało się, że jego ojciec był Palestyńczykiem, który studiował w Polsce medycynę. Ten mężczyzna miał bardzo ciemną karnację, piękne, kruczoczarne włosy do ramion. Zawsze w rodzinie mówiono mu, że to po prababci. Okazało się, że nie, że jego ojciec biologiczny był inną osobą, niż myślał. Na końcu tej całej historii, kiedy rozmawialiśmy, ten człowiek powiedział, że ucieszył się z tego odkrycia, bo wiele rzeczy poskładało mu się w całość, a teraz jest w trakcie poznawania się z tą nową rodziną. Mimo że sytuacja geopolityczna na tych terenach jest teraz bardzo trudna.Inna historia, która zapadła mi w pamięć, to historia pierwszej osoby spoza grona rodziny i znajomych, której analizę przeprowadzałam. Ta kobieta była adoptowana w Irlandii i wiedziała, że jej biologiczny ojciec był Polakiem, chciała się dowiedzieć, kto to. I kiedy już potwierdziliśmy ustalenia – również dodatkowymi wynikami, bo kuzynowie zgodzili się zrobić test – ona przyjechała do Polski. To była starsza pani, 70- paroletnia. Razem z dwiema córkami przyjechała tutaj i byłyśmy na takiej wycieczce, żeby poznać kuzynów, odwiedzić miejsca, z którymi był związany jej ojciec, odnaleźć dom, w którym się urodził, wychował, kościół, do którego chodził. Przybliżyć jej historię rodziny. Odwiedziliśmy też grób jej dziadków, więc to było też takie wzruszające spotkanie. To jest opowieść, która świetnie pokazuje, dlaczego z takim zaangażowaniem pani się tym zajmuje. Tak. I to była pierwsza taka historia, więc jest głęboko w moim sercu. Do dzisiaj mamy kontakt z Pamelą, taki prywatny: co u nas, co u niej, również z jej córkami. To bardzo miłe. Cieszę się, że mogę towarzyszyć tym osobom w poznawaniu ich tożsamości, bo widzę, jak na takim wręcz fizycznym poziomie schodzi z nich jakiś ciężar. Często myślą, że już nigdy się nie dowiedzą, bo nie ma dokumentów. Tymczasem okazuje się, że jest nowa technologia, która na to pozwala. CZYTAJ TEŻ: Kurier w Polsce sam jest jak towar. Tani, szybki, z dostawą pod drzwi