Rosyjski faworyt. Polskie wojsko pozostaje ostrożne, ale Andrij Sybiha, szef ukraińskiego MSZ, nie ma złudzeń, że pocisk, który pojawił się nad Polską, to rosyjski Ch-101. Jeden z „ulubieńców” Putina i jego ludzi, od czterech lat terroryzujący miasta i wioski za naszą wschodnią granicą, dziś „przywitał się” z Polską. W przeciwieństwie do tradycyjnych rakiet balistycznych, które wzbijają się wysoko w atmosferę i spadają na cel niczym kamień, Ch-101 porusza się w sposób zdecydowanie bardziej kontrolowany. Zrzucany z lecącego bombowca, w kilka chwil rozkłada skrzydła, uruchamia niewielki silnik odrzutowy i rozpoczyna samodzielny lot do zaprogramowanego celu. Może skręcać, zmieniać wysokość, omijać wskazane obszary i nadlatywać do celu z innego kierunku, niż wynikałoby to z położenia rosyjskiego samolotu.Jest szybki, ale nie hipersoniczny. Eksperci zestawiają osiągane przez niego prędkości z tymi, które obserwujemy w samolotach pasażerskich. Nie jest więc bronią doskonałą: w przeciwieństwie do wielu rakiet przeciwlotniczych, teoretycznie dość łatwo go dostrzec i zestrzelić. Czytaj też: Krater po wybuchu na Lubelszczyźnie. Obok „elementy nieznanego obiektu”„Teoretycznie”, bo rzeczywistość jest oczywiście nieco bardziej skomplikowana. Ch-101 (inaczej: Kodiak) może poruszać się bowiem bardzo nisko. Przez długi czas pozostaje wówczas ukryty za krzywizną Ziemi, lasami, wzgórzami czy miejską zabudową. Radar może go zobaczyć dopiero wtedy, gdy pocisk znajdzie się stosunkowo blisko. Czasem: za późno.Jak działa Ch-101?Ch-101 ma około siedmiu i pół metra długości, czyli mniej więcej tyle, ile nieduży autobus. Waży ponad dwie tony. W jego przedniej części znajduje się głowica zawierająca około 450 kg materiału przeznaczonego do zniszczenia celu.To broń konwencjonalna, szczęśliwie więc nie mówimy o głowicy jądrowej. Kilkaset kilogramów materiału wybuchowego wystarcza jednak do zniszczenia dużego budynku, części zakładu przemysłowego, transformatora energetycznego lub stanowiska dowodzenia.Czytaj też: Polska poderwała myśliwce. Reakcja na rosyjski atak na UkrainęZasięg Kodiaka wynosi aż 2,5 tys. kilometrów. Nie trzeba więc wlatywać nad Ukrainę ani zbliżać się do polskiej granicy. Można go wypuścić głęboko nad terytorium Rosji, a ten samodzielnie pokona dalszą drogę. Najczęściej Ch-101 są przenoszone przez wielkie bombowce Tu-95 – stare, ale wielokrotnie modernizowane maszyny z charakterystycznymi śmigłami – oraz nowsze odrzutowe Tu-160. Ich załogi pozostają daleko poza zasięgiem większości ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Ryzyko przejmuje pocisk lecący bez pilota.To zasadnicza różnica między Ch-101 a zwykłą bombą lotniczą. Aby zrzucić bombę, samolot musi podlecieć do celu stosunkowo blisko. Pocisk manewrujący pozwala zaatakować ten sam obiekt bez wystawiania bombowca i jego załogi na bezpośrednie niebezpieczeństwo.Jak Ch-101 znalazł się w polskiej przestrzeni?Przed startem, pocisk otrzymuje zaprogramowaną trasę składającą się z kolejnych punktów. Nie jest, wbrew pozorom, sterowany przez człowieka, który siedzi przy komputerze i bawi się śmiercionośnym joystickiem. Podczas lotu pocisk korzysta z kilku sposobów ustalania położenia. Odbiera sygnał rosyjskiego systemu nawigacji satelitarnej, działającego podobnie do GPS. Jednocześnie jego komputer zapisuje wykonane ruchy i porównuje obraz terenu pod pociskiem z wcześniej przygotowaną mapą. W ostatniej fazie lotu urządzenia optyczne mogą pomóc w rozpoznaniu celu.Połączenie tych metod ma umożliwiać trafienie w konkretny budynek albo fragment zakładu przemysłowego. Nie oznacza to jednak, że pocisk zawsze leci dokładnie tam, gdzie zaplanowali Rosjanie. Znaczenie mają jakość danych wywiadowczych, prawidłowe zaprogramowanie trasy, pogoda, zakłócenia oraz sprawność urządzeń.Cele na zachodzie Ukrainy leżą blisko granicy NATO. Ch-101 nie leci do nich najkrótszą trasą, lecz może wykonywać szerokie zakręty i podchodzić z różnych stron. Do naruszenia polskiej granicy może doprowadzić błąd nawigacji, awaria, niewłaściwe zaprogramowanie, uszkodzenie pocisku albo świadome skierowanie go nad Polskę.Na obecnym etapie nie ma podstaw, by przesądzać, który z tych scenariuszy wyjaśnia wydarzenia z 30 lipca. Sam fakt, że obiekt przeleciał w kierunku zachodnim i rozbił się w czasie rosyjskiego ataku, nie pozwala jeszcze określić, czy był to błąd, awaria, prowokacja czy zamierzone uderzenie.Czytaj też: Naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej. Tak działa procedura SPO-13