Co się stało w Tangshan? 28 lipca 1976 roku, dokładnie 50 lat temu, przemysłowe miasto Tangshan, zamieszkiwane przez około milion ludzi, w ciągu zaledwie 23 sekund niemal zniknęło z powierzchni. Ziemia pękła z siłą 8 stopni w skali Richtera, grzebiąc pod gruzami setki tysięcy ludzi. Ofiar mogło być mniej, gdyby tragedia wydarzyła się gdziekolwiek indziej. Niestety, wydarzyła się w Chinach. Zwykła, letnia noc. Świadkowie wspominają, że było dość parno, ale i tak każdy spał jak niemowlę. Środek tygodnia, wyczerpujące szychty w kopalni dawały w kość. Spora część mieszkańców wciąż zasuwała z kilofami na nocnej zmianie. Tangshan, 150 kilometrów na wschód od Pekinu, to bowiem kluczowy chiński ośrodek górniczo-hutniczy. Typowe przemysłowe miasto.Kiedy nadeszły pierwsze wstrząsy, nikt nie miał czasu na ucieczkę. Pękające w szwach, wybudowane bez jakichkolwiek norm sejsmicznych osiedla robotnicze składały się jak domki z kart.Ponad 85 proc. budynków w mieście uległo całkowitemu zniszczeniu. Szpitale, szkoły, fabryki i linie kolejowe przestały istnieć w mgnieniu oka. Ziemia uległa upłynnieniu, a podziemne wstrząsy uwięziły w kopalniach węgla tysiące górników na nocnej zmianie. Zniszczeniu uległy wszystkie mosty łączące miasto ze światem, a linie telefoniczne zostały przerwane. Wstrząs był tak silny, że zaniepokoili się nawet najwyżsi oficjele, śpiący smacznie w luksusowych pekińskich domach. Nikt nie wiedział jednak, gdzie dokładnie znajduje się centrum kataklizmu. Gdy nastał świt, nad Tangshan unosił się tylko gęsty pył i krzyk tych, którzy przeżyli. Bez ciężkiego sprzętu, bez leków i bez zorganizowanej pomocy medycznej, ocalali musieli odkopywać swoje rodziny gołymi rękami, używając kawałków drewna i domowych naczyń.Samowystarczalność ponad życieW 1976 roku Chiny znajdowały się w głębokiej izolacji. Maoistowski reżim patrzył na zewnętrzny świat – zarówno na kapitalistyczny Zachód, jak i na rewizjonistyczny w jego oczach Związek Radziecki – z ogromną nieufnością. Doktryna Zili Gengsheng (polegania na własnych siłach) była nie tylko hasłem gospodarczym, ale przede wszystkim ortodoksją polityczną.Gdy świat dowiedział się o skali zniszczeń, natychmiast zaoferowano pomoc. Czerwony Krzyż, Organizacja Narodów Zjednoczonych, USA, Japonia i liczne kraje europejskie były gotowe wysłać do Tangshan samoloty ze sprzętem, ratownikami, lekami i żywnością. Dla Komunistycznej Partii Chin, która przecież radzi sobie świetnie i nad wszystkim panuje, byłaby to jednak potwarz. Wbrew logice, wbrew czystej ludzkiej empatii i trosce o własny lud – odmówiono.Oficjalna propaganda ogłosiła, że wielki i dumny naród chiński pod wodzą Przewodniczącego Mao nie potrzebuje wsparcia imperialistów. „Chiny są wielkie i posiadają wszelkie zasoby, by samodzielnie przezwyciężyć skutki klęski żywiołowej” – brzmiało oficjalne stanowisko rządu.Cena tego ideologicznego zacietrzewienia była przerażająca. Podczas gdy na gruzach Tangshan tysiące ludzi umierało z powodu braku antybiotyków, czystej wody czy prostych środków opatrunkowych, chińska armia wysłała w rejon katastrofy żołnierzy, którzy częstokroć nie mieli ze sobą nawet łopat. Brak doświadczenia w prowadzeniu wielkoskalowych operacji ratunkowych i odrzucenie wyspecjalizowanych zagranicznych grup poszukiwawczych drastycznie obniżyły szanse na uratowanie osób uwięzionych pod gruzami.Mandat NiebiosŻeby zrozumieć, dlaczego reakcja władz była tak absurdalna i okrutna, trzeba przyjrzeć się sytuacji politycznej w Pekinie. Rok 1976 był dla Chin czasem bezprecedensowego chaosu. Rewolucja kulturalna, trwająca od dekady, wycieńczyła społeczeństwo i zdemolowała gospodarkę. Kraj żył w stanie permanentnej nagonki ideologicznej. Na domiar złego, był to rok kryzysu sukcesyjnego. Na początku roku zmarł uwielbiany premier Zhou Enlai. Kilkanaście dni przed trzęsieniem odszedł z kolei marszałek Zhu De, a sam Mao Zedong był schorowany, niemal ślepy i przykuty do łóżka, znajdując się na skraju życia.W tradycyjnej kulturze chińskiej nagłe kataklizmy naturalne – powodzie, komety czy właśnie niszczycielskie trzęsienia ziemi – interpretowano jako znak, że panująca dynastia traci Mandat Niebios (Tianming), a jej upadek jest nieuchronny. Przesądny lęk przed tą tradycyjną interpretacją paraliżował kierownictwo partyjne.Wokół umierającego Mao toczyła się bezwzględna walka o władzę. Z jednej strony stała tzw. Banda Czterech na czele z żoną Mao, Jiang Qing – ultraortodoksyjne skrzydło rewolucji kulturalnej. Z drugiej strony znajdowali się pragmatycy, skupieni wokół przebywającego wtedy w niełasce Deng Xiaopinga.Dla Bandy Czterech priorytetem nie było oczywiście ratowanie ludzi w Tangshan, lecz wykorzystanie sytuacji do zniszczenia politycznych rywali. Propaganda partyjna nakazała, aby walkę z konsekwencjami trzęsienia ziemi powiązać z kampanią polityczną: „Krytykować Denga i odpierać prawicowy wiatr”.Dochodziło do absurdów. W ruinach Tangshan organizowano zebrania partyjne, na których wycieńczeni ludzie musieli recytować cytaty z Czerwonej Książeczki Mao i potępiać „kapitalistycznych rewizjonistów”. Jiang Qing posunęła się wręcz do stwierdzenia na wewnętrznych naradach, że „potępienie Deng Xiaopinga dotyczy 800 milionów ludzi, podczas gdy trzęsienie ziemi dotknęło tylko jedno miasto”. Bilans milczeniaW systemach totalitarnych katastrofa naturalna jest traktowana nie jako tragedia ludzka, ale jako skaza na wizerunku państwa. Z tego powodu władze w Pekinie nałożyły całkowite embargo na informacje dotyczące Tangshan. Miasto zostało odcięte od świata strefą wojskową, a zagranicznym dziennikarzom zakazano wjazdu w ten rejon.Przez lata świat opierał się jedynie na domysłach i szczątkowych raportach wywiadowczych. Dopiero w 1979 roku – trzy lata po wydarzeniach i już po śmierci Mao oraz upadku Bandy Czterech – Pekin zdecydował się ujawnić oficjalne dane.Powołując się na rządowy raport, ogłoszono, że w trzęsieniu ziemi zginęło 242 419 osób, a 164 851 odniosło ciężkie obrażenia. Wielu niezależnych historyków, demografów oraz przedstawicieli zagranicznych służb medycznych do dziś podważa te liczby. Zwraca się uwagę, że oficjalny spis nie uwzględniał tymczasowych robotników, migrantów ze wsi bez zameldowania w Tangshan oraz osób, których ciał nigdy nie odnaleziono lub które zmarły w kolejnych miesiącach na skutek powikłań i braku opieki medycznej. Szacunki przygotowane przez zachodnie agencje oraz późniejsze, nieoficjalne analizy chińskich badaczy mówią o liczbie ofiar sięgającej od 500 000 do nawet 655 000 zmarłych. Gdyby te szacunki się potwierdziły, Tangshan byłoby najkrwawszym trzęsieniem ziemi w nowożytnej historii świata.Mao Zedong zmarł zaledwie sześć tygodni po katastrofie – 9 września 1976 roku. Jego śmierć i rychłe aresztowanie Bandy Czterech przypieczętowały koniec rewolucji kulturalnej. Władzę przejął Deng Xiaoping, otwierając Chiny na świat i rozpoczynając erę reform gospodarczych.Tangshan zostało odbudowane od zera jako modelowe, nowoczesne miasto przemysłowe. Dziś stoi tam monumentalny pomnik i muzeum upamiętniające ofiary. Pamięć o 1976 roku stała się natomiast dla Komunistycznej Partii Chin cichą, lecz głęboką traumą. Co ważne, tragedia Tangshan przewartościowała podejście Pekinu do zarządzania kryzysowego. Kiedy w 2008 roku trzęsienie ziemi nawiedziło prowincję Syczuan, Chiny zareagowały zupełnie inaczej: natychmiast wpuściły zagraniczne ekipy ratunkowe, dopuściły media i uruchomiły ogromne zasoby państwowe bez sztywnego gorsetu ideologicznego. Lepiej późno niż wcale. Czytaj też: Silne trzęsienie ziemi uderzyło w Japonię. Zawaliło się centrum handlowe