Tak wygląda wojna. Serhij Krynicki niemal przez rok stacjonował na froncie wschodnim w niewielkiej dziurze w ziemi, w okolicy miasta Czasiw Jar. W rozmowie z agencją Reutera opowiedział o nieludzkich okrucieństwach wojny, z których część udokumentował w wideodzienniku. Taki miał sposób, by nie zwariować w piekle, jakie w Ukrainie rozpętał Władimir Putin. Serhij Krynicki został wysłany na pozycję wraz z dwoma towarzyszami 20 kwietnia 2025 r. Stacjonował pod miejscowością Czasiw Jar do 31 marca 2026 r. Ukraiński żołnierz wrócił na bezpieczne pozycje w Kramatorsku dopiero po 346 dniach, kiedy został już sam w dziurze w ziemi.Rano razem żartujecie. A wieczorem wzywają bramy niebiosPierwszy z towarzyszy zginął dość szybko. Drugi wytrwał znacznie dłużej, ale do domu też nie wrócił. Zdruzgotany Krynicki nagrał telefonem martwego przyjaciela. W ciasnym dole trzy na cztery metry zdążyli się poznać jak stare małżeństwo.Oddział Krynickiego, który zaprosił dziennikarza Reutera, by ten przedstawił relację żołnierza, nie zezwolił na podanie imion i nazwisk dwóch zmarłych.Był 326. wspólny dzień. Na filmie widać martwe ciało wciśnięte pośpiesznie do ziemianki. Jedna zakrwawiona noga odsłonięta. W niej tętnica rozcięta odłamkami z ładunku wybuchowego zrzuconego przez drona i dużo krwi.– Rano razem żartujecie. A wieczorem wzywają bramy niebios – 42-latek skwitował do kamery otępiałym głosem, z twarzą rozmazaną i zmęczoną.Dronowa strefa śmierci Wojna dronowa i zaawansowana współczesna technologia spowodowały odizolowanie pozycji żołnierzy. Nikt nie gromadzi wojsk, artylerii czy pojazdów w wąskim korytarzu długiej linii frontu. Łatwo dostrzegalne pozycje i sprzęt to wymarzony cel dla tanich bezzałogowców, którymi obie strony masowo przeczesują niebo.Czytaj także: NATO nie chroni nas przed rosyjską prowokacją. Jak się przygotować?Wojna w ciągu czterech lat wyewoluowała. Obie armie rozmieszczają niewielkie oddzialiki – z trzema, a czasem nawet z dwoma żołnierzami – rozproszone w małych okopach wydrążonych w ziemi na polu bitwy o szerokości około 30 km. Jak mówią wojskowi, to tzw. strefa śmierci, bo zagrożenie dronami jest nieustanne.Oddziały próbują uniknąć wykrycia i infiltrują luki w obronie wroga. Często wiąże się to z podejmowaniem ogromnego ryzyka w zamian za minimalne zyski terytorialne. Zazwyczaj grupki tkwią na swoich pozycjach długimi miesiącami. Normalna rotacja wojsk jest śmiertelnie niebezpieczna.Jak to ujął dziennikarz Reutera, Krynicki funkcjonował w „przerażającym cyklu przemocy: co kilka dni rosyjscy żołnierze nacierali pieszo w małych grupach, zazwyczaj dwu- lub trzyosobowych. Czasami podchodzili na odległość zaledwie 20 metrów, zanim Ukraińcy zaczęli do nich strzelać”.„Każdy dzień jest taki sam”Krynicki twierdził, czego nie da się zweryfikować, że podczas swojej misji zabił 23 wrogów z bliskiej odległości. Wyraźnie pamiętał jednego z pierwszych – żołnierza rannego granatem. Rosjanin udawał, że się poddaje, zanim wycelował z karabinu.– Cóż, zareagowałem. Przestał do mnie mierzyć – opowiedział eufemistycznie Krynicki w kilkunastominutowym reportażu filmowym Reutera. Mówiąc o tych wydarzeniach, żołnierz, który ma dwójkę nastoletnich dzieci, wielokrotnie z trudem powstrzymywał łzy i drżenie rąk. W chwili przeprowadzania wywiadu był dwa miesiące po powrocie ze strefy śmierci.– Moim zadaniem jest przeżyć. Jeśli ja nie zabiję wroga, to wróg zabije mnie. Każdy dzień jest taki sam. Oni się skradają, my się bronimy. Idą pieszo, dostają rozkaz, że mają zająć naszą pozycję. Nie atakują codziennie, ale co kilka dni. Czekałem, kiedy wróg podejdzie blisko. Wybierałem dobrą pozycję do strzelania. Im bliżej podeszli, tym lepiej – mówił.„Podpełzli tam, gdzie nie należy”Krynicki nagrał telefonem swego rodzaju wideodziennik. Urządzenie ładował czasem bateriami z rosyjskich dronów. „W nagraniach pełnych przekleństw dokumentował nieludzkie okrucieństwa i absurdy życia w ciasnej reducie wykutej pod liniami frontu wyniszczającej wojny” – czytamy.Dziennikarz agencji Reutera obejrzał 22 filmy. Zaproszenie dla niego to inicjatywa oddziału Krynickiego, 24. Brygady Zmechanizowanej, która w ten sposób chciała przedstawić szerszej publiczności koszmar wojny i nie dać zapomnieć o tym, co Władimir Putin robi w Ukrainie. Reuters weryfikował metadane plików i potwierdzono autentyczność materiałów. Krynicki zaczął nagrywać w sierpniu 2025.„Chcę, żeby to całe gówno się skończyło”24 listopada, czyli już ponad 200 dni od wysłania na pozycję, żołnierz skierował kamerę na dwóch martwych wrogów. Z upiornym spokojem stwierdził krótko: „Padli w uczciwej walce, głupcy” i za chwilę dodał: „Podpełzli tam, gdzie nie należy”.– Nie chcę, żeby tu podchodzili, k****. Nie chcę, żebyśmy musieli to robić. Chcę, żeby to całe gówno się skończyło – powiedział, patrząc na zwłoki.Krynicki nie był zawodowym żołnierzem. Przed wojną pracował w rolnictwie i jako budowlaniec, aż z powodu wypadku znalazł się na miesiąc w śpiączce. Po przebudzeniu dorabiał jako hodowca królików.Pod koniec 2024 r. został zatrzymany przez oficerów poborowych w swojej wsi Biłohirja w zachodniej Ukrainie. Wsadzili go do autobusu, zawieźli do Równego i szybko przeszkolili. Został przydzielony do 24. Brygady Zmechanizowanej i wysłany na front wschodni, gdzie armia rosyjska, znacznie przewyższająca liczebnie ukraińską, atakowała tzw. pas twierdzy – strategicznych miast w obwodzie donieckim.Krynicki razem z dwoma towarzyszami wiedział, że im głębsze schronienie wykopią, tym większe szanse na przeżycie sobie zapewnią. Pierwszą ziemiankę jednak zniszczyły drony. A po ataku, w którym zginął pierwszy żołnierz z ich grupki, Krynicki doznał wstrząśnienia mózgu i stracił czasowo słuch.– Popatrzcie, tak to wykopaliśmy. Nie wiem tylko, czy nazywać to schronieniem, czy grobem. Ch*j wie, co nas tu trafi – skomentował gorzko w jednym z filmów, gdy pokazywał swoją pozycję. Na nagraniu tym żyło jeszcze dwóch zabitych później żołnierzy.Bez dostaw jedzenia i picia? Żaden problem, prowiant „zapewnili” RosjanieDrony stanowią oczywiste zagrożenie, ale dużym wyzwaniem są też warunki pogodowe. Trzeba było radzić sobie z przeszywającym mrozem, co ograniczało wartę obserwacyjną do dwóch godzin. Lodowate przeciągi na dłużej były nie do zniesienia.Zdarzało się, że przez trzy albo cztery dni drony z zaopatrzeniem nie docierały albo były strącane wrogim ostrzałem. Aby przeżyć, Krynicki zbierał jedzenie i drobiazgi po zabitych Rosjanach. Przede wszystkim paczki papierosów.W filmie z lutego żołnierz pokazał swoją kolekcję paczek, jakie udało się pozbierać – Winstony, Chesterfieldy, Camele itd. Stało się to jego obsesją. Skompletował całkiem pokaźny stosik. – Trochę jak ci, co kolekcjonują znaczki – mówił. Innego dnia uwiecznił przejęte „trofea”, jak to ujął, czyli broń. – To niewielki arsenał – ocenił Krynicki, prezentując 13 sztuk broni ustawionych w rzędzie.Jak przypomniał Reuters, inwazja Putina na Ukrainę doprowadziła do rzezi. „Chociaż żadna ze stron nie ujawnia liczby ofiar, Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych szacuje, że straty rosyjskie na polu bitwy wyniosły 1,4 mln, wliczając zabitych, rannych i zaginionych, a siły ukraińskie poniosły straty rzędu 525 000–625 000” – czytamy.Krynicki był rozmieszczony na jednym z najniebezpieczniejszych odcinków strefy śmierci.W jednym z filmów pokazał wiszącego w gałęziach rozbitego bezzałogowca z wciąż aktywnym ładunkiem wybuchowym. Jak tłumaczył, tak przygotowany arsenał, choć spadł i nie wybuchł, wciąż jest niebezpieczny do dwóch kolejnych godzin.11 marca Krynicki usłyszał eksplozję na zewnątrz. Wybiegł na rześkie wiosenne powietrze i zobaczył leżącego na ziemi towarzysza, który dostał odłamkiem w nogę po dronowym ataku. Krynicki wciągnął mężczyznę z powrotem do okopów i gorączkowo rozdzierał jego grube bawełniane spodnie, szukając rany. Założył opaskę uciskową, ale na ratunek było już za późno.– To był mój towarzysz broni, z którym na tej pozycji byłem prawie przez rok – mówił w filmie z tego zdarzenia, pokazując zwłoki. – Został zabity tego wieczoru. Miał 43 lata. Taki jest nasz los, k****. Niech spoczywa w pokoju – dodał.„Musisz wszystko widzieć, a samemu masz być niewidocznym”Krynicki przekazał dowództwu, co się wydarzyło i zaznaczył, że pilnowanie swojej strefy w pojedynkę nie wchodzi w grę. Równie dobrze mógłby sam się wysadzić, bo – jak przekazało dowództwo – Rosjanie szli w jego kierunku.Zwierzchnicy zaordynowali więc odwrót i wysadzenie pozycji. Krynicki relacjonował, że w zupełnie ciemną bezksiężycową noc wyczołgał się po raz ostatni ze swojej ziemianki i przedostał się do kolejnego pobliskiego dołu z innymi ukraińskimi żołnierzami. – Czołgałem się bardzo powoli, kawałeczek po kawałeczku – wspomniał. W nowym dole spędził prawie kolejne trzy tygodnie.Następnie z innymi żołnierzami, kompletnie zdemolowany fizycznie – jak to sam ujął „jak żółw” – ruszył w 25-kilometrowy i niebezpieczny marsz do niezagrożonej strefy. Zostawił za sobą ciało przyjaciela, ale jak podkreślał, żołnierze, z którymi się wycofywał, nie porzucili go, pomimo tego, że bardzo ich spowalniał.Krynicki powiedział w rozmowie z Reuterem, że sprawa jest prosta na froncie ukraińskim. – Musisz wszystko widzieć, a samemu masz być niewidocznym – podkreślił. Tylko tyle i aż tyle.Ta obserwacja bardzo często przewija się, gdy uczestnicy walk opowiadają później o sytuacji na froncie. Nad głowami fruwają drony z różną jakością obrazu. Z tego powodu, jeśli usłyszy się drona, jedną z zasad jest niepatrzenie w górę. W przeciwnym razie wpatrująca się w niebo biała twarz żołnierza na ekranie wroga jest wyraźnie odznaczającym się punktem na otaczającym tle.Przez ogromną liczbę dronów, które zrzucają miny, trzeba także nieustannie patrzeć, gdzie się stawia stopę. Na ukraińskim froncie można 19 razy przejść tą samą ścieżką bezpiecznie, można ją znać na pamięć, ale to nie zwalnia z czujności także za tym 20. razem. Zwyczajnie, w każdej chwili, każdego dnia, dron mógł w to sprawdzone w teorii miejsce coś zrzucić. Krynicki pokazał m.in. zrzuconą minę przeciwpancerną.W maju prezydent Wołodymyr Zełenski wręczył Krynickiemu medal Bohatera Ukrainy za odwagę.– W ukraińskiej armii pełno jest ludzi takich jak on, którzy znieśli niewyobrażalne – powiedział Andrij Derun, menedżer wojskowy w wiodącej ukraińskiej organizacji charytatywnej Come Back Alive, zapewniającej sprzęt i inne wsparcie dla sił zbrojnych.– To może całkowicie zniszczyć człowieka – zaznaczył Derun, mający okazję często rozmawiać z żołnierzami z pierwszej linii frontu.Krynicki też będzie musiał zmierzyć się z tym, co przeżył. Na razie wspomnienia są wciąż żywe. – Wielu chłopaków po prostu oszalało – powiedział ukraiński żołnierz, któremu pomagają wizyty w szkołach, gdzie opowiada o swoim doświadczeniu.– Zrozumiałem tam, w tych szkołach, że nie na darmo broniłem naszej ziemi i tych dzieci, aby mogły się uczyć i widzieć czyste niebo – podkreślił Serhij Krynicki.