Rozłam w partii. Stało się to, co od wielu lat wieszczyli politycy, komentatorzy i obserwatorzy sceny politycznej. Za każdym razem jednak prognozy o politycznej śmierci Prawa i Sprawiedliwości czy końcu Jarosława Kaczyńskiego okazywały się przedwczesne. Tym razem sytuacja wydaje się najpoważniejsza w historii tej partii. W nocy z czwartku 23 lipca na piątek 24 lipca doszło do największego rozłamu w dziejach Prawa i Sprawiedliwości. Mateusz Morawiecki i ponad czterdziestu polityków PiS nie podpisało oświadczeń lojalności wobec prezesa Jarosława Kaczyńskiego, tym samym znajdując się faktycznie poza partią. Sam Mateusz Morawiecki podczas zwołanej w piątek konferencji prasowej mówił: „Jest nas 40 posłów i senatorów oraz trzech europarlamentarzystów”.Spróbujmy odpowiedzieć na trzy najważniejsze pytania. Co doprowadziło do tego rozłamu? Jakie były jego rzeczywiste przyczyny? I wreszcie, jakie mogą być polityczne konsekwencje tej decyzji?O konfliktach między różnymi frakcjami w Prawie i Sprawiedliwości mówi się od lat. Pamiętamy przecież odejścia i powroty Zbigniewa Ziobry oraz jego współpracowników, a także liczne napięcia, które co jakiś czas wybuchały wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy. Do tej pory jednak Jarosławowi Kaczyńskiemu zawsze udawało się utrzymać partię w ryzach.O tym, że Mateusz Morawiecki, były premier kierujący rządem przez niemal osiem lat, i jego współpracownicy znajdują się w sporze zarówno z politykami od dekad związanymi z Jarosławem Kaczyńskim, jak i z młodszym pokoleniem działaczy, którym styl rządzenia Morawieckiego nie do końca odpowiadał, wiadomo od dawna. Współpracowników byłego premiera od dłuższego czasu nazywa się „harcerzami”. To dlatego, że część tego środowiska zna się jeszcze z czasów działalności harcerskiej. Z kolei jesienią ubiegłego roku w politycznym słowniku pojawiło się nowe pojęcie, a mianowicie „maślarze”. Wszystko zaczęło się od wpisu Tobiasza Bocheńskiego, byłego kandydata PiS na prezydenta Warszawy, który oburzał się, że na pokładzie samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT podano mu niemieckie masło. Polityczni złośliwcy szybko podchwycili temat i zaczęli określać przeciwników Mateusza Morawieckiego mianem „maślarzy”. Nazwa przylgnęła do tego środowiska na dobre, mimo prób zdystansowania się od niej, a nawet kontrataków polegających na próbie przechrzczenia „harcerzy” na „margaryniarzy”, bo przecież masło jest produktem szlachetniejszym od margaryny.Czytaj też: „Im szybciej się rozpadną, tym lepiej”. Tomczyk o kryzysie w PiSKonflikt od miesięcyWojna między maślarzami a harcerzami trwała przez kolejne miesiące. Czasem przybierała całkiem otwartą formę, co można było obserwować w uszczypliwych wpisach publikowanych przez polityków obu środowisk na platformach cyfrowych. Innym razem konflikt tlił się w tle i pozostawał niemal niewidoczny dla opinii publicznej.Później nadszedł moment szczególny. Jarosław Kaczyński miał wskazać polityka, który w przypadku powrotu PiS do władzy po wyborach w 2027 roku zostałby kandydatem na premiera. I właśnie wtedy, mimo ambicji Mateusza Morawieckiego, wybór padł na Przemysława Czarnka, zaliczanego do obozu maślarzy. Część polityków PiS przekonywała wprawdzie, że był to wybór koncyliacyjny – końcu Czarnek był ministrem w rządzie Mateusza Morawieckiego, panowie się znają i spotykają także prywatnie. Gdyby Jarosław Kaczyński wskazał na przykład Tobiasza Bocheńskiego, konflikt mógłby wybuchnąć dużo wcześniej.I tak dochodzimy do kwietnia tego roku, kiedy powstaje stowarzyszenie Rozwój Plus, które dość szybko zaczyna budzić kontrowersje wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości. A potem następuje prawdziwy polityczny rollercoaster. Jarosław Kaczyński raz przekonuje, że stowarzyszeń w partii być nie powinno i należy je zamrozić, a ich członkowie powinni z nich wystąpić. Innym razem mówi, że dobrze jest, gdy partia ma dwa płuca. To właśnie wtedy powstaje drugie stowarzyszenie Po Pierwsze Polska, z Jackiem Sasinem na czele, skupione wokół Przemysława Czarnka. Miało ono być właśnie tym drugim płucem PiS, oddychającym nieco bardziej na prawo i przyciągającym wyborców, którzy w ostatnich latach odpłynęli do Konfederacji lub ugrupowania Grzegorza Brauna.Sytuacja zaostrza się, gdy okazuje się, że stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego planuje na 31 lipca duże spotkanie w Warszawie. Oficjalnie ma to być jedynie grill i spotkanie sympatyków Rozwoju Plus. Organizatorzy stanowczo przekonują, że nie ma mowy o żadnym kongresie programowym czy tworzeniu nowej formacji politycznej. Problem w tym, że program wydarzenia, który nieoficjalnie zaczyna docierać do mediów i polityków PiS, coraz bardziej przypomina właśnie polityczny kongres.Tak dochodzimy do wydarzeń sprzed tygodnia. Kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości przyjmuje uchwałę zakazującą członkom partii przynależności do stowarzyszeń i innych organizacji o charakterze politycznym. Przedstawiciele Po Pierwsze Polska błyskawicznie zapewniają, że podporządkują się decyzji władz partii. Dla ludzi Mateusza Morawieckiego oznacza to jednak postawienie pod ścianą. Pada ultimatum. Każdy, kto chce pozostać w PiS, do czwartku 23 lipca musi podpisać oświadczenie o lojalności wobec partii. W politycznych kuluarach dokument ten szybko zyskuje nazwę „lojalki”, a złośliwsi mówią wręcz o „loJarce”, nawiązując do imienia prezesa Jarosława Kaczyńskiego.Czytaj też: PiS może stracić uprzywilejowane miejsce w Sejmie. Takie są zasadySpotkanie Kaczyńskiego z MorawieckimTuż przed upływem wyznaczonego terminu dochodzi jeszcze do rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim. Co ciekawe, w spotkaniu uczestniczy również Jacek Sasin, choć sam Morawiecki nie został wcześniej uprzedzony, że będzie trzecim uczestnikiem rozmowy. W oficjalnych komunikatach obie strony mówią o konstruktywnym spotkaniu. Dziś wiemy już jednak, że nie przyniosło ono żadnego przełomu.Ultimatum mija w czwartek o północy. W piątek w południe Jarosław Kaczyński informuje, że z partią rozstaje się około trzydziestu, trzydziestu pięciu posłów, zastrzegając, że dokładna liczba jest jeszcze weryfikowana. Dodaje przy tym, że już wiele tygodni wcześniej pojawiały się propozycje podziału Prawa i Sprawiedliwości. To właśnie dlatego kierownictwo partii uznało stowarzyszenie Rozwój Plus za narzędzie, które miało ten plan zrealizować. Prezes przekonywał również, że PiS próbował pójść Mateuszowi Morawieckiemu na rękę. Nie oczekiwano likwidacji stowarzyszenia, a jedynie zamrożenia jego działalności. Podkreślał także, że wszyscy zainteresowani doskonale wiedzieli, co podpisują i jakie będą konsekwencje odmowy. Formalne zatwierdzenie odejścia grupy polityków ma nastąpić na początku przyszłego tygodnia. Tymczasem sam Mateusz Morawiecki poinformował już, że razem z nim partię opuszcza ponad czterdziestu polityków.Wśród najbardziej rozpoznawalnych nazwisk osób, które zdecydowały się odejść z Prawa i Sprawiedliwości, znaleźli się między innymi Janusz Cieszyński, Marcin Horała, Paweł Jabłoński, Łukasz Kmita, Krzysztof Lipiec, Marzena Machałek, Monika Pawłowska, Grzegorz Puda, Łukasz Schreiber, Olga Semeniuk, Mirosława Stachowiak-Różecka, Krzysztof Szczucki, Szymon Szynkowski vel Sęk, Ryszard Terlecki, Waldemar Buda, Piotr Müller, Michał Dworczyk oraz, rzecz jasna, sam Mateusz Morawiecki.Jeszcze przed formalnym rozpadem politycy PiS, korzystając z ogólnodostępnych platform, zaczęli publicznie obrzucać się oskarżeniami i wyzwiskami. Padały sformułowania w stylu „stul pysk”, a określenie „zdrajca” należało do jednych z łagodniejszych epitetów, jakie można było usłyszeć w tej wewnętrznej wojnie. Teraz rozpoczęła się prawdziwa walka na śmierć i życie. Politycy Koalicji Obywatelskiej i całej koalicji rządzącej obserwują ją niemal jak najlepszy polityczny serial. Dowodem mogą być choćby Krzysztof Kwiatkowski i Adam Gomoła, którzy, jedząc popcorn i czekając na wejście na antenę, z zainteresowaniem śledzili rozwój wydarzeń.Pytanie, które pojawia się właściwie od samego początku, brzmi: czy mamy do czynienia z realnym konfliktem, czy jednak ze skomplikowaną polityczną grą, której celem jest poszerzenie elektoratu Prawa i Sprawiedliwości?Kierownictwo partii z pewnością widzi bowiem, że tak zwany „efekt Czarnka” nie nastąpił. Przemysław Czarnek, wskazany jako potencjalny przyszły premier, miał pomóc PiS odzyskać wyborców, którzy uciekli w kierunku Konfederacji oraz Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Na razie jednak tego zadania nie zrealizował. Sondaże Prawa i Sprawiedliwości nie rosną, a pojawiają się nawet badania, w których obie Konfederacje razem osiągają wynik wyższy niż partia Jarosława Kaczyńskiego.Nawet sprawa Szpitala Południowego, która w ostatnich dniach nieco zeszła z pierwszego planu właśnie za sprawą wewnętrznych sporów w PiS, nie przyniosła opozycji oczekiwanego efektu. Owszem, Koalicji Obywatelskiej zaszkodziła, choć prawdopodobnie nie tak mocno, jak liczyli jej przeciwnicy. Prawu i Sprawiedliwości natomiast nie pomogła właściwie wcale.Można więc zadać pytanie, czy do tego rozłamu doszłoby, gdyby strategia z Przemysławem Czarnkiem w roli lidera przyniosła oczekiwany rezultat, a PiS zaczęłoby wyraźnie zyskiwać w sondażach. Być może nie.A więc czy mamy do czynienia z misterną polityczną układanką, w której z jednej strony Przemysław Czarnek próbuje sięgnąć po wyborców bardziej radykalnej prawicy, a z drugiej Mateusz Morawiecki buduje ofertę skierowaną do prawicowego centrum, dla którego antyukraińska i ksenofobiczna retoryka jest nie do zaakceptowania, ale które jednocześnie jest rozczarowane rządami Koalicji 15 października?Wydaje się to mało prawdopodobne.Po pierwsze, trzeba pamiętać o systemie wyborczym, który obowiązuje w Polsce. Metoda D’Hondta premiuje duże ugrupowania, a utrudnia życie mniejszym partiom. Kilka mniejszych formacji po prawej stronie sceny politycznej może w praktyce uzyskać znacznie mniej mandatów niż jedna silna partia. Po drugie, trudno sobie wyobrazić, aby po tak ostrych słowach, które padły w ostatnich tygodniach, politycy obu obozów byli w stanie po prostu usiąść przy jednym stole i udawać, że nic się nie wydarzyło.Czytaj też: Prezes ogłosił, Komitet Polityczny posprząta. Formalne zmiany w PiSAtaki na MorawieckiegoCo ciekawe, odejście Mateusza Morawieckiego daje mu również pewną zdolność koalicyjną, której Prawo i Sprawiedliwość jako całość już nie miało. Mowa choćby o potencjalnej współpracy z częścią polityków wywodzących się z byłej Trzeciej Drogi. Taki scenariusz wydaje się dziś przynajmniej możliwy do wyobrażenia.Interesujący komentarz zamieścił na platformie X Waldemar Buda, pisząc, że zaraz pojawią się oskarżenia, iż Mateusz Morawiecki urodził się w Izraelu, był agentem Moskwy i sprowadził pandemię do Polski. Była to oczywiście ironia, ale jednocześnie można było odczytać ją jako komentarz dotyczący sposobu, w jaki Prawo i Sprawiedliwość przez lata atakowało swoich przeciwników politycznych.Atak na byłego premiera zresztą już się rozpoczął. Ci sami politycy, którzy jeszcze niedawno przekonywali, że Mateusz Morawiecki nigdy nie był doradcą Donalda Tuska, dziś w mediach przychylnych PiS mówią o nim jako o „byłym doradcy Tuska” (to Jacek Sasin). Mariusz Błaszczak zaś stwierdził, że były premier był przeciwnikiem zakupu samolotów F-35.Tymczasem zapowiadany na ostatni dzień lipca grill Mateusza Morawieckiego i jego stowarzyszenia ma się odbyć. I być może właśnie tam poznamy odpowiedź na najważniejsze pytanie: czy Rozwój Plus pozostanie jedynie politycznym zapleczem byłego premiera, czy też stanie się początkiem czegoś znacznie większego.Czytaj też: U Morawieckiego 40 posłów, eurodeputowani i senator. „Nie ma dziś hegemona”