Reportaż z Bułgarii. W barze nad zalewem Koprinka, gdzie pod wodą spoczywają ruiny trackiej stolicy Seutopolis, pytamy o euro. Właścicielka, która przed chwilą częstowała nas pomidorem-gigantem i pysznymi ogórkami, ujęła to w dwóch słowach: „Euro shit”. Jej nastoletni syn tłumaczy: „Coś, co kosztowało dwa lewa, teraz kosztuje dwa euro”. I dokładnie to zdanie usłyszymy później w Bułgarii wielokrotnie. W Sofii, na stacji benzynowej pod Płowdiwem, w małych górskich miejscowościach i nad Morzem Czarnym. Pół roku po wejściu do strefy euro Bułgarzy mają nową walutę, która stała się symbolem drożyzny. Tyle że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Drużba starego i nowego?W sofijskiej dzielnicy Drużba, czyli Przyjaźń, są stare bloki. Przypominają te z polskich osiedli z wielkiej płyty, ale między budynkami wiaty z prowizorycznymi grillami. I balkony, które tu żyją własnym życiem. Każdy inny – zabudowane, powiększane, z pomidorami. Choć także wiele pustych, świadczących o tym, że nikt tam nie mieszka. Po drugiej stronie bulwaru profesora Cwetana Łazarowa zaczyna się jednak inny świat. Nowe budynki z podziemnymi garażami, bardzo podobne do tych budowanych dziś w Warszawie. Nawet sieciowy „Mini-Market” do złudzenia przypomina Żabkę. Brakuje sosu tysiąca wysp do hot-dogów – sprzedawcy, nie więcej niż dwudziestopięcioletni, nie wiedzą, o co pytamy. Proponują, że pomieszają różne sosy. Wdajemy się w rozmowę i nadarza się okazja, żeby zapytać o euro.– Źle – odpowiada jeden angielszczyzną lepszą od naszej. – Co kosztowało dwa lewa, teraz kosztuje dwa euro.– Aż tak? Dwa razy więcej? – drążymy.– Obserwuję to tutaj, w sklepie – mówi, a drugi kiwa głową. – Wszystko zdrożało równo dwa razy.Pytamy, czy poza wyższymi cenami są jakieś korzyści.– Żadnych – nie wątpią. – Europejskie firmy były tu dlatego, że Bułgaria oferowała tanią siłę roboczą. Teraz – jego zdaniem – wyprowadzają się do Serbii. Zostają Amerykanie, ale ci inwestują w to, co chcą i na własnych zasadach. Jeden z nich wskazuje budowę po przeciwnej stronie, obok budynku, w którym wynajęliśmy mieszkanie. – To amerykańska firma, a robotnicy z Azji.Podobnie jak w Żabce nie ma tu dużego wyboru pieczywa, więc cofamy się do kwartału starych bloków. Za przedszkolem „Zwiezdoczka” (Gwiazdeczka), czynnym także w wakacje, rozpościera się ziemia niczyja – pewnie niedługo zajęta przez nową zabudowę. Na razie królują tam blaszaki-spożywczaki.W jednym z nich – pieczywo. Znamy cyrylicę, podajemy nazwy: burek z serem, burek z szynką i warzywami o nazwie „sandłicz dżek”, precel na słodko posypany sezamem, bułka półfrancuska z marmoladą. Do tego ajran – charakterystyczny także dla Bułgarii słonawy napój mleczny. Za wszystko płacimy dziesięć euro. Sprzedawczyni, starsza uśmiechnięta kobieta w fartuchu, kręci głową, gdy pytamy, czy rok temu było taniej.– W lewach płaciło się połowę.Obok blaszak z wystawionymi stołami pełnymi owoców i warzyw. Bierzemy ćwiartkę arbuza, dwie figi, pojemniczek malin i trzy brzoskwinie – soczyste i pachnące bułgarskim latem. Płacimy dwanaście euro. Razem z pieczywem to prawie sto złotych. Wieczorem rozkładamy zakupy na stole w wynajętym mieszkaniu. Myślimy o naszym targu przy Wiatracznej w Warszawie. Za podobną kwotę prawdopodobnie kupilibyśmy tam nieco więcej, choć nie ma burków i tak pysznych brzoskwiń.Czytaj też: Bułgaria poza „koalicją chętnych”. Nie chce wspierać militarnie UkrainyIwan Rylski przegania l(e)waPół roku wcześniej, 1 stycznia 2026 roku, Bułgaria stała się 21. członkiem strefy euro. Przelicznik ustalono na stałym poziomie: 1,95583 lewa za jedno euro. Nie była to nagła zmiana kursu – taka relacja obowiązywała już od 1999 roku, gdy bułgarska waluta została najpierw powiązana z niemiecką marką, a po jej zastąpieniu – z euro.Dla Bułgarów zmieniło się jednak coś więcej niż tylko wygląd banknotów i bilonu. Lew, wprowadzony w 1880 roku, przez 146 lat był nie tylko środkiem płatniczym, ale także elementem narodowej tożsamości. Sama nazwa waluty pochodzi, a jakże, od lwa – zwierzęcia, które od średniowiecza jest jednym z najważniejszych symboli kraju. Jego wizerunek pojawia się w bułgarskich herbach, na dokumentach państwowych i w przestrzeni publicznej.Euro nie wymazało jednak bułgarskich symboli. Na tak zwanych narodowych stronach monet euro pozostali Iwan Rylski – na monecie jednoeurowej – oraz święty Paisij Chilendarski – na dwueurowej. Ale dla części Bułgarów pożegnanie z lewem było czymś więcej niż zwykłą wymianą monet i banknotów.Nic więc dziwnego, że droga do wspólnej waluty nie przebiegała spokojnie. Przed jej wprowadzeniem przez Bułgarię przetoczyły się protesty przeciwników euro. W lutym 2025 roku tysiące zwolenników ugrupowania Odrodzenie (Wazrażdane), krytycznego wobec integracji europejskiej, próbowało wedrzeć się do siedziby przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Sofii. Kilka miesięcy później inicjatywa obywatelska przeciwko euro zebrała około 200 tysięcy podpisów. Przeciwnicy przekonywali, że wspólna waluta przyniesie wzrost cen i utratę części kontroli nad gospodarką. Mimo to rząd kontynuował przygotowania do wejścia do strefy euro.Skala podziału była widoczna w badaniach opinii publicznej. W marcu 2025 roku 53 procent Bułgarów deklarowało sprzeciw wobec przyjęcia euro. Według badania Eurobarometru z wiosny 2026 roku zwolennicy stanowili już 49 procent, przeciwnicy 43 procent, a 8 procent nie miało zdania. Zatem nastroje społeczne drgnęły, ale spór o to, czy była to dobra decyzja, wciąż jest żywy.Rządowa kampania informacyjna „Нашето евро, нови възможности” („Nasze euro, nowe możliwości”) niezmiennie jest obecna w przestrzeni publicznej. W sofijskim metrze wiszą już przeterminowane plakaty przypominające o okresie wymiany waluty – do 30 czerwca 2026 roku. Na afiszach czytamy też o nowych możliwościach, jakie daje Bułgarom euro: płynniejszy handel, większe bezpieczeństwo finansowe i ściślejsza integracja z Europą. Na stronie Bułgarskiego Banku Narodowego w zakładce poświęconej euro można również znaleźć informacje praktyczne dotyczące wymiany waluty i wycofywania lewa z obiegu. Do końca czerwca 2026 roku na euro wymieniono 29,4 miliarda lewów, czyli 94,48 procent wszystkich banknotów i monet wcześniej znajdujących się w obiegu. Według banku proces przebiegł sprawnie i bez zakłóceń. Ale ludzie, których spotykamy na ulicach, opowiedzą nam inną historię.Kazanłyk – stolica róż i zatopione trackie miastoWynajmujemy samochód i z trójką dzieci ruszamy dalej. Jedziemy do Kazanłyku, miasta położonego w sercu Doliny Róż, u północnych podnóży Starej Płaniny. To jeden z symboli Bułgarii – właśnie tutaj koncentruje się produkcja słynnego olejku różanego, wykorzystywanego m.in. w przemyśle perfumeryjnym. Co roku na początku czerwca odbywa się też Festiwal Róż, który przyciąga tysiące turystów. Kazanłyk ma też drugie oblicze. Kilka kilometrów od miasta, pod wodami zalewu Koprinka, znajdują się pozostałości Seutopolis – stolicy trackiego króla Seutesa III, założonej pod koniec IV wieku p.n.e. Było to jedno z najważniejszych miast starożytnej Tracji, z pałacem, świątyniami i regularnym układem ulic. Ruiny odkryto w 1948 roku podczas budowy zbiornika, ale ostatecznie zdecydowano, że antyczne miasto pozostanie na dnie jeziora. I dziś Seutopolis jest jednym z najbardziej niezwykłych symboli bułgarskiego dziedzictwa – starożytna stolica, której nie można zobaczyć, ofiara modernizacji prowadzonej w czasach komunizmu.Nie zatrzymujemy się tu na długo, po prostu chcemy odpocząć przed dalszą drogą. Wybieramy więc hotel z dwoma basenami – z myślą o dzieciach. Nocleg kosztuje nas niemało, bo w przeliczeniu na naszą walutę, ponad 800 złotych. Szukamy zatem tańszej restauracji i tak docieramy nad zalew Koprinka, na którego dnie spoczywa właśnie Seutopolis.W niewielkim barze przy wodzie – miejscu spotkań motocyklistów i podróżników – zamawiamy frytki, takie, jakie pamiętamy z dzieciństwa: ziemniaki pokrojone w grube plastry i smażone na głębokim oleju; brakuje jeszcze papierowej tutki. Do tego sałatka z ogórków i pomidorów. Prosta, ale tak świeża i aromatyczna, że trudno porównać ją z czymkolwiek, co jedliśmy wcześniej. Na koniec właścicielka daje nam gratis pokrojonego pomidora-giganta i kilka ogórków – bez żadnych dodatków, po prostu świeże warzywa, które wspólnie z dziećmi pożeramy.Kobiecie pomaga syn, nastolatek, i to właśnie on zauważa, że popełniamy błąd. Nieświadomie chcemy zapłacić m.in. dwoma lewami. Moneta jest już wycofana z obiegu, ale wyglądem przypomina dwueurową. Wcześniej wydano nam ją jako resztę, czego nie zauważyliśmy i straciliśmy na tym około 9 złotych.– Uważajcie na te dwójki – ostrzega chłopak. – Już kilka razy ktoś próbował nimi płacić.Świetna okazja, żeby i tutaj zapytać o euro. W odpowiedzi słyszymy dokładnie to samo, co wcześniej w Sofii. Ich zdaniem wspólna europejska waluta oznacza przede wszystkim wzrost cen.– Euro shit – mówi kobieta.A eksperci na to…Jednak ekonomiści i badacze opinii publicznej przestrzegają przed prostym wiązaniem wzrostu cen z samym przyjęciem euro.Genoveva Petrova z Alpha Research, jednej z najważniejszych bułgarskich pracowni badań opinii publicznej, patrzy na sprawę inaczej. W odpowiedzi dla nas pisze, że oficjalne dane o inflacji w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu euro nie są aż tak wysokie – wzrost cen przyspieszył dopiero od kwietnia 2026 roku, po wybuchu konfliktu w Iranie:„Jeśli chodzi o euro, uważam, że istnieje stosunkowo niewielka, ale bardzo głośna grupa przeciwników, obok szerszego poczucia niepokoju społecznego. Jednak te nastroje nie przełożyły się na rzeczywiste zachowania ekonomiczne czy polityczne ludzi”.Zwraca też uwagę na wyniki wyborcze z ostatniej dekady:„Choć sondaże często wskazywały, że około połowy społeczeństwa było sceptycznych wobec euro, co najmniej dwie trzecie głosów konsekwentnie trafiało do partii, które otwarcie popierały przyjęcie euro i uczyniły z tego jeden ze swoich kluczowych priorytetów”.Dodaje, że protesty z grudnia 2025 roku – tuż przed wprowadzeniem euro – dotyczyły czegoś innego:„Zaledwie kilka tygodni przed wprowadzeniem euro, setki tysięcy ludzi wyszły na ulice, by protestować przeciwko korupcji i budżetowi państwa, a euro było w dużej mierze nieobecne [wśród postulatów protestujących]. Sugeruje to, że mimo intensywności publicznej debaty, obawy związane z euro nie były dla większości obywateli kluczową kwestią polityczną”.Przywołuje też inne dane niż te, na które trafiliśmy. Według najnowszych badań Alpha Research 52,2 procent Bułgarów popiera wejście do strefy euro, 44,6 procent jest przeciw. Obawy dotyczą raczej krótkoterminowych skutków, podczas gdy długoterminowe oczekiwania są pozytywne.Paradoks: Bułgarzy narzekają przy kasie, ale głosują inaczej, niż mogłoby się wydawać.Czytaj też: Wrzesień 1939 roku oczami podlaskich dzieci. Innego końca świata nie byłoNa stacji benzynowej i przy ruinach kombinatuDojeżdżamy wypożyczonym siedmioosobowym Oplem do Płowdiwu i zastanawiamy się, czy nazwa tego miasta, drugiego co do wielkości w Bułgarii, ma coś wspólnego z potrawą płow. Myliliśmy się. Płow, szerzej znany jako pilaw, to potrawa znana w wielu krajach – w Turcji, na Bliskim Wschodzie, w Azji Centralnej, ale też w Bułgarii. Jej nazwa wywodzi się od perskiego pulaw, która po prostu oznacza potrawę z ryżu. Tymczasem Płowdiw wywodzi się od trackiego Pulpudeva – trackiej wersji imienia Filip lub, jak chcą inni badacze, „miasta nad wodą”. Żadnego związku z ryżem.Rozważania przerywa wskaźnik paliwa. Wypożyczony samochód jest nowy, ma ledwie 6 tysięcy kilometrów, ale elektroniczne wskaźniki paliwa i temperatury silnika co rusz wariują. Tym razem przekłamuje ten od benzyny.Znajdujemy stację non name – zwykłą, przy drodze. Tam słyszymy kolejne „euro bad”. Tęgi, łysawy mężczyzna kroczy na boso, z wielkim haluksem. Prawie nie mówi po angielsku i po chwili przechodzimy na rosyjski. Tankujemy i gawędzimy. Jego zdaniem nie ma nikogo, kto cieszyłby się z nowej waluty. Wprowadzili ją „głupi ludzie u władzy”. Potem oświadcza, że zna Polskę, miał kolegę Andrzeja, jeździł do Estonii do pracy.– Cena była dwa lewa, to zmienili na dwa euro – pointuje, jakby to była oczywista prawda.Dwa dni później, jadąc nocą między Szumenem a Nowym Pazarem, czujemy zmęczenie. Zjeżdżamy z autostrady, żeby chwilę się przespać. Zatrzymujemy się przy zrujnowanym zakładzie przemysłowym – hale bez dachów, powybijane okna, pozarastane tory bocznicy kolejowej. Brzęczą głośno świerszcze czy raczej cykady? Nie udaje się nam tego rozstrzygnąć. Nad ranem budzi nas mężczyzna, który szedł na przystanek, zaniepokojony, czy nic nam się nie stało. Kiedy już przekonuje się, że wszystko w porządku, że zjechaliśmy tylko po to, żeby się zdrzemnąć, wdajemy się w rozmowę.Pytamy, a jakże, o euro. Odpowiada to samo, co słyszeliśmy wcześniej – źle, ceny poszły w górę, gospodarka straciła. Wskazuje na ruiny wokół:– Tu nie ma pracy – mówi. – A teraz jeszcze drożyzna.Inflacja zaczęła się wcześniejPetar Ganev z Institute for Market Economics wskazuje na szerszy kontekst. W odpowiedzi dla nas pisze, że wzrost cen w Bułgarii sięga czasów sprzed wprowadzenia euro. Kraj doświadczył rekordowo wysokiej inflacji już w latach 2022-2023 – sięgała 15-18 procent, a w przypadku żywności przekroczyła 25 procent. Wywołała ją wojna Rosji z Ukrainą i jej wpływ na ceny energii i surowców. Inflacja wyhamowała w 2024 roku, ale na początku 2025 roku ceny znów zaczęły rosnąć – wrócił VAT na pieczywo i usługi restauracyjne, a rząd podniósł taryfy za prąd i wodę.Czytaj też: Rząd przyjął założenia. PKB i inflacja na 2026 r.Ganev podkreśla, że w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu euro inflacja pozostawała na stosunkowo niskim poziomie. Dopiero konflikt w Zatoce Perskiej ponownie rozpalił presję cenową. Ekspert wskazuje też na czynniki wewnętrzne. Bułgarska gospodarka od lat się przegrzewa. Płace rosną o 10-15 procent rocznie od pięciu lat. Bezrobocie, które według danych Eurostatu wynosi niecałe 4 procent, jest jednym z najniższych w UE – niższym niż w Niemczech, choć nieznacznie wyższym niż w Czechach czy na Malcie. Dodajmy – nie jest to jednak efekt bułgarskiego cudu gospodarczego, lecz postępującej depopulacji i masowej emigracji zarobkowej – z Bułgarii wyjechały setki tysięcy ludzi, głównie młodych i wykształconych, a ci, którzy zostali, mają łatwiej o pracę. A równocześnie kredyty hipoteczne biją rekordy – z danych bankowych wynika, że w 2025 roku banki udzieliły ich na ponad 10 miliardów lewów. To równowartość ok. 1500 lewów na każdego mieszkańca Bułgarii (przy populacji ok. 6,5 mln) i w porównaniu z poprzednimi latami wzrost o 150-200 proc. Równocześnie rząd wydaje coraz więcej: podwyżki dla nauczycieli, lekarzy, urzędników, więcej na emerytury, drogi, obronność. W takich warunkach wzrost cen jest nieunikniony – niezależnie od tego, czy płaci się lewem, czy euro. Gdy popyt rośnie szybciej niż możliwości gospodarki, ceny zaczynają także rosnąć. To podstawowy mechanizm ekonomiczny, którego nie zmienia obrazek na banknocie. Ganev powtarza ważną prawdę:„Samo euro nie zmienia cen, nie podnosi dochodów ani nie przyciąga automatycznie inwestycji zagranicznych. W przypadku Bułgarii kraj ten funkcjonował w ramach stałego kursu wymiany powiązanego z euro przez ponad 25 lat, bez zmiany. W związku z tym przyjęcie euro nie spowodowało nagłego szoku makroekonomicznego ani zasadniczej zmiany otoczenia gospodarczego”.Ale zwykły człowiek nie widzi wskaźników zatrudnienia ani kursu walutowego. Widzi rachunek w sklepie. Więc zdaniem Ganeva euro nie było źródłem wzrostu cen, ale stało się ich symbolem. Pojawiło się w momencie, gdy Bułgarzy byli już zmęczeni: po latach podwyżek VAT-u, energii, wody – decyzji podejmowanych przez rządzących, niezależnie od ich barwy politycznej. W końcu – także po wojnie na Ukrainie, która podbiła ceny wszystkiego. Euro przyszło w niewłaściwym czasie i – by tak rzec – wzięło na siebie całą winę za rozhuśtaną sytuację społeczno-ekonomiczną.Lew > euroA my znów ruszamy w drogę i jak tylko nadarza się okazja, pytamy o euro. Podobne opinie słyszymy i w nadmorskiej Warnie, i od pracownicy McDonald's przy autostradzie Trakija. Zmieniają się krajobrazy – Sofia, prowincja, stosunkowo zamożne wybrzeże. Nie zmienia się jedno: w rozmowach z przypadkowo spotkanymi ludźmi dominuje jeden temat – coś kosztowało jednego lewa, teraz kosztuje jedno euro. I w końcu trafiamy na symbol, ikonę tych wszystkich głosów. Już w Sofii, do której przyjeżdżamy zwrócić samochód, na budynku Ministerstwa Innowacji i Cyfrowej Transformacji widzimy napis sprayem:Лев > ЕвроLew jest lepszy od euro. Ale może nie chodzi tylko o walutę. Euro weszło do portfeli, a lew pozostaje w głowach.Czytaj też: Wojna secesyjna zaczęła się w jego kuchni, skończyła w salonie