Co jeszcze serwowano? Oto menu. Jednym kojarzą się głównie z piosenką Wałów Jagiellońskich pod tytułem „WARS wita Was”, inni pamiętają rozwodnione piwo i kawę lurę, całkiem niezłą jajecznicę na szynce i smaczne schabowe. Wagony restauracyjne na każdej trasie, na której się pojawiały, tętniły życiem. To w nich świętowano koniec służby w wojsku lub udane transakcje, ale też topiono smutki po rozstaniu i poznawano przyszłych mężów albo żony. W periodyku „Sygnały – tygodnik kolejarza” z 3 kwietnia 1966 roku można znaleźć taki fragment artykułu: „Na ciasnym korytarzu przed okienkiem bufetu robi się tłoczno, jedni potrącają drugich. A ponieważ nie wszyscy podróżni umieją nad głowami współpasażerów przenosić szklanki z napojami, niejednemu nieborakowi wylano już herbatę za kołnierz”.Wagony WARS-a miały być luksusoweKelner, który w wagonie restauracyjnym WARS przepracował wiele lat i którego cytuje w swojej książce „Kelnerki, barmani, wodzireje” Wojciech Przylipiak, wspomina, że gdy w domu zanosił talerze gorącej zupy do pokoju, zawsze coś rozlał. W pociągu nie rozlał nigdy. – Może to bujanie podczas jazdy pomagało mi utrzymać równowagę – opowiadał.O pierwszym powojennym kursie wagonu restauracyjnego na ziemiach polskich informował w październiku 1947 roku oficjalny biuletyn prasowo-informacyjny Państwowego Biura Podróży Orbis. W notatce tej można było przeczytać, że wagony te będą bardzo nowocześnie urządzone, zapewnią wygodę pasażerom i przyjemność w czasie spożywania posiłków. „Duże okna, miękkie siedzenia, specjalny system ogrzewania, fachowa obsługa – oto kilka z zalet wagonu restauracyjnych Orbisu” – można przeczytać.Czytaj też: Jedna z największych tragedii czasów PRL. Porównywana do wybuchu Rotundy„W szóstym wagonie bigosem w nos nam wionie”Wagony restauracyjne w pamięci Polaków, którzy żyli w czasach PRL, zapisały się różnymi wspomnieniami. Jedni zapamiętali głównie fakt, że można w nich było napić się piwa lub kawy lury. Inni, że można w nich było zjeść dobre schabowe albo jajecznicę na szynce. Nie bez powodu w piosence Wałów Jagiellońskich padają słowa: „Wars zaś w szóstym wagonie bigosem w nos nam wionie (nam wionie)”. O świeże powietrze w tym miejscu było dosyć trudno. Częściej „klimat” tworzyły zaparowane okna, duszne wnętrze oraz unoszące się kłęby papierosowego dymu, wymieszane z zapachami z kuchni i przetrawionego alkoholu.Podróżowali w nich ludzie z różnych światów. Rezerwiści wracający z wojska, aktorzy celebrujący udane spektakle, gwiazdy estrady, porzuceni przez ukochaną albo ukochanego. Jednym słowem cały przekrój polskiego społeczeństwa tamtych lat. „Wspólne wydaje się to, że od zawsze wagony restauracyjne w pociągach były osobnym światem, strefą eksterytorialną, bez przeszłości i przyszłości. Wchodziło się do nich jak do wehikułu, który w rzeczywistości- a czasami nie tylko – przenosił w inne rejony życia. Niektórzy uciekali w nich od dotychczasowego życia, inni otwierali się na nowe” – pisze w swojej książce Wojciech Przylipiak.Nie tylko wagony. Co należało do WARS-a?„Zwierzchnikiem” gastronomii, która poruszała się po torach, było, jak już zostało to wspomniane, Orbis. Dokładnie 1 kwietnia 1948 roku w jego strukturach utworzono nową jednostkę – Oddział Eksploatacji Wagonów Sypialnych i Restauracyjnych. Pięć lat później przekształcono ją w Przedsiębiorstwa Wagonów Sypialnych i Restauracyjnych „Orbis”, a w 1960 roku zmieniono nazwę na Przedsiębiorstwo Wagonów Sypialnych i Restauracyjnych „Wars”.Jednostka ta poprzez swoje zależne przedsiębiorstwa, czyli Restauracje Dworcowe „Wars” prowadziła działalność gastronomiczno-handlową na dworcach PKP, PKS i LOT. Miał pod sobą również restauracje I i II kategorii, bufety, bary samoobsługowe, kawiarnie, kioski peronowe oraz obnośną i obwoźną sprzedaż peronową na wielu dworcach w całej Polsce. Podobnie, jak inne przedsiębiorstwa, tak i WARS miał problemy m.in. z niedoborami towarów czy przekrętami.Czytaj też: „Ten kierowca fajny chłop, co popiera autostop”. Kultowe zjawisko PRLNie tylko parówki i jajecznica. Co można było znaleźć w menu?Jak można było przeczytać w „Poradniku kelnera”, który był gastronomiczną biblią PRL – wagony restauracyjne były zaszeregowane do kategorii „S”, czyli specjalnej. Różnie z tą ekskluzywnością i specjalnością, jak wiadomo, bywało. Jak wyglądał rozkład dnia i menu w WARS-ie?Jeśli był to kurs poranny, serwowano pozycje śniadaniowe takie jak jajecznicę na szynce, pieczywo oraz masło. Były też parówki z wody albo kiełbasa z cebulą. W porze obiadowej klientów nie brakowało. Powód? Jak wyjaśnia kelner Marek w rozmowie z Wojciechem Przylipiakiem, ludzie mieli pieniądze, ale nie mieli na co ich wydawać. Kelner zazwyczaj zbierał zamówienia od ponad 40 osób. Kuchnia musiała więc sprostać zamówieniom na 12 schabowych, 12 sznycli cielęcych po wiedeńsku z jajkiem, sześć karkówek albo pieczeni wieprzowej. Na deser serwowano kawę i keks.„Ludziom smakowała ta tradycyjna kuchnia i to, że wiele rzeczy robiliśmy na miejscu. Po zamówieniach po WARS-ie roznosił się odgłos tłuczonych kotletów, uwielbiali to szczególnie zagraniczni goście, świeżość podawanych dań była naszą siłą” – opowiadał Marek. Wspominał, że początkowo korzystali z pieców na węgiel, co sprawiało, że smak schabowych był wyjątkowy.Ile to kosztowało? Co „fałszowano” w WARS-ie?W WARS-ie można było dostać także towary deficytowe takie jak salami węgierskie, szynki, pepsi oraz alkohole. WARS miał również własną garmażerkę. Nietrudno domyślić się, że najlepsze obroty załoga wagonów restauracyjnych miała na alkoholu. „Przękręty” polegały m.in. na zamianie etykiet na piwach. Na te tańsze naklejało się te z droższych. Często klienci cieszyli się, że w ogóle mogą je wypić. „Fałszowało się” również schabowe. Albo dodawało większą ilość bułki tartej, albo białka z jajek mieszało z odrobiną mąki i soli i do tej mieszanki wrzucało kotlet. Mieszanka ta w połączeniu z bułką tartą ścinała się i przypominała mięso.W październiku 1962 roku, jak wynika z danych prezentowanych przez magazyn „Sygnały”, butelka kosztowała 7,15 złotych, a więc o 45 groszy więcej niż w sklepie.A jak wyglądał cennik innych dań i napojów? Oto przykładowe ceny:Do tego doliczano serwis, czyli dodatek za obsługę w wysokości 10 proc. Ceny te obowiązywały w latach 60., gdy średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło 1700 złotych. „Można więc było za to kupić w WARS-ie jakieś 20 kg parówek, 66 sznycli, ponad 280 porcji kawy lub ponad 300 butelek piwa żywieckiego” – podlicza Wojciech Przylipiak. Średnio pasażer wydawał w WARS-ie 10 złotych, o ile rzecz jasna było na co, bo zawsze czegoś brakowało.Czytaj też: „U Maxima w Gdyni…”, czyli legendarne lokale czasów PRLDeficyt w jedzeniu, braki w wagonachBraki dało się odczuć nie tylko w produktach, ale i samych wagonach. Na początku lat 50. kursowało ich zaledwie 30. Dekadę później było to już 40-50 restauracyjnych oraz bufetowych. Nie wszystkie były jednak dostępne. Powodem były usterki, przez które nie można ich było wypuścić na tory. Wtedy ratunkiem było tworzenie przedziałów bufetowych w wagonach 1 klasy oraz małych bufetów w wagonach sypialnych. Sprzedawano w nich kawę, herbatę, piwo. Lata 70. to 100 wagonów restauracyjnych, z których sprawnych było 20, a z ponad 170 barowych nieco ponad 50.„W koniec złotej dekady Gierka WARS wchodził z zaledwie 38 wagonami restauracyjnymi i 244 barowymi. Zmusiło to przedsiębiorstwo do odwołania wagonów konsumpcyjnych na trasach krótszych niż cztery godziny. W tym czasie nawet 30 procent pociągów dalekobieżnych nie miało ani bufetu, ani restauracji” – pisze Przylipiak. Dodaje, że w połowie lat 80. z 36 wagonów działało zaledwie siedem.„Klienci zachowywali się, jakby byli w konfesjonale”Praca kucharzy i kelnerów WARS-a do łatwych nie należała. Choć pieniądze były całkiem niezłe, nie było, gdzie spać. Załoga kombinowała zwłaszcza latem, kiedy wagony nagrzewały się i trudno było w nich wytrzymać, więc kładziono się np. na materacu na torach. Kelner Marek wspominał z kolei, że zimą jednemu koledze włosy przymarzły do ściany. Rano obudził się z głową przyklejoną do budy wagonu. Po latach pracownicy WARS-a narzekali na bóle nóg, kręgosłupa, przepuklinę.Rotacja pracowników była duża, bo praca z klientem, zwłaszcza tym pijanym do najłatwiejszych nie należała. Poza tym doskwierał długi pobyt poza domem i ciężkie warunki pracy. Aby zatrzymać ludzi, WARS wprowadził m.in. nagrody jubileuszowe. Nie sprawiło to jednak, że pracowników pojawiło się więcej lub przestali odchodzić. Aby brakom zaradzić, pojawił się także pomysł, by latem do czyszczenia wnętrz zatrudniać junaków z Ochotniczych Hufców Pracy.„Klienci zachowywali się, jakby byli w konfesjonale, na imprezie, czasami traktowali nas jak przyjaciół, czasami jak wrogów. Chyba widziałem i słyszałem wszystko. Romantyczną sytuację, która poszła za daleko, bójkę, zrozpaczoną żonę zostawioną przez faceta i faceta wywalonego z domu, który miał potrzebę opowiedzenia całego swoje życia” – wspominał kelner Marek. Do dziś zapewne wielu z nich wspomina podróż w WARS-ie z ogromnym sentymentem, nawet jeśli leczyli złamane serce.Czytaj też: Gierkowa czesała się w Paryżu, a Gomułka rzucał w telewizor. Plotki czasów PRL