Opolska komentuje. Któreż to już ultimatum prezes Jarosław Kaczyński stawia Mateuszowi Morawieckiemu i jego frakcji? Trudno je wszystkie zliczyć, bo sytuacja zmienia się niemal z dnia na dzień. Najpierw usłyszeliśmy, że w Prawie i Sprawiedliwości nie ma miejsca na stowarzyszenia. Była to wyraźna odpowiedź na powołane przez Mateusza Morawieckiego stowarzyszenie Rozwój Plus. Niedługo jednak okazało się, że dobrze byłoby, aby partia miała, jak to określał prezes Kaczyński, dwa płuca. W efekcie powstało kolejne środowisko, skupione wokół Przemysława Czarnka, działające pod nazwą Po Pierwsze Polska, na czele z Jackiem Sasinem. W tym tygodniu nastąpił kolejny zwrot. Prezydium Komitetu Politycznego PiS (zwane PKP) podjęło decyzję o zakazie działalności członków partii w stowarzyszeniach, fundacjach i innych organizacjach o charakterze politycznym. Jak poinformował na platformie X rzecznik PiS Rafał Bochenek, wszyscy członkowie partii mają siedem dni na wystąpienie z takich organizacji. Termin upływa 23 lipca, a osoby, które nie zastosują się do decyzji władz, mają ponieść konsekwencje przewidziane w statucie partii.Kiedy w tym tygodniu zapytałam w Sejmie Agnieszkę Wojciechowską van Heukelom, posłankę Prawa i Sprawiedliwości, czy oznacza to, że Mateusz Morawiecki i jego współpracownicy, jeśli nie opuszczą stowarzyszenia Rozwój Plus, mogą zostać wyrzuceni z partii, odpowiedziała krótko: tak.Pójście na swoje czy mobilizacja wyborców – o co chodzi Morawieckiemu?Już wcześniej Mateusz Morawiecki zapowiedział jednak, że 31 lipca odbędzie się spotkanie członków stowarzyszenia Rozwój Plus oraz jego sympatyków. W planach jest grill w Warszawie dla około tysiąca osób. Kiedy pytałam w Sejmie Łukasza Kmitę, posła PiS kojarzonego z obozem Mateusza Morawieckiego, czy wobec tego spotkanie zostanie odwołane, odpowiedział, że absolutnie nie. Co więcej, serdecznie zaprosił na nie wszystkich zainteresowanych. W otoczeniu byłego premiera pojawiają się nawet głosy, że prezes Jarosław Kaczyński mógł zostać wprowadzony w błąd. Zwolennicy Morawieckiego przekonują, że ideą Rozwoju Plus nie jest budowanie konkurencyjnego ośrodka władzy, lecz mobilizacja wyborców, którzy w 2027 roku, cytując ich argumentację, „odsuną fatalny rząd Donalda Tuska od władzy”. Każdy, kto interpretuje to inaczej, ma ich zdaniem po prostu nie rozumieć intencji.Jednocześnie trudno nie zauważyć, że Mateusz Morawiecki coraz wyraźniej dystansuje się od Przemysława Czarnka. Sam Czarnek w ostatnich tygodniach zaczął prezentować znacznie ostrzejszą retorykę. Tydzień temu, przy okazji obchodów rocznicy Krwawej Niedzieli, czyli kulminacji wołyńskiego ludobójstwa, mówił o odradzaniu się ideologii nazistowskiej na Ukrainie. Za te słowa spotkała go fala krytyki. Zaledwie kilka dni później, w Telewizji Republika, poszedł o krok dalej, stwierdzając: „Trzeba zmusić Unię Europejską, również wykorzystując naszą pozycję w Unii Europejskiej, do tego, żeby zaprzestać na ten moment finansowania w jakikolwiek sposób zbrojeń na Ukrainie i odbudowy Ukrainy”.Ta wypowiedź wywołała reakcję samego Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS napisał na platformie X, że Prawo i Sprawiedliwość zawsze stało na stanowisku, iż pomoc militarna dla Ukrainy, również ta realizowana przez Unię Europejską, jest niezbędna z punktu widzenia polskiej racji stanu i bezpieczeństwa. Dodał również, że sprawa wypowiedzi Przemysława Czarnka zostanie wyjaśniona przez kierownictwo partii.Nie minęły jednak nawet dwa dni i wszystko wskazuje na to, że kierownictwo partii opowiedziało się jednak po stronie Przemysława Czarnka. Trudno bowiem interpretować uchwałę zakazującą członkom PiS działalności w politycznych stowarzyszeniach inaczej niż jako ruch wymierzony przede wszystkim w Mateusza Morawieckiego i jego zaplecze. To właśnie stowarzyszenie Rozwój Plus stało się celem tej decyzji, a nie środowisko skupione wokół Czarnka. Czy awantura w PiS ma drugie dno? Teoria ciekawa, ale ma słabe stronyJaki jest więc stan na dziś? Przede wszystkim warto pamiętać, że do upływu terminu ultimatum pozostało jeszcze kilka dni. Z każdym kolejnym dniem napięcie wokół Mateusza Morawieckiego i jego współpracowników może rosnąć. Na razie jednak z ich strony płynie jednoznaczny przekaz. Rozwój Plus działa dalej, oczywiście, jak podkreślają jego członkowie, dla dobra Polski, i nie ma zamiaru kończyć swojej działalności.Bardzo szybko pojawiły się również spekulacje, że cała sytuacja może być elementem znacznie bardziej skomplikowanej politycznej rozgrywki. Według tej teorii mamy do czynienia z partią szachów rozpisaną na wiele ruchów do przodu. Mateusz Morawiecki wraz ze swoim środowiskiem miałby stopniowo uniezależnić się od Prawa i Sprawiedliwości i zagospodarować bardziej centrowych wyborców. Chodziłoby zarówno o tych, którzy dotąd głosowali na PiS, ale coraz ostrzejsza retoryka Przemysława Czarnka, momentami zbliżona do narracji Grzegorza Brauna, zaczyna ich zniechęcać, jak i o umiarkowanych wyborców Koalicji 15 października, którzy są rozczarowani rządami obecnej większości i szukają dla siebie nowego politycznego miejsca. Równolegle Prawo i Sprawiedliwość, już bez Mateusza Morawieckiego, a z Przemysławem Czarnkiem jako jednym z głównych liderów, miałoby odzyskać tych wyborców, którzy w ostatnich latach przesunęli się jeszcze bardziej na prawo i zaczęli popierać Grzegorza Brauna lub Konfederację.Brzmi to jak misternie skonstruowany plan, który pozwala obu środowiskom poszerzyć swoje wpływy bez wzajemnego podbierania sobie elektoratu. Ta hipoteza ma jednak kilka słabych punktów. Po pierwsze, warto pamiętać, że w Polsce obowiązuje metoda D'Hondta przy podziale mandatów do Sejmu. A ta wyraźnie premiuje duże ugrupowania. Rozdrobnienie po jednej stronie sceny politycznej zwykle oznacza mniej mandatów niż w przypadku jednej silnej partii, nawet jeśli łączny wynik mniejszych formacji jest podobny.Nie bez znaczenia jest również to, że coraz częściej pojawiają się sondaże, w których łączne poparcie Konfederacji oraz Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna jest wyższe niż poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości. A przecież mówimy jeszcze o PiS z Mateuszem Morawieckim w swoich szeregach. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której Jarosław Kaczyński świadomie ryzykuje oddanie pozycji lidera prawej strony sceny politycznej i doprowadza do tego, że to Konfederacje zaczynają dyktować warunki przyszłej koalicji.Najpierw pomoc, teraz krytyka. Postawa PiS wobec Ukrainy nie do końca wiarygodnaJest jeszcze jeden problem. Prawo i Sprawiedliwość nie jest dziś szczególnie wiarygodne w swojej coraz ostrzejszej narracji wobec Ukrainy. W 2022 roku, po rozpoczęciu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji, partia jednoznacznie stanęła po stronie Ukrainy i chwała jej za to. Tymczasem dziś część jej polityków używa retoryki, która jeszcze kilka lat temu byłaby w tym środowisku nie do pomyślenia. Można więc zastanawiać się, czy wyborca o wyraźnie antyukraińskich poglądach rzeczywiście zagłosuje na Prawo i Sprawiedliwość, jeśli ma do wyboru Grzegorza Brauna albo Konfederację, które od początku prezentowały znacznie bardziej sceptyczne stanowisko wobec Ukrainy. Dlaczego miałby postawić na partię, która w ciągu zaledwie kilku lat wykonała polityczny zwrot o 180 stopni? Po co wybierać kopię, skoro na rynku od dawna dostępny jest oryginał?Dlatego znacznie bardziej prawdopodobne wydaje mi się inne wyjaśnienie. Prawo i Sprawiedliwość od środka rozsadzają dziś przede wszystkim ambicje i konflikty personalne. W partii jest kilku polityków, którzy widzą siebie w roli naturalnego następcy Jarosława Kaczyńskiego. Prezydent powiedział „nie” ustawie o statusie osoby najbliższej. „Zbyt podobny do małżeństwa”Zgodnie z przewidywaniami większości obserwatorów sceny politycznej, prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o statusie osoby najbliższe. W opublikowanym na platformach cyfrowych nagraniu prezydent tłumaczył swoją decyzję tym, że proponowane rozwiązania zbyt mocno przypominają instytucję małżeństwa. Prezydent odwoływał się przy tym do argumentacji środowisk konserwatywnych, wskazując, że małżeństwo jest zdefiniowane jako związek kobiety i mężczyzny, a rozwiązania zawarte w ustawie przyznawałyby związkom zawieranym na jej podstawie uprawnienia niemal identyczne jak małżeństwu. Na takie rozwiązanie, jak podkreślał, nie może się zgodzić.To ciekawa argumentacja, bo kiedy rozmawia się z politykami Prawa i Sprawiedliwości czy Konfederacji, pojawiają się właściwie dwa sprzeczne przekazy. Z jednej strony słyszymy, że ustawa o związkach partnerskich byłaby w praktyce próbą wprowadzenia małżeństw jednopłciowych. Warto jednak pamiętać, że osoby żyjące w związkach nieformalnych w Polsce to w zdecydowanej większości pary heteroseksualne, a więc z rozwiązań zawartych w ustawie mogłyby korzystać nie tylko pary jednopłciowe.Z drugiej strony ci sami politycy przekonują, że właściwie wszystkie kwestie regulowane ustawą można załatwić poprzez indywidualne umowy zawierane u notariusza. Trudno więc zrozumieć, czy problemem jest to, że ustawa idzie zbyt daleko, czy może przeciwnie, że jest zupełnie niepotrzebna.Wszystkie te argumenty są jednak nietrafione. Po pierwsze, wielu kwestii, które regulowałaby ustawa, w żaden sposób nie da się skutecznie zabezpieczyć wyłącznie na drodze notarialnej. Po drugie, ustawa o związkach partnerskich w żaden sposób nie naruszałaby instytucji małżeństwa, wprowadzałaby natomiast podstawowe prawa i poczucie bezpieczeństwa dla osób, które z różnych powodów nie mogą albo nie chcą zawierać małżeństwa.Zamknięty temat czy początek ostrej walki? Prawnicy mówią o alternatywnych opcjachW Sejmie rozmawiałam z dwiema polityczkami szczególnie zaangażowanymi w prace nad tym projektem. Katarzyna Kotula, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wcześniej ministra do spraw równości, przekonywała, że skoro prezydent odrzucił nawet plan minimum, czyli mocno ograniczoną wersję ustawy, Lewica nie widzi już powodu, by dalej szukać kompromisu. Jej zdaniem czas przejść do walki o pełną równość małżeńską. Zupełnie inaczej do sprawy podchodziła Urszula Pasławska z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do końca liczyła, że prezydent, który podczas kampanii wyborczej deklarował gotowość do pochylenia się nad takim rozwiązaniem, ostatecznie ustawę podpisze. Po decyzji Karola Nawrockiego przyznała jednak ze smutkiem, że ten temat jest obecnie zamknięty.Prawnicy, z którymi rozmawiałam, między innymi europoseł Michał Wawrykiewicz oraz wiceministra sprawiedliwości Maria Ejchart, wskazywali natomiast, że część rozwiązań dotyczących bezpieczeństwa osób żyjących w związkach nieformalnych będzie można wprowadzać innymi drogami, oczywiście w granicach obowiązującego prawa.To jednak pokazuje pewien szerszy problem. Polska po raz kolejny odkłada decyzję dotyczącą uregulowania kwestii, które w wielu innych państwach od dawna są zwyczajnym elementem systemu prawnego. A osoby, które na co dzień żyją w związkach nieformalnych, nadal pozostają w sytuacji, w której nie mogą czuć się w pełni bezpieczni.CZYTAJ TEŻ: Opolska komentuje. Komu szkodzą kolejne afery szpitalne?