Militarne osobliwości. Broń chemiczna zostaje zrzucona na wroga, nie topi mu się twarz, nie wypluwa krwi z kawałkami płuc – zamiast tego pod wpływem chemikaliów idzie z towarzyszem broni i oddaje się aktowi miłości homoseksualnej. Science-fiction? Nie, taką broń zaproponowało Pentagonowi laboratorium Sił Powietrznych USA i to całkiem niedawno. Okazuje się historia wojskowości, szczególnie w okresie zimnej wojny, to cała masa absurdalnych i osobliwych pomysłów, na które łożono i dalej łoży się gigantyczne środki. Rozwój cywilizacji, rozwój ludzkości to przede wszystkim rozwój broni. Pokój to zjawisko statyczne, bierne – konflikt to dynamika, energia. Ludzie walczyli od zarania dziejów. Przed rozwojem rolnictwa kluczową rolę ogrywało zbieractwo i myślistwo jako pierwsze metody zdobywania pożywienia. Wymusiły one rozwój pierwszych narzędzi – broni.O ogromnym znaczeniu tego okresu niech świadczy fakt, że w oparciu o myślistwo wspólnoty pierwotne stopniowo wypracowały struktury, które utrzymały się do dziś w wojsku. Funkcjonuje niezachwiany przez setki tysięcy lat system narzędzi, współpracy w grupach, komunikacji i hierarchii.Okres łowiectwa miał też wpływ na naszą fizjologię. Techniki polowania wymusiły wyprostowaną postawę praczłowieka, do tego spożywanie bogatego w białko mięsa przyczyniło się do rozwoju mózgu. Rzeczony rozwój naturalnie skutkował ulepszaniem broni, kamienie uzupełniły i zastąpiły włócznie, potem łuki i tak dalej.Szybko polowanie na zwierzęta nie było jedynym sposobem wykorzystywania broni. Zaczęto jej używać także przeciwko pobratymcom – żeby zająć ich tereny łowieckie, jaskinie, osady. Wraz z rozwojem rolnictwa – w którym również kluczowe były narzędzia – także ich pól. Z czasem wojowanie stało się kluczowym zajęciem ludzi. Musieli się oni bronić przeciwko sąsiadom, którzy, jak wiadomo, nic nie robią, tylko podstępnie knują i dybią na ich dobra. Broń stała się narzędziem najważniejszym, jej używanie wykształciło całe grupy, których jedynym zadaniem było wojowanie.Wojna dziedzictwem ludzkościWojna sama w sobie stała się naszym dziedzictwem kulturowym. Wymusiła stały rozwój broni (oraz jej pochodnych, czyli narzędzi i metod tortur oraz narzędzi szpiegowskich), bo wiadomo, że wróg – nigdy go nie zabraknie – również cały czas wymyśla nowe sposoby zabijania. Znaczna część wynalazków w pierwszej kolejności była opracowywana dla wojska. Za pozostałe wojskowi również się brali, gdyż fortunnie mogło się okazać, że niepozorna rzecz może ułatwić pokonanie przeciwnika.Postęp geometryczny w rozwoju broni nastąpił w XX wieku. W krótkim czasie ludzkość przeszła od szabli i nieszczególnie skomplikowanej broni strzeleckiej czy artyleryjskiej do samolotów, czołgów, wreszcie bomb atomowych i broni masowego rażenia.Zimna wojna jest szczególnie interesującym okresem, jeżeli chodzi o rozwój narzędzi do zabijania. W tym przypadku bezpośrednia konfrontacja zamieniła się w rozmaite wojny zastępcze, a przede wszystkim wyścig zbrojeń. Dwa wrogie bloki dokładały wszelkich starań, żeby w kwestii militariów być krok przed wrogiem.Kluczowym pozostawał rozwój broni jądrowej. Bomba atomowa, która spadła na Hiroszimę miała moc 15 kiloton. Już w 1961 roku sowieci zdetonowali bombę termojądrową AN602, która osiągnęła moc rzędu 50–58 megaton, była więc co najmniej półtora tysiąca razy mocniejsza od pierwszej użytej bojowo przez Amerykanów.NATO kontra Układ WarszawskiZ jednej strony NATO i Układ Warszawski, a więc przede wszystkim Stany Zjednoczone i Rosja straszyły się zniszczeniem, to jednak był w stanie się powstrzymać w porę przed sięgnięciem po środki ostateczne, które doprowadziłyby do zagłady ludzkości. Przypuszczalnie ta blokada spowodowała, że wojskowi szczególnie intensywnie pracowali nad alternatywnymi metodami wojowania.Po obu stronach Żelaznej Kurtyny zaczęły powstawać coraz dziwniejsze wynalazki. Strony łożyły ogromne środki, byle zaprojektować coś, co da przewagę, zaszachuje przeciwnika, zmusi go do cofnięcia. Inżynierowie mieli wolną rękę, a że pomysłów u środków im nie brakowało, mogli się wykazać.Wiele przedsięwzięć było kompletnie absurdalnych, niepraktycznych już na etapie projektowania, mimo to prace trwały, właściwie nie wiadomo po co. A nuż się uda? Takim wynalazkiem godnym lepszej sprawy był po stronie sowietów choćby KM „Kaspijski Potwór” z 1966 roku – ważący ponad 500 ton ekranoplan, czyli trochę samolot a trochę nie.Niemal stumetrowy KM poruszał się tuż nad powierzchnią wody dzięki tak zwanemu efektowi przypowierzchniowemu, które tworzyło ciśnienie nośne pod skrzydłami, taką poduszkę powietrzną. Dziesięć silników turboodrzutowych pozwalało na rozwinięcie prędkości ponad 500 km/godz. Wleciałby i uderzył we wroga, zanim ten by się zorientował.„Kaspijski Potwór”Założenie miało sens – ekranoplan był szybszy od statków i w odróżnieniu od samolotów był nie do wykrycia przez radary lotnicze. Miał roznieść wroga od strony morza, ale nie wyszedł poza fazę testów. Wad mu bowiem nie brakowało. „Kaspijski Potwór” był niewydajny, podatny na wzburzone morze i niezwykle kosztowny w utrzymaniu, a przede wszystkim trudny w pilotażu.Właśnie fatalne właściwości przesądziły o jego porażce, gdy w 1980 roku został rozbity w wyniku błędu pilota. Na jego bazie powstał samolot Łun, uzbrojony w sześć pocisków przeciwokrętowych P-270 (SS-N-22 Sunburn) oraz cztery działka kaliber 23 mm. służył we Flocie Czarnomorskiej od 1987 roku do lat 90. XX wieku.Szczytem inżynierskiego romantyzmu czy też militarnej osobliwości sowietów był „atomowy kret”. Podterenowe – odpowiednik podwodnego – urządzenie o tytanowej obudowie, z zaostrzonym nosem i rufą, które przy pomocy nagrzanego wiertła miało przebijać się przez twardą powierzchnię poprzez topienie lub usuwanie skał znajdujących się na jego drodze i przedostawać do wroga.Co ciekawe, pierwsze takie projekty powstawały jeszcze przed wojną, choć oczywiście nikt nie myślał o napędzie jądrowym, bardziej o przeżyciu stalinowskich czystek. Żeby było ciekawiej, już w 1904 roku moskiewski wynalazca Piotr Raskazow zaprojektował podziemną jednostkę bojową z własnym napędem. Na początku I wojny światowej jego prace jednak zaginęły, niektóre wypłynęły później w Niemczech.Nuklearne minySowieci założyli, że pojazd napędzany przy pomocy reaktora jądrowego będzie w stanie zaatakować i zniszczyć kluczowe amerykańskie instalacje wojskowe, w tym podziemne silosy rakietowe. Nuklearne miny byłyby nie do wytropienia. Wojskowi założyli, że odpalenie ich wywołałoby potężne trzęsienia ziemi i tsunami, które głupi Amerykanie uznaliby za katastrofy naturalne.Taktyka była prosta – gdyby napięcie w relacjach z Waszyngtonem przekroczyło punkt krytyczny, łodzie podwodne miałyby dostarczyć krety w okolice sejsmicznie niestabilnej Kalifornii, tam miałyby się one wgryźć w ziemię, a następnie dostarczyć ładunki nuklearne w okolice strategicznych obiektów.Ustalono, że w 1964 roku w tajnym ośrodku na terenie dzisiejszej Ukrainy sowieci zbudowali takiego bojowego kreta. W prace nad pojazdem był zaangażowany między innymi wybitny fizyk jądrowy Andriej Sacharow, współtwórca radzieckiej bomby wodorowej. Późniejszy laureat Pokojowej Nagrody Nobla najepewniej był odpowiedzialny za opracowanie napędu oraz systemu kruszącego.Urządzenie było spore – miało od 3-4 metrów średnicy i 25-35 metrów długości. Pod ziemią mogło się poruszać z prędkością od 7 do 15 km/godz., w zależności od przeszkód, na jakie natrafiał. Załoga składała się z pięciu osób i mogła zabrać na pokład nawet piętnastu dodatkowych żołnierzy oraz tonę ładunku, czyli oczywiście broni bądź ładunków wybuchowych.Awaria kretaAtomowy kret poddano testom w kilku regionach Związku Sowieckiego, żeby sprawdzić jego działanie w różnych warunkach geologicznych. Dłubał w ziemi między innymi na przedmieścia Moskwy, w okolicach Rostowa nad Donem oraz w górach Uralu. Projekt zarzucono jednak jeszcze w latach 60. Z niejasnych przyczyn, przypuszczalnie w wyniku awarii reaktora, pojazd eksplodował głęboko pod ziemią w górach Uralu, zabijając całą załogę.Zachodnim planistom również nie brakowało fantazji i nie zawsze to Amerykanie wiedli prym. Kanadyjski producent samolotów Avro Canada opracował latający spodek, jakiego nie powstydziliby się kosmici. Avrocar VZ-9 wykorzystywał trzy silniki odrzutowe do obracania dużego wentylatora w środku, który unosił pojazd na ziemią.Pojazd miał być ultraszybkim myśliwcem, ale ledwo latał. Podczas testów osiągnął maksymalną prędkość 56 km/godz. i uniósł się na wysokość 90 cm. Spodek był z wyjątkowo niestabilny i niebezpieczny w locie. Jeden z pilotów doświadczalnych opisał latanie nim jako „balansowanie na piłce plażowej”. Pomysł został porzucony.Czytaj także: Myśliwiec kontra UFO. „Załoga nie mogła wykrztusić słowa”Naturalnie cała masa pomysłów dotyczyła wykorzystywania broni atomowej. Powstała choćby głowica jądrowa Davy Crockett wielkości arbuza. Można ją było wystrzeliwać z karabinu bezodrzutowego o zasięgu do trzech kilometrów. Głowica miała moc zaledwie 20 ton trotylu, za to wytwarzała ogromne ilości promieniowania. Każdy, kto znalazł się w odległości 150 metrów od miejsca eksplozji, ginął natychmiast, w przypadku 300 metrów – zgon następował w ciągu kilku dni.Powstało też działo atomowe M65 „Atomic Annie” i nawet działało. Mogło wystrzelić głowicę o mocy 15 kiloton, a więc porównywalną z tą, która zniszczyła Hiroszimę, na odległość około 32 kilometrów. Biorąc pod uwagę, że starcie sowietów z NATO miałoby się odbyć w Europie Środkowej, można przyjąć, że w najgorszym scenariuszu haubice takie ostrzelałyby Warszawę.Brytyjczycy opracowali własną osobliwą metodę wykorzystania broni jądrowej w ramach programu Blue Peacock. Zakładał on zaminowanie Zachodnich Niemiec minami atomowymi, odpalanymi impulsami elektrycznymi, zaś uzbrojone samoczynnie wybuchałyby po ośmiu dniach, zaskakując nacierających sowietów, którzy byliby na tych terenach i sprawiając przykrość mieszkańcom.Wojskowi wybrali bomby Blue Danube o mocy 40 kiloton. Sęk w tym, że gdy zimą ziemia zamarza, elektronika musiałaby szwankować. Inżynierowie z Królewskiej Jednostki Rozwoju Badań Zbrojeniowych znaleźli rozwiązanie – skomplikowane i zawodne systemy grzewcze z powodzeniem mogłyby zastąpić kury, których temperatura ciała to wystarczające dla zabezpieczenia bomby 41-43 stopnie Celsjusza. Wewnątrz siedmiotonowej miny było dość miejsca na ptasie kaloryfery i zapas karmy.Kury ogrzewają bombyPomysł się spodobał. W 1954 roku zamówiono partię dziesięciu min z ptasim ogrzewaniem. Powstały jednak zaledwie dwa prototypy, a projekt w 1958 roku zarzucono. Resort obrony nie przejął się perspektywą zniszczenia Niemiec czy losem kur, bardziej obawiał się, że chmury radioaktywnego opadu dotrą do Wielkiej Brytanii.Zresztą, jeżeli chodzi o zwierzęta, obie strony prowadziły masę badań. Szczególnie obiecujące było wykorzystywanie waleni, które mają wyjątkowo czuły zmysł echolokacji. Teoretycznie mogło się więc zdarzyć, że delfiny namierzyłyby sowiecką łódź podwodną zmierzającą ku wybrzeżom USA z atomowym kretem.W latach 60. wykorzystywaniem zdolności waleni zajęli się eksperci z amerykańskiej Marynarki Wojennej. Powstał Navy Marine Mammal Program, który bada i wykorzystuje zdolności nie tylko butlonosów, ale również orek czy kalifornijskich lwów morskich.Już w 1970 roku pięć delfinów strzegło nadbrzeża wietnamskiej zatoki Cam Ranh, gdzie Amerykanie składowali broń. Pilnowały, żeby podstępny wróg nie dostał się do magazynów od strony morza i jeżeli zaszłaby taka konieczność, miały podnieść alarm. Podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej na początku lat 90. zwierzęta te pilnowały w Bahrajnie beczek z ropą, zaś po inwazji na Irak w 2003 roku namierzały miny morskie, które pozostały po poprzednim konflikcie.Walenie zaczęły też być wykorzystywane do działań ofensywnych. Brytyjski dziennik „Guardian” ujawnił, że Amerykanie tresują również delfiny do strzelania do terrorystów oraz namierzania nielegalnych imigrantów, którzy wodami Zatoki Meksykańskiej próbują przedostać się na terytorium USA.Na delfiny postawili też sowieci. Badania prowadzono w oceanarium na Krymie. Zwierzęta były szkolone do wyszukiwania przedmiotów, takich jak wrogie torpedy. Po upadku Związku Sowieckiego laboratorium przypadło Ukrainie, ale po 2014 roku ponownie zajęli się Rosjanie. Usiłowali przekierować program badawczy tak, by delfiny stały się zabójcami. Agencja RIA Novosti twierdziła, że to „praca nad nowymi technologiami i zbiornikami niezbędnymi dla nowych programów, mających na celu skuteczniejsze wykorzystanie delfinów”.Delfiny nie chciały kolaborowaćWalenie nie chciały jednak kolaborować z okupantem i wybrały strajk głodowy. – Te delfiny, szkolone przez marynarkę wojenną w Sewastopolu, komunikowały się ze swoimi trenerami za pomocą specjalnych gwizdków – wyjaśniał Boris Babin, przedstawiciel ukraińskich władz na Krymie, w rozmowie z serwisem „Obozrevatel” w 2018 roku. – Rosjanie weszli w posiadanie tych gwizdków, a także pozostałego specjalnego wyposażenia znajdującego się w jednostce, jednak szkolone zwierzęta nie tylko odmówiły interakcji z rosyjskimi trenerami, ale też przestały przyjmować pokarm i w rezultacie poumierały.Zimna wojna nigdy się nie skończyła, na początku lat 90. doszło jedynie do krótkotrwałego zawieszenia ognia. Przerwy nie mieli wojskowi wynalazcy. Inwencji również im nie zabrakło. Pentagon odtajnił dokument z wnioskiem laboratorium w bazie sił powietrznych Wright Patterson w stanie Ohio o dofinansowanie w wysokości 7,5 miliona dolarów w ciągu pięciu lat na badania nad „nieśmiercionośną bronią chemiczną”.Odtajnienie nastąpiło po wniosku o udostępnienie informacji publicznej. Dzięki aktywistom z Sunshine Project wiemy, że wojskowi planowali opracowanie środków chemicznych wpływających na zachowanie człowieka, „w taki sposób, aby negatywnie wpłynąć na dyscyplinę i morale w jednostkach wroga”. „Jednym z niesmacznych, ale całkowicie nieszkodliwych przykładów są silne afrodyzjaki, zwłaszcza jeśli substancja chemiczna powoduje również zachowania homoseksualne” – wskazano w trzystronicowym dokumencie.„Make love not war”Założenie było takie, że zaatakowani „gejowską bombą” żołnierze wroga wcieliliby między sobą w życie hasło „Make love not war”. Taka broń chemiczna sprawiłaby, że zajęliby się uprawianiem seksu, co stanowiłoby cios dla morale armii. Pomysłów było zresztą więcej, od absurdalnych po niepraktyczne.We wniosku do Pentagonu wymieniono też perspektywę stworzenia „substancji chemicznej, która powodowałaby dużą wrażliwość personelu na światło słoneczne” czy broni, która przyciągałaby roje wściekłych os lub szczurów na pozycje wroga, a nawet substancji chemicznej, która powodowałaby „silną i długotrwałą halitozę”, czyli nieprzyjemny zapach z ust. Ta ostatnia miała pomóc w wytropieniu bojowników próbujących wtopić się w tłum cywilów.Wniosek laboratorium przepadł, ale wiadomo, że amerykańska armia cały czas pracuje nad rozwojem broni nieśmiercionośnej. Kpt. Dan McSweeny z Połączonej Dyrekcji ds. Broni Nieśmiercionośnej, odpowiedzialny za wprowadzenie tego typu arsenału powiedział NBC News, że taka broń musi „przejść surowe kontrole prawne i być zgodna z traktatami międzynarodowymi”. – Uważamy, że niezwykle ważne jest zapewnienie naszym żołnierzom na misjach oraz ich dowódcom większego wyboru w kontekście coraz bardziej złożonych środowisk operacyjnych – wyjaśnił.Trzeba przyznać, że ideę broni nieśmiercionośnej należy pochwalić. Jeżeli można pokonać przeciwnika w sposób bardziej humanitarny, jest to mimo wszystko metoda bardziej elegancka. Nam zostaje pole do fantazjowania, ile jeszcze fantastycznych pomysłów skrywają wojskowe archiwa, laboratoria. Kto wie, czy kapitalna książka „Człowiek, który gapił się na kozy” Jona Ronsona nie jest dokumentem? Albo czy dowiemy się, co tam ci wojskowi przejęli od UFO...