Déjà vu po konferencji minister zdrowia. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda dostała od premiera Donalda Tuska czas do minionego wtorku na przedstawienie propozycji zmian w ochronie zdrowia. Miały to być rozwiązania, które pozwolą nie tylko odpowiedzieć na społeczne oburzenie wywołane aferą w Szpitalu Południowym, ale przede wszystkim pokazać, że rząd wyciąga z niej systemowe wnioski. Sprawa, która zaczęła się od młodego lekarza Dawida Kacprzyka, bardzo szybko bowiem zaczęła rozlewać się znacznie szerzej i dotykać także innych placówek oraz różnych środowisk politycznych. Minister Jolanta Sobierańska-Grenda jeszcze w poniedziałek i wtorek miała konsultować się z ekspertami rynku ochrony zdrowia, prosząc ich o opinie i sugestie dotyczące planowanych reform. W środę przedstawiła pakiet proponowanych zmian, a wśród najważniejszych propozycji znalazły się: wprowadzenie maksymalnej stawki wynagrodzenia dla personelu medycznego w publicznej ochronie zdrowia na poziomie 240 zł brutto za godzinę oraz ograniczenie tak zwanych kominów płacowych, zakaz zawierania przez szpitale umów z pośredniczącymi spółkami lekarskimi, przyspieszenie wdrożenia centralnej e-rejestracji i e-kolejki dla planowych świadczeń, a także obowiązek co najmniej połowy etatu w szpitalu dla każdego lekarza. Nie da się jednak ukryć, że słuchając środowej konferencji minister zdrowia, miałam momentami silne poczucie déjà vu. Przecież część tych propozycji, zwłaszcza dotyczących ograniczenia kominów płacowych, przedstawiała już Izabela Leszczyna, która kierowała resortem zdrowia przed Sobierańską-Grendą. Wówczas zabrakło jednak politycznej determinacji, by doprowadzić je do końca. Sprawa Kacprzyka otworzyła okno dla reformByć może więc paradoksalnie to właśnie sprawa Dawida Kacprzyka stała się impulsem, który stworzył polityczne okno możliwości dla reform. Presja społeczna jest na tyle silna, że przeciwko części tych rozwiązań trudno będzie wystąpić nie tylko opozycji, ale także prezydentowi Karolowi Nawrockiemu. Najwięcej emocji wzbudziła kwestia wynagrodzeń. Niemal natychmiast po konferencji minister zdrowia pojawiły się głosy przedstawicieli środowiska medycznego i ekspertów, że zapowiadany limit 240 zł brutto za godzinę może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Zamiast uporządkować system, może zachęcić lekarzy do przechodzenia z publicznej ochrony zdrowia do sektora prywatnego. Zresztą przedstawiciele największych prywatnych sieci medycznych już zaczęli wykorzystywać ten moment i w wypowiedziach medialnych przekonują lekarzy, że w ich placówkach problem ograniczeń wynagrodzeń nie będzie istniał.W środowym wydaniu programu „Kontrapunkt” rozmawiałam między innymi z Anną Gołębicką, ekspertką i strateżką zajmującą się systemem ochrony zdrowia. Powoływała się ona na najnowsze badania pokazujące, że Polacy chcą, aby lekarze zarabiali godnie. Tylko co właściwie oznacza „godnie”? Jak zauważyła, dla większości respondentów oznacza to po prostu więcej, niż zarabia osoba odpowiadająca na pytanie. I właśnie tu leży sedno problemu.Większość z nas nie ma nic przeciwko temu, by lekarz, wykonujący jeden z najbardziej odpowiedzialnych zawodów, był dobrze wynagradzany. Społeczne oburzenie wywołują nie wysokie pensje same w sobie, lecz ich skrajne przypadki, jak 1,6 mln zł rocznie dla lekarza bez specjalizacji czy kolejne ujawniane w ostatnich tygodniach historie, których nie da się powiązać z KO. Być może właśnie dlatego politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli stopniowo tracić impet w przedstawianiu całej sprawy wyłącznie jako afery rządowej. Im więcej wychodzi na jaw, tym trudniej utrzymać tezę, że problem ma charakter wyłącznie polityczny, a nie przede wszystkim systemowy.Horrendalne zarobki lekarzy ze spółkami w tleMożna na przykład spojrzeć na przypadek szpitala w Mogilnie, który jako pierwszy opisała Wirtualna Polska. Chodzi o placówkę w województwie kujawsko pomorskim, która podpisała umowę ze spółką Spine, założoną przez dwóch neurochirurgów. Z ustaleń wp.pl wynikało, że firma wystawiała szpitalowi faktury opiewające nawet na 26 tysięcy złotych za godzinę. Spółka współpracowała również z innymi szpitalami. W samym Mogilnie umowę podpisała była już dyrektorka szpitala, nie przeprowadzając wcześniej konkursu. Co ciekawe, ona sama w 2022 roku otrzymała od ówczesnego ministra zdrowia Adama Niedzielskiego wyróżnienie za szczególne zasługi podczas pandemii COVID-19.I tu znów pojawia się wątek polityczny, choć tym razem trudno powiązać go z Koalicją Obywatelską. W sprawie przewija się bowiem nazwisko Józefa Aleszczyka. Jak opisuje tvn24.pl, w latach 2006-2008 był on prezesem Agencji Rezerw Materiałowych, powołanym jeszcze za rządów premiera Kazimierza Marcinkiewicza. W 2010 roku należał do poznańskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Z kolei w latach 2017-2018 kierował jednym z departamentów Ministerstwa Finansów, gdy premierem był Mateusz Morawiecki. Później zasiadał także w zarządach Enea Operator oraz Enea Centrum.Politycy Prawa i Sprawiedliwości, pytani o sprawę Mogilna i innych szpitali współpracujących ze spółką Spine, starają się jednak szybko przekierować uwagę z powrotem na Szpital Południowy. Przekonują, że informacje dotyczące innych placówek są jedynie próbą przykrycia afery Dawida (lub, jak lubią o nim mówić „Dawidka”) Kacprzyka i patologii, do których miało dochodzić w warszawskim szpitalu. I oczywiście trudno odmówić temu tematowi politycznej atrakcyjności. Szpital Południowy podlega przecież miastu stołecznemu Warszawie, którego prezydentem jest Rafał Trzaskowski, wiceprzewodniczący Koalicji Obywatelskiej i były kandydat tej partii na prezydenta Polski. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że w najbliższych tygodniach będą ujawniane kolejne nieprawidłowości albo wręcz patologie dotyczące innych placówek medycznych. Okazuje się bowiem, że choć w Szpitalu Południowym skala problemów była wyjątkowo duża, to wystarczy nieco głębiej przyjrzeć się funkcjonowaniu wielu innych placówek, by natrafić na zjawiska, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Dlatego sprowadzanie całej dyskusji wyłącznie do jednego przypadku może okazać się politycznie wygodne, ale nie przybliży nas do rozwiązania rzeczywistego problemu. Czy propozycje przedstawione przez minister zdrowia dają nadzieję na gruntowną reformę ochrony zdrowia? Raczej nie. Większość ekspertów podkreśla jednak, że są krokiem we właściwym kierunku. Problem polega na tym, że każda kolejna ekipa rządząca prędzej czy później zderza się z ochroną zdrowia i niemal każda dochodzi do wniosku, że polityczny koszt głębokich reform jest zbyt wysoki. Być może jednak, jak pisałam kilka akapitów wcześniej, ten moment właśnie nadszedł. Być może dopiero seria głośnych afer i ujawnianych w ostatnich tygodniach patologii sprawi, że reforma stanie się polityczną koniecznością. Gorący kartofel przed wyboramiMinister Sobierańska-Grenda rozmawiała również z Naczelną Izbą Lekarską. Po spotkaniu określiła rozmowy jako konstruktywne, choć trudno nie zauważyć, że po obu stronach stołu interesy bywają rozbieżne. Ciekawie w tym kontekście rysuje się postać przewodniczącego NIL, doktora Łukasza Jankowskiego, który od pewnego czasu zdaje się wykazywać także pewne ambicje polityczne. Gdyby rzeczywiście myślał o objęciu w przyszłości stanowiska ministra zdrowia, byłby jedną z nielicznych osób, które dobrowolnie chciałyby wejść w ten niezwykle trudny obszar. Resort zdrowia od lat uchodzi bowiem za polityczny gorący kartofel. To miejsce, w którym niezwykle trudno urosnąć politycznie. Nawet postać tak powszechnie szanowana jak profesor Zbigniew Religa nie była w stanie przekuć kierowania tym resortem w polityczny sukces. Czytaj więcej: „Zabrakło konkretów”. Szef NIL zawiedziony po rozmowie z minister zdrowiaOchrona zdrowia rzeczywiście wymagałaby dziś szerokiego porozumienia i swoistego okrągłego stołu ponad partyjnymi podziałami. Problem w tym, że na nieco ponad rok przed wyborami trudno oczekiwać takiej politycznej dojrzałości. I choć wszyscy zdają się zgadzać, że zmiany są potrzebne natychmiast, a żadna siła polityczna nie będzie chciała otwarcie stanąć przeciwko reformom, to wilczym prawem opozycji jest krytyka i z tego prawa na pewno skorzysta. Tyle że w tej politycznej grze łatwo zapomnieć o najważniejszych uczestnikach całego systemu. O pacjentach.