Rozbieżne opinie pasażerów i prokuratury. Kilka dni temu w Warszawie autobus komunikacji miejskiej, po uszkodzeniu kilku aut, zakończył jazdę w podziemnym przejściu. Pasażerowie twierdzą, że bezpośrednio przed wypadkiem kierowca zachowywał się bardzo dziwnie, ale prokuratura bada obecnie zupełnie inny wątek. Według informacji przekazanych przez policję autobus linii 186 miał w niedzielę 5 lipca najpierw zderzyć się z tramwajem, a następnie odjechać w kierunku Ronda Zesłańców Syberyjskich, uszkadzając po drodze siedem samochodów, i ostatecznie wjechał do przejścia podziemnego, spychając do niego również jedno z aut. Sześć osób zostało poszkodowanych, dwie, w tym jedna nieletnia, zostały przewiezione do szpitala.Prokuratura bada wątek usterki technicznejSzybko pojawiło się kilka hipotez na temat tego zdarzenia. Jedną z nich szybko zdementowały Miejskie Zakłady Autobusowe, do których należał samochód. MZA przekazały w oświadczeniu, ucinając spekulacje medialne, że nie można przejąć zdalnego panowania nad autobusem Solaris. Potwierdza to również producent.Czytaj także: Autobus wjechał w budynek. Jest wielu rannychNieoficjalnie powodem wypadku były problemy z układem hamulcowym pojazdu.– Na razie dokonywane są badania techniczne autobusu. To najbardziej prawdopodobna przyczyna zdarzenia, dlatego prokuratura skupia się na tym wątku najbardziej. Zwykle przygotowanie ekspertyz z tego zakresu zajmuje od 2 do 10 tygodni. Po werdykcie biegłych będzie można powiedzieć coś więcej – przekazał portalowi TVP.Info rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, prokurator Piotr Antoni Skiba.Kierowca miał „zwierzęco przerażone oczy”Zupełnie inaczej całe zdarzenie wyglądało z perspektywy jednej z pasażerek autobusu linii 186 – Moniki Dąbrowskiej. Kobieta twierdzi, że kierowca w kluczowym momencie zachowywał się „niestandardowo” – nie reagował na sugestie pasażerów i nie zatrzymał się po spowodowaniu szkód, choć autobus był sprawny, bo podjechał na przystanek.– Kierowca zachowywał się dziwnie. Kiedy do niego podeszliśmy z innymi pasażerami, miał zwierzęco przerażone oczy. To nawet może nie było przerażenie, a bardziej szaleństwo. Kontakt jednak z nim był. Wydawało się, że rozumie, co do niego mówimy, choć się do tego nie stosował. Po pierwszych kolizjach niektórzy pasażerowie mieli nawet wrażenie, że on kogoś przejechał i żądali, by natychmiast przerwać jazdę – powiedziała portalowi TVP.Info Monika Dąbrowska. Czytaj także: Zderzenie autobusu z tramwajem w Warszawie. Są ranniProkuratura po wypadku przyznała, że 58-letni kierowca, w momencie zdarzenia był trzeźwy i w jego organizmie nie odnaleziono też żadnych śladów stosowania narkotyków, czy innych używek. Kontrastuje to mocno z opiniami pasażerów, którzy mówią o nieracjonalnym zachowaniu 58-latka w chwili zdarzenia. Nie wykluczone jednak, że kierowca trafi jeszcze na kolejne testy.Pasażerowie autobusu wątpią w teorię prokuratora– Kierowca autobusu nie został skierowany na badania psychiatryczne. Nie jest podejrzanym, a był przesłuchiwany tylko w charakterze świadka, dlatego na tym etapie śledztwa nie ma takiej możliwości – wyjaśnił portalowi TVP.Info prokurator Skiba.Pasażerowie feralnego kursu wątpią w teorie o niesprawnych hamulcach pojazdu podkreślając, że po pierwszych kolizjach drogowych, kiedy nawiązano kontakt z 58-latkiem, zatrzymał się on bez problemu m.in. na przystanku „Banacha”. Nic nie wskazywało na to, że auto ma problemy techniczne.Czytaj także: Wypadek autokarów z dziećmi na autostradzie A4– Gdybyśmy zdawali sobie sprawę, z tego co planuje dalej kierowca, to wysiedlibyśmy właśnie wtedy. Kiedy ruszył, potem uderzył w tramwaj i inne pojazdy, liczyliśmy się z tym, że jedzie zrobić nam krzywdę – powiedziała Monika Dąbrowska.