Jakie są alternatywy? Od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie temat obowiązkowej służby wojskowej regularnie powraca do publicznej debaty. Zwolennicy przekonują, że tylko powszechny pobór pozwoli odbudować rezerwy i przygotować państwo na konflikt z Rosją, przeciwnicy wskazują na ogromne koszty i społeczne konsekwencje takiego rozwiązania. Problem w tym, że obie strony często odpowiadają na pytanie, które nie jest dziś najważniejsze. Kluczowym wyzwaniem nie jest bowiem sam pobór, lecz znalezienie sposobu na wyszkolenie setek tysięcy obywateli, których nowoczesna armia będzie potrzebowała w czasie wojny. Wojna w Ukrainie przypomniała Europie, że nawet dobrze wyposażona armia zawodowa nie jest w stanie prowadzić długotrwałych działań o wysokiej intensywności. Straty trzeba uzupełniać, wyczerpane jednostki rotować, a zaplecze logistyczne, medyczne i techniczne nieustannie zasilać nowymi ludźmi. To dlatego kolejne europejskie państwa wracają do rozmów o obowiązkowej służbie wojskowej. Litwa przywróciła pobór w 2014 roku, Szwecja reaktywowała go po kilkuletniej przerwie, a w Niemczech temat regularnie wraca do politycznej debaty. Czy i Polska powinna pójść tą drogą?Nie pobór jest najważniejszySamo postawienie pytania o powrót powszechnego poboru może jednak prowadzić na manowce. Armia nie potrzebuje poboru dla samego poboru. Potrzebuje ludzi – licznych, wyszkolonych i możliwych do szybkiego zmobilizowania. To nie to samo. Państwo może utrzymywać obowiązkową służbę wojskową, a mimo to dysponować słabymi rezerwami. Może też z niej zrezygnować, jednocześnie budując system, który pozwoli w razie zagrożenia zmobilizować setki tysięcy przygotowanych obywateli.Dlatego zamiast pytać, czy wrócić do rozwiązań sprzed kilkunastu lat, warto najpierw odpowiedzieć na inne pytanie: jakich rezerw potrzebuje dziś Wojsko Polskie i jak można je stworzyć bez osłabiania armii i gospodarki?Jeszcze kilkanaście lat temu odpowiedź wydawała się prostsza. Po zakończeniu zimnej wojny większość państw NATO uznała, że zagrożenie wielkoskalowym konfliktem w Europie praktycznie zniknęło. Armie zaczęły się kurczyć, pobór zawieszano lub likwidowano, a ciężar przygotowań przesuwano z obrony własnego terytorium na misje ekspedycyjne. Liczyła się jakość, profesjonalizacja i mobilność. Wojska miały być mniejsze, ale lepiej wyposażone i gotowe do działania w Afganistanie, Iraku czy Afryce.Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie zweryfikowała te założenia. Okazało się, że wojna między państwami nie odeszła do historii, a konflikt o wysokiej intensywności nadal pochłania ludzi i sprzęt w skali, która dla wielu zachodnich planistów była trudna do wyobrażenia. Nawet najlepsze brygady ponoszą straty, wymagają uzupełnień, a żołnierze – odpoczynku. Jednocześnie wojna angażuje znacznie więcej specjalistów, niż zwykle wyobrażamy sobie, myśląc o armii. Potrzebni są nie tylko piechurzy i czołgiści, lecz także kierowcy, mechanicy, logistycy, medycy, informatycy, operatorzy dronów, specjaliści od łączności czy obrony przeciwlotniczej.To właśnie jest najważniejsza lekcja z Ukrainy: nowoczesne państwo nie może prowadzić długotrwałej wojny bez przygotowanych rezerw. Ale z tej lekcji nie wynika automatycznie, że najlepszą odpowiedzią jest powrót do klasycznego poboru.Czytaj także: Szczyt NATO w Ankarze. „Polska jest modelowym sojusznikiem”Pobór nie tworzy armiiW debacie publicznej pobór często przedstawia się jako proste rozwiązanie problemu liczebności wojska. Państwo wydaje decyzję, młodzi ludzie trafiają do koszar, armia rośnie w siłę. W rzeczywistości mobilizacja czy wcielenie do służby są dopiero początkiem bardziej skomplikowanego procesu.Żołnierza trzeba ubrać, wyposażyć, zakwaterować, wyżywić i wyszkolić. Trzeba zapewnić mu broń, amunicję, instruktorów, dowódców, poligony, strzelnice, transport, opiekę medyczną i miejsce w systemie mobilizacyjnym. Bez tego nawet duża liczba ludzi w mundurach nie przekłada się na realny wzrost zdolności bojowych.To pierwszy problem z prostym postulatem przywrócenia poboru. WP przez ostatnie lata rozwijało się przede wszystkim jako armia zawodowa. Rozbudowywano jednostki operacyjne, tworzono nowe formacje, kupowano nowoczesny sprzęt i zwiększano liczebność żołnierzy pełniących służbę na stałe. Nie budowano natomiast systemu corocznego szkolenia dziesiątek czy setek tysięcy poborowych. Taki system wymagałby koszar, kadry, infrastruktury, zapasów wyposażenia i stałej przepustowości szkoleniowej.Pobór nie jest więc tylko decyzją polityczną. Byłby jednym z największych przedsięwzięć organizacyjnych w historii współczesnych Sił Zbrojnych RP. Co więcej, jego uruchomienie mogłoby na pewien czas osłabić armię zawodową. Najlepsi podoficerowie i oficerowie, zamiast szkolić własne pododdziały, musieliby zająć się poborowymi. A im większa skala poboru, tym większa część kadry zostałaby odciągnięta od zadań operacyjnych.Drugi problem dotyczy jakości. Współczesna wojna wymaga coraz bardziej zróżnicowanych kompetencji. Kilkumiesięczna służba może nauczyć podstaw: obsługi broni, zachowania na polu walki, elementarnej taktyki, pierwszej pomocy, dyscypliny i współdziałania. Nie stworzy jednak operatora systemu przeciwlotniczego, mechanika nowoczesnego czołgu, specjalisty od walki radioelektronicznej czy technika odpowiedzialnego za utrzymanie skomplikowanego sprzętu. Takie kwalifikacje buduje się latami.Pobór może więc zwiększyć liczbę osób z podstawowym przeszkoleniem wojskowym. Nie zastąpi jednak zawodowej armii, aktywnej rezerwy, Wojsk Obrony Terytorialnej, szkolenia specjalistycznego i sprawnej mobilizacji.Czytaj także: Ryzykują, żeby tylko nie iść na front. Tym szlakiem ucieka wielu UkraińcówRachunek ekonomicznyJest też trzeci problem, zbyt często pomijany w dyskusji: ekonomia. Pobór kosztuje nie tylko budżet MON. Kosztuje całe państwo.Każdy poborowy na kilkanaście miesięcy wypada z rynku pracy, studiów albo prowadzenia działalności gospodarczej. Dla państwa oznacza to mniejszą aktywność zawodową, niższe wpływy podatkowe, większą presję na pracodawców i dodatkowe napięcia w sektorach, które już dziś mają problem z brakiem ludzi. Polska gospodarka się starzeje, a rynek pracy od lat funkcjonuje przy niskim bezrobociu. Brakuje kierowców, techników, informatyków, pracowników przemysłu, energetyki, logistyki i ochrony zdrowia. Tymczasem są to dokładnie te same kompetencje, których w czasie kryzysu potrzebowałoby również wojsko.To jeden z największych paradoksów współczesnej obronności. Armia potrzebuje ludzi, ale gospodarka również. Państwo przygotowujące się do wojny nie może osłabić zaplecza, które ma tę wojnę utrzymać. A zaplecze to nie tylko fabryki amunicji i zakłady remontowe. To także transport, energetyka, telekomunikacja, system medyczny, administracja, cyberbezpieczeństwo i przemysł cywilny, który w razie kryzysu musi wspierać wysiłek obronny.W modelu klasycznego poboru państwo zabiera ludzi z gospodarki i przenosi ich do koszar. W modelu nowoczesnej odporności powinno raczej odpowiedzieć na pytanie: jak wykorzystać ich kompetencje tam, gdzie będą najbardziej potrzebne? Informatyk nie zawsze musi zostać strzelcem. Kierowca ciężarówki może być cenniejszy w systemie transportu wojskowego niż w okopie. Ratownik medyczny, energetyk czy operator koparki także są elementem potencjału obronnego państwa.To nie znaczy, że szkolenie wojskowe jest zbędne. Przeciwnie – powinno być znacznie powszechniejsze niż dziś. Ale powinno być projektowane tak, by nie rozbijać rynku pracy i nie traktować wszystkich obywateli według jednego schematu.Społeczeństwo też się zmieniłoPobór tworzono dla społeczeństwa przemysłowego, bardziej hierarchicznego, stabilniejszego zawodowo i przyzwyczajonego do długich instytucjonalnych zobowiązań. Dzisiejsza Polska jest inna. Młodzi ludzie później kończą edukację, częściej zmieniają pracę, częściej migrują, pracują projektowo, prowadzą działalność gospodarczą albo funkcjonują w zawodach, których państwo nie powinno lekkomyślnie dezorganizować. No i, na skutek kryzysu demograficznego, jest ich mniej.Ponoć są również mniej patriotyczni – ale to ocena, nie fakt. Badania i obserwacje prowadzone na potrzeby wojska pokazują, że młodsze pokolenia nie odrzucają służby jako takiej. Chcą jednak jasnych zasad, sensownego szkolenia, szacunku dla czasu prywatnego, możliwości rozwoju i przekonania, że wysiłek, którego wymaga od nich państwo, ma konkretny cel. Wojsko już dziś dostosowuje rekrutację do tych oczekiwań: mówi o stabilności, kwalifikacjach, nowoczesnym sprzęcie i ścieżkach kariery, a nie wyłącznie o obowiązku.Tu pojawia się ważny paradoks. Polacy chcą silnej armii i zwykle popierają zwiększanie potencjału obronnego państwa. Znacznie trudniej przychodzi jednak akceptacja osobistych kosztów: czasu, przerwy w pracy, wysiłku szkoleniowego czy podporządkowania życia wymogom mobilizacyjnym. Tego nie należy moralizować. Trzeba to uwzględnić przy projektowaniu systemu. Bo choć pobór można przywrócić ustawą, społecznej akceptacji nie da się zadekretować.Co już mamy?Dyskusja o poborze bywa prowadzona tak, jakby Polska startowała od zera. A to nieprawda. Po zawieszeniu zasadniczej służby wojskowej powstało kilka instrumentów, które mogą stać się fundamentem szerszego systemu przygotowania obywateli do obrony państwa.Najważniejszym jest dobrowolna zasadnicza służba wojskowa. Daje możliwość przejścia szkolenia podstawowego i specjalistycznego, a dla części uczestników staje się drogą do służby zawodowej. Obok niej funkcjonują Wojska Obrony Terytorialnej, które od początku budowano jako formację łączącą służbę wojskową z cywilnym życiem i lokalnym zakorzenieniem. Istnieje aktywna rezerwa, czyli forma służby dla osób, które mogą być regularnie szkolone i włączane w funkcjonowanie jednostek. Jest także pasywna rezerwa, kwalifikacja wojskowa, szkolenia ochotnicze, programy krótkiego kontaktu z armią oraz wojskowe inicjatywy kierowane do studentów.Problem polega na tym, że te elementy wciąż nie tworzą w pełni masowego, spójnego i powszechnie rozpoznawalnego systemu. Są raczej zestawem ścieżek, z których korzystają osoby zainteresowane wojskiem. Tymczasem doświadczenie Ukrainy pokazuje, że państwo powinno mieć zdolność przygotowania znacznie szerszej grupy obywateli – także tych, którzy nie planują (epizodu) kariery w mundurze. Jak?Co zamiast poboru?Naturalnym rozwinięciem obecnego modelu mogłoby być objęcie wszystkich obywateli kilkutygodniowym szkoleniem podstawowym. Nie zastąpiłoby ono profesjonalnego szkolenia wojskowego ani nie uczyniłoby z jego uczestników żołnierzy gotowych do walki. Pozwoliłoby jednak zbudować to, czego dziś najbardziej brakuje – szeroką bazę ludzi posiadających elementarne przygotowanie do działania w sytuacji kryzysu i wojny.W ciągu kilku tygodni można nauczyć bezpiecznego posługiwania się bronią, podstaw taktyki, pierwszej pomocy, zachowania podczas ostrzału czy alarmów, elementów przetrwania oraz współdziałania w niewielkim zespole. Nie każdy obywatel musi zostać piechurem. Każdy powinien jednak wiedzieć, jak zachować się w sytuacji zagrożenia i jakie zadania może wykonać na rzecz obrony państwa.Dla wielu osób byłoby to jedyne tak intensywne szkolenie w życiu, choć nie oznaczałoby zakończenia kontaktu z wojskiem. Po jego ukończeniu każdy otrzymywałby przydział mobilizacyjny, a w kolejnych latach uczestniczył w krótkich ćwiczeniach odświeżających. Ich celem nie byłoby ponowne uczenie od podstaw, lecz utrzymanie zdobytych umiejętności i sprawdzenie gotowości do działania. Jednocześnie spośród uczestników szkolenia armia mogłaby wyłaniać osoby zainteresowane dalszą służbą – w dobrowolnej zasadniczej służbie wojskowej, aktywnej rezerwie, WOT czy w wojsku zawodowym. Zamiast zmuszać wszystkich do wielomiesięcznej służby, państwo budowałoby szeroką bazę przeszkolonych obywateli, a następnie rozwijało potencjał tych, którzy chcą i mogą zrobić kolejny krok.Równie istotne byłoby odejście od myślenia, że mobilizacja oznacza wyłącznie uzupełnianie pododdziałów liniowych. W czasie wojny państwo mobilizuje nie tylko żołnierzy, ale także kompetencje. Dlatego przydziały mobilizacyjne powinny w znacznie większym stopniu uwzględniać wykonywany zawód i kwalifikacje zdobyte w życiu cywilnym. Dobry kierowca ciężarówki przyniesie armii więcej pożytku za kierownicą wojskowej cysterny niż z karabinem w okopie. Podobnie będzie z energetykiem odpowiedzialnym za utrzymanie infrastruktury krytycznej, mechanikiem naprawiającym sprzęt, ratownikiem medycznym zabezpieczającym ewakuację rannych czy informatykiem wspierającym systemy łączności i cyberbezpieczeństwa. Współczesna wojna wymaga nie tylko ludzi walczących na pierwszej linii, ale również tysięcy specjalistów, bez których armia nie będzie w stanie funkcjonować.Taki system również wymagałby dużych nakładów finansowych i nadal stanowiłby ogromne wyzwanie organizacyjne oraz logistyczne dla Sił Zbrojnych RP. W przeciwieństwie do klasycznego poboru pozwalałby jednak objąć szkoleniem znacznie większą część społeczeństwa, a jednocześnie w dużo mniejszym stopniu obciążałby rynek pracy i gospodarkę.Czytaj także: „Wiemy, co planujesz. Nie rób tego!”. Sikorski ostrzega Putina