Subiektywny tydzień Zawioły. W ubiegłym tygodniu poza kilkoma wydarzeniami i tematami, o których poniżej, uderzyła mnie wypowiedź cytowana przez Newsweek. Martin Sandbu, komentator ekonomiczny „Financial Times” powiedział: „Polacy nie dostrzegają, jak wpływowa Polska mogłaby być w Unii, gdyby nie wewnętrzny bałagan. Macie dziś większy potencjał niż kiedykolwiek, a zarazem gracie poniżej swoich możliwości”. Gdyby poprosić o komentarz posłów przechadzających się po Sejmie, wybuchłby kolejny spór. Tym razem o to, kto ów bałagan spowodował i kto go pogłębia. Zapraszam subiektywnie do przeglądu tygodnia. – Nie widać końca czy choćby nawet złagodzenia konfliktu polsko-ukraińskiego. Spotkanie Radosława Sikorskiego z Andriejem Sybihą jest owiane tajemnicą i niewiele wiadomo o decyzjach i słowach, jakie padły oraz o planach na najbliższą przyszłość. Zapewnienia o chęci naprawienia stosunków są na tym etapie niewystarczające. Sytuacja przypomina prawdziwy pat, żadna ze stron nie zrobi bowiem kroku wstecz. Bo nie może. Zarówno Ukraińcy, jak i Polacy mają swoje argumenty w tej grze. Obie strony kierują się też pobudkami egoistycznymi, żeby nie powiedzieć „polityką wewnętrzną”, bo to brzmi, jakby miało cokolwiek usprawiedliwiać. A to zwyczajny egoizm. Ukraińcy mają bohatera, który posiada w swoim życiorysie brutalny mord na Polakach. Polacy pamiętają o Wołyniu i mordowaniu polskiej ludności przez człowieka, który poza tym walczył o wolną Ukrainę z reżimem komunistycznym Stalina. Mało tego, zginął z rąk agenta KGB, co dodatkowo wzmacnia postrzeganie go jako bohatera.Tych dwóch spojrzeń, ukraińskiego i polskiego, nie da się pogodzić. Tym bardziej że, zwłaszcza w Polsce, nie ma dobrej woli. Jest żerowanie na niechęci do Ukrainy i jej podsycanie, bo to opłaca się politycznie.Wołodymyr Zełenski nie pozostaje dłużny. „Nikt nie będzie nam mówił kogo mamy uznawać za naszych bohaterów” – słowa słuszne, mogłyby pewnie paść także z polskich ust. Ale w tej sytuacji niefortunne i eskalujące. I tak jest już nieprzyjemnie.Czytaj też: „Koniec marzeń Kijowa o Unii”. Schetyna apeluje do Zełenskiego*– Najnowsza konwencja PiS przyniosła kolejne objawy chorobliwego wręcz przekonania o własnej nieomylności. Co w zestawieniu z ośmioma latami rządów tej partii musi budzić zdziwienie. Zorganizowano ją w Kłodzku, mieście, w którym, wedle działaczy PiS, doszło do jednej z największych afer Koalicji Obywatelskiej. Stąd przy okazji tego spotkania powtarzano, że KO tonie.Przed konwencją zapowiadano mocne przemówienie Przemysława Czarnka. Nic nowego, każde jego wystąpienie jest mocne, bo nie przebiera on w słowach i nie ma żadnych hamulców. Powie zawsze to, co spodoba się jemu samemu i słuchającym, którymi są zazwyczaj jego wyznawcy.Czarnek przywitał na konwencji wszystkich normalnych Polaków. Za takich uważa konserwatystów. Domyślać się można, że cała reszta – niekonserwatywna – jest nienormalna. Cokolwiek to znaczy, bo nikt chyba o to nie zapytał kandydata na premiera z ramienia PiS-u. Jeśli faktycznie zostanie premierem, nadal będzie miał to samo zdanie na temat normalności.Zapowiada też, że należy zadbać o „wartości konserwatywne, uniwersalne, chrześcijańskie, które muszą być i będą u podstaw naszego społeczeństwa w następnych latach, dekadach i wiekach”. Mówi też o rodzinie, demografii i edukacji. Brzmi pięknie…gdyby nie te osiem lat rządów i postępowanie niektórych członków partii.*– Efektem wspomnianych ośmiu lat jest między innymi Zbigniew Ziobro ukrywający się przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Władze Węgier właśnie cofnęły status uchodźcy Ziobrze, a także Patrycji Koteckiej i Marcinowi Romanowskiemu. Sam Ziobro, obecnie komentator Telewizji Republika, a także poseł na Sejm i wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości mówi o obecnej władzy: „Fajtłapy nie wiedzieli o tym, że istnieje coś takiego jak paszport genewski, który pozwalał mi poruszać się po świecie i fajtłapy nie wiedzą o tym, że wiza jest niezależna od dokumentów, w oparciu o które została udzielona”.Fajtłapy… należy zapamiętać słownictwo jak „fujary” czy „miękiszony”. Może się przydać.A czy… Zbigniew Ziobro wie, że cała ta historia już nie może dla niego skończyć się dobrze?*– Karol Nawrocki zwierzył się z trudnego momentu, jaki przeżył podczas prezydenckiej kampanii wyborczej. W książce „Skąd się wziął Karol Nawrocki” (swoją drogą warto zadawać sobie to pytanie), pojawiły się jego wypowiedzi jednoznacznie sugerujące, że ktoś czyhał na jego życie lub zdrowie. Działo się to w maju 2025 roku, jeszcze w trakcie kampanii prezydenckiej. „Zaciągnęli czarne zasłony, staliśmy na ulicy. Wyszli wszyscy. Ja tylko położyłem się na tylnym siedzeniu – i straciłem przytomność. I od tego momentu nie pamiętam”. Sam obecny prezydent, jak i jego kancelaria snują podejrzenia, że mogło dojść do próby otrucia Nawrockiego, jako groźnego konkurenta w wyborach prezydenckich. „Porównywali to do filmu 'Egzorcysta' – kopałem nogami, rzucało mną, kompulsywnie wymiotowałem”.Sprawą zajmuje się już Prokuratura Okręgowa w Świdnicy w kierunku „podejrzenia narażenia obecnego prezydenta na bezpośrednie ryzyko utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”. Pytanie tylko kto naraził. Wydaje się, że mimo wszystko najbardziej ci, którzy nie poinformowali NIKOGO o złym samopoczuciu Nawrockiego. Nie pojawił się lekarz, nie pojawiły się inne służby. Zapadła za to decyzja o kontynuowaniu kampanii. Może ktoś ze sztabu stwierdził, że Karol Nawrocki jest na tyle twardy, że poradzi sobie z dolegliwościami.Kiedy pod Smoleńskiem pojawiło się zagrożenie katastrofą lotniczą, spowodowane złymi warunkami atmosferycznymi, również podjęto decyzję, że ma być lądowanie i już.Jarosław Kaczyński często też sugeruje, że coś wie, ale nie powie, nie informuje służb, nie alarmuje, zatrzymuje wszystko dla siebie. Na forum jedynie sugeruje. I z tymi insynuacjami zostawia wyborców, ślepo w niego zapatrzonych i wierzących w każde słowo.Doktor Emil Jędrzejewski zrobił to samo. Był świadkiem nieprawidłowości, zgonów i wszystkiego, co najgorsze w Szpitalu Południowym i nie zgłosił służbom. Do wiedzy przyznał się dopiero w mediach i to wtedy kiedy szpital działał mu już na nerwy.Czytaj też: Przesłuchanie lekarza sygnalisty. „Śledczy są usatysfakcjonowani”*– Robert Lewandowski grać będzie już niedługo w Stanach Zjednoczonych. Podpisał kontrakt z Chicago Fire i rozpoczął pierwszy etap drogi do emerytury. Nie ma bowiem wątpliwości, że dla graczy takiego formatu, wyjazd z Europy jest zmierzaniem ku końcowi kariery. Nie stanie się to nagle, bo Polaka pod kątem długowieczności piłkarskiej można stawiać w jednym rzędzie z Ronaldo i Messim. Ale oni są wyjątkami od reguły, ponieważ mają jeszcze wsparcie świetnych drużyn narodowych, które wspomagają ich utrzymywanie się na najwyższym poziomie. Gdyby nie reprezentacje, Ronaldo i Messi odchodziliby już w Europie w zapomnienie.Przypadek Lewandowskiego jest inny, bo na innym poziomie jest reprezentacja. Na zgrupowania przyjeżdżać będzie zapewne sporadycznie, grać będzie w meczach Ligi Narodów B i walczyć będzie w ciężkich dla Polski eliminacjach kolejnego Euro. Zniknie natomiast z radarów polskiego kibica ligowego. Rywalizacja w LaLiga czy w Bundeslidze była wygodna. Włączało się telewizor późnym popołudniem lub wieczorem i widziało się gole Polaka. Chicago nam tej wygody nie da. Fire rozgrywają swoje spotkania w środku nocy polskiego czasu.Transfer Lewandowskiego do Chicago ma też drugą stronę medalu. Odsłoniła ją Ania Lewandowska. Żona piłkarza przyznała we wpisie w mediach społecznościowych, że to trudna dla niej sytuacja i jest pełna obaw przed kolejną przeprowadzką. Część czytających nie zrozumiała. Choć zapewne jest tak, jak w przypadku wielu innych celebrytów – cokolwiek nie napiszą, zawsze spotka ich hejt. Ania tym razem napisała o lęku przed tym, co przyniosą najbliższe tygodnie i miesiące i okazało się, że internauci odbierają jej prawo do takiego lęku. A wystarczy wyobrazić sobie, jak to wygląda w praktyce. To prawda, że o dom, szkołę dla dzieci, wszelkie kwestie organizacyjne, zadba klub. Ale pozostają jeszcze emocje związane z tymi zmianami.Tak, Anna Lewandowska nie zna problemów zwykłego, szarego człowieka. Bo nie ma zwykłego, szarego życia. Ma inne. I ma też inne problemy. I nawet jeśli wydaje nam się, że ma ich mniej, to jednak je ma. I dla niej są najważniejsze. A dlaczego o nich pisze w mediach społecznościowych? Bo jest celebrytką, a celebryci to robią, a wielbiciele celebrytów tego potrzebują. I tak to się kręci. Czy tego chcemy, czy nie.*– Iga Świątek i Maja Chwalińska odpadły z turnieju wielkoszlemowego na kortach Wimbledonu wcześniej niż planowały. Maja wystąpiła po raz pierwszy od swojego życiowego sukcesu w Paryżu i przegrała w Londynie już w pierwszej rundzie. Wprawdzie przyczyną mogło być skręcenie kostki, ale i tak rozczarowanie kibiców, którzy twierdzili, że Maja podbije także Wielką Brytanię, było ogromne. Na tym etapie tenisistka ma jeszcze kredyt zaufania, ale, tak jak pisałem tuż po Roland Garros, musi być gotowa, że kibic nie wybacza porażek i Maja przeczyta na swój temat niejednokrotnie takie opinie, jakie dotykają obecnie Igę Świątek.Z kolei była liderka rankingu dochowała się już, jak to się mówi w polityce, negatywnego elektoratu. Krytyka jaka ją spotyka przypomina tę, która pojawia się w przypadku piłkarzy. Jest zawsze i wszędzie. I jest bezlitosna, niezależnie od wyników. Tak jak w przypadku piłkarzy czytamy, że to partacze i wszystko przegrywają (co jest oczywistą nieprawdą), tak w przypadku Igi słychać, że jest już skończona i powinna zakończyć karierę.Łaska kibicowska na pstrym koniu jeździ.*– Open’er Festiwal za nami. Niezależnie od ocen tegorocznego, jest to wydarzenie, z którego możemy być dumni. Do Trójmiasta zjeżdżają coraz więksi artyści, ranga festiwalu nie maleje, a wręcz umacnia się na swojej pozycji największego festiwalu w Polsce i jednego z największych w Europie.W tym roku wystąpiło co najmniej dwóch wykonawców idealnych, wybitnych koncertowo. A przypuszczam, że było ich więcej, nie sposób jednak znać wszystkich, jeśli się tam na miejscu nie było. Ale Nicka Cave’a i The Cure znam z innych koncertów i wiem czego się po nich spodziewać – pasji, zaangażowania i wirtuozerii. Tacy artyści zdarzają się coraz rzadziej, czego kilka przykładów w tym roku na Openerze również mieliśmy. Bo line-up festiwalu był niezwykle zróżnicowany, nie tylko gatunkami muzycznymi. Był nierówny pod względem jakości, umiejętności i talentów. To próba przyciągnięcia innych słuchaczy, przede wszystkim młodych. Jeśli to się udało, to plusem z pewnością jest to, że mogli oni przy okazji poznać Cave’a, Smitha, Davida Byrne’a i mieć szansę nawrócić się na muzykę nurtu, który nie jest ulubionym kierunkiem dzisiejszych komercyjnych rozgłośni radiowych.Czytaj też: Sofi Tukker: Uwielbiamy grać w Polsce!Dodatkowo niewątpliwym plusem tegorocznego festiwalu były transmisje telewizyjne kilku występów. Dało to możliwość promowania muzyki na najwyższym poziomie.Ciąg dalszy nastąpi za tydzień...