„Mazowsze bez kurtyny”. Kamera Telewizji Polskiej towarzyszyła artystom zespołu „Mazowsze” podczas ich trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. W rozmowie z portalem TVP.Info autor dokumentu „Mazowsze bez kurtyny – tournée po Ameryce” Marcin Antosiewicz opowiedział o kulisach pracy nad reportażem. – Sami członkowie zespołu powiedzieli mi, że jeszcze nigdy nie powstał o nich taki dokument o tym zespole i jego fenomenie – wyjaśnił korespondent TVP Info w Stanów Zjednoczonych. Widzowie będą mogli zobaczyć reportaż Marcina Antosiewicza o trasie zespołu „Mazowsze” 12 lipca o godz. 20:15 na antenie TVP Info.Co Cię zainspirowało do zrealizowania filmu dokumentalnego „Mazowsze bez kurtyny. Tournée po Ameryce”? Marcin Antosiewicz: Po 16 latach zespół „Mazowsze” wrócił do Ameryki, właściwie nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także i Kanadzie, wystąpili także w Toronto. Inspiracja sama do mnie przyszła wraz z prośbą z redakcji, dokładnie od dyrektora Grzegorza Sajóra, który poprosił mnie właśnie o zrobienie tego tematu. Myślę, że był bardzo zaskoczony tym, że od razu podszedłem do tego z entuzjazmem, bo właściwie czekałem na ten temat. Od wielu lat już chodziła za mną myśl o zrealizowaniu materiału o „Mazowszu”. Od około 15 lat co roku prowadzę festiwal polonijny w Hanowerze. Dyrektorką tego festiwalu jest Aldona Głowacka-Silberner, która jednocześnie jest choreografką, prowadzącą taki zespół właśnie polonijny pieśni i tańca od lat 80. Wszystko zaczęło się od dyrektorki festiwalu w Hanowerze Aldony Głowackiej-Silberner, która jednocześnie jest choreografką i prowadzi zespół właśnie polonijny pieśni i tańca od lat 80. To ona zaraziła mnie miłością do tańców ludowych i polskiego folkloru. Jako konferansjer współpracujący z zespołami polonijnymi i niemieckimi często widzę rzeczy, do których zwykli widzowie nie mają dostępu. Pomyślałem, że to świetny pomysł, aby pokazać ten świat innym. W filmie zależało mi na scenach z prób i kulis, ponieważ tam dochodzi do zderzenia dwóch rzeczywistości. Dzisiejsze „Mazowsze” tworzą ludzie bardzo młodzi, około dwudziestego roku życia. Oglądanie ich bez przepięknych, monumentalnych kostiumów bywa nawet ciekawsze niż sam występ. Na próbach widać, jakimi są niesamowitymi atletami. Kostiumy, choć wspaniałe, czasem ich skrywają – tracimy z oczu ich sylwetki, formę i indywidualny charakter.Chciałem zderzyć te dwa światy: pot i ciężką pracę człowieka na próbie z magią artysty w pełnym makijażu na scenie. Czytaj także: „Polska na TAK!” ruszyła w wakacyjną drogę. Wyjątkowy koncert w sobotęKażdy w Polsce ma jakieś wyobrażenie o „Mazowszu”, ale często opiera się ono na archiwalnych nagraniach z telewizji. Twój film pokazuje zupełnie inne oblicze zespołu. Chciałem pokazać współczesny, żywy organizm tworzony przez pokolenie urodzone już w XXI wieku. W dokumencie pada ważne stwierdzenie: stroje i układy choreograficzne są dokładnie takie same jak 78 lat temu, w czasach założycieli – Tadeusza Sygietyńskiego i Miry Ziemińskiej-Sygietyńskiej. Tkaniny to wierne kopie oryginałów, muzyka pozostaje niezmieniona.Jednak to nowe pokolenie definiuje polską tradycję na nowo. Ich interpretacja, osobowość i fakt, że wychowali się w zupełnie innej Polsce, wnoszą do tych tradycyjnych układów niesamowitą świeżość. Widz, patrząc na ich młodość i prywatne relacje, zaczyna zadawać sobie pytanie: jak ja dzisiaj, w swoim wieku, mogę zinterpretować ten folklor dla samego siebie?Cieszę się, że udało ci się ująć to, czego przeciętny widz nie widzi. „Mazowsze” wraca do Ameryki po 16 latach i to w zupełnie nowej, zachwycającej odsłonie. Skala tego przedsięwzięcia jest naprawdę imponująca. Logistycznie to był gigantyczny wysiłek. Na trasę pojechało 154 artystów (a cały zespół liczył prawie 200 osób z obsługą techniczną, oświetleniowcami). Zabrali ze sobą dwa tysiące kostiumów i dziesięć tysięcy ton bagażu. Podróżowali czterema lub pięcioma autokarami oraz dwoma tirami wypełnionymi skrzyniami. Dla tych młodych ludzi to był morderczy maraton. Często wstawali wcześnie rano, przechodzili wielogodzinną próbę, mieli zaledwie dwie godziny na przerwę i makijaż, a potem dawali trzygodzinny koncert. Kiedy wracali do hotelu, spali kilka godzin i ruszali w dalszą drogę do kolejnego miasta. Byli jednak niesieni tą trasą. Byli dumni z tego, co robią, a w tej dumie nie było ani grama nacjonalizmu – tylko czysta radość, pasja i pozytywne emocje. Czytaj także: „Lato z Radiem i Telewizją Polską” w Zakopanem. Dzień pełen atrakcjiJakie były reakcje widzów na występy „Mazowsza”? Miałeś okazję porozmawiać z publicznością? Publiczność różniła się w zależności od miasta. W Chicago, które jest jednym z największych skupisk Polaków na świecie, koncert odbył się w Copernicus Center. To było typowo polonijne wydarzenie, moderowane w naszym języku, pełne wzruszeń. W Nowym Jorku również dominowała Polonia, natomiast w Toronto widownia była już bardzo międzynarodowa. Z kolei w Waszyngtonie zespół wystąpił w prestiżowym Kennedy Center. Rozmawiałem z tamtejszą organizatorką, która przyznała, że do końca półrocza (na przełomie czerwca i lipca) „Mazowsze” było najlepiej sprzedającym się wydarzeniem roku w tej sali – wyprzedali 1800 biletów! Oglądali ich Amerykanie i ludzie z całego świata, którzy często nie mieli żadnych związków z Polską. Dyrektor Jacek Boniecki trafnie zauważył w filmie, że oglądając folklor jakiegokolwiek kraju, ludzie zawsze zadają sobie pytania o własną przeszłość i o swoje korzenie. Kiedy jedziemy na urlop, w sklepach z pamiątkami szukamy tradycji, a nie nowoczesności. Folklor pozwala nam poznać dany kraj przez to, co wybrał ze swojej historii jako najpiękniejsze i najbardziej reprezentatywne.Czytaj także: Zmarł Victor Willis, współautor hitu „YMCA”. Miał 74 lataTo prawda. Zauważam wśród moich rówieśników i osób młodszych potrzebę powrotu do korzeni. Redefiniujemy patriotyzm i tożsamość, ale robimy to w sposób bardzo naturalny. My trochę zapomnieliśmy o tradycji przez to, że po wyjściu z komunizmu, dołączeniu do Unii Europejskiej i do Zachodu bardzo chcieliśmy gonić innych, pokazać swoją nowoczesną stronę i czymś zaskoczyć. A teraz jest moment, w którym możemy to połączyć. „Mazowsze” jest dla mnie tak fascynującym tematem – ten zespół łączy te dwa światy. Występują tam bardzo młodzi ludzie, którzy są niezwykle świadomymi artystami i decydują się na to z pełną świadomością. Wszyscy, z którymi rozmawiałem, od dziecka przeszli przez różne zespoły ludowe, śpiewali w nich albo od lat znali ten świat. Czasem odchodzili na chwilę, by robić inne rzeczy, ale ostatecznie tworzą „Mazowsze” i w nim są, ponieważ ich to fascynuje. Widać, że tym żyją i czerpią z tego ogromną frajdę. Zauważyłam z perspektywy mojej i osób jeszcze młodszych, że trochę wracamy do korzeni. W pewnym sensie redefiniujemy polskość. Patriotyzm jest dla nas ważny i mam poczucie, że coraz lepiej go rozumiemy, ale też chcemy go naturalnie zmieniać. Tak, ale w „Mazowszu” ciekawe jest to, że podczas gdy w kraju prowadzimy silne dyskusje polityczne, zespół oferuje po prostu czystą rozrywkę. To wspaniałe, że jesteśmy w stanie bawić się naszymi motywami narodowymi, kolorami i przeszłością w ramach rozrywki. Ludzie, którzy tworzą ten zespół, są bardzo otwarci, młodzi i nowocześni. Potrafią bawić się tą tradycją. Pokazują, że możemy rozmawiać o tym, co nas łączy i skąd jesteśmy, bez przekrzykiwania się i obrażania.Możemy po prostu wspólnie spędzić przyjemny czas i to jest coś, co gwarantuje nam „Mazowsze”. W dzisiejszych czasach jest to niezwykle potrzebne.Czytaj także: Sofi Tukker: Uwielbiamy grać w PolsceAbsolutnie się zgadzam. Ta ponad podziałowość, uniwersalność i tożsamość, która nas łączy, są piękne, a ich koncerty to prawdziwa sztuka. Oglądając Twój dokument, byłam pod ogromnym wrażeniem oprawy zza kulis i tego, ile pracy ci ludzie w to wkładają. Same występy to wisienka na torcie – są przepiękne, a kontakt z widownią jest kluczowy. Jestem ciekawa, jakimi jeszcze refleksjami dzielili się z Tobą artyści? Jakie mieli odczucia związane z tym, że po 16 latach „Mazowsze” wróciło na trasę koncertową do Ameryki i Kanady? Z tego, co kojarzę, w balecie i chórze była tylko jedna osoba, która pamiętała poprzednią trasę sprzed 16 lat; być może ktoś taki był jeszcze w orkiestrze. W całym zespole było 194 członków, w tym 154 samych artystów, a reszta to obsługa techniczna i oświetleniowcy. Skład zespołu ciągle się zmienia, więc choć mówimy o powrocie „Mazowsza” po latach, to dla zdecydowanej większości tych młodych ludzi był to pierwszy wyjazd do Ameryki z tym repertuarem, a dla wielu – pierwszy wyjazd do USA w ogóle. Byli bardzo podekscytowani tą trasą i chcieli zaprezentować się amerykańskiej, polonijnej oraz międzynarodowej publiczności. Są ogromnie dumni z tego, co robią, a przy tym niezwykle ciężko pracują. Zdarzały się sytuacje, że wstawali wcześnie rano, przez cały dzień mieli próby, a po zaledwie dwóch godzinach przerwy musieli już robić makijaż i dawać trzygodzinny koncert. To gigantyczny wysiłek. Następnego dnia wracali do hotelu, spali kilka godzin, wstawali rano i jechali w dalszą drogę na kolejny występ. Byli jednak niesieni tą trasą, dumni z programu i pełni pozytywnych emocji. W ich postawie nie ma absolutnie żadnego nacjonalizmu – jest tylko czysta radość, którą widać na scenie.Czytaj także: Aleja zyska dziesięć nowych dłoni. 29. Festiwal Gwiazd w MiędzyzdrojachPierwsze, czego się spodziewałam po Twoim filmie, to klasyczny repertuar „Mazowsze”, który kojarzę, znam i potrafię zanucić. Byłam zaskoczona, jak usłyszałam zagraniczne piosenki.Ciekawym elementem był amerykański medley, czyli ukłon w stronę tamtejszej publiczności. Artyści chcieli pokazać, jak interpretują amerykańskie standardy muzyczne w nowoczesnym, musicalowym stylu. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy „Mazowsza” w takim wydaniu. Zrobili to z wielką ochotą i dlatego zostali tak dobrze odebrani. Ta trasa była dla nich bardzo rozwijająca i myślę, że chcą tam wrócić za dwa lata, na 80-lecie zespołu. Ponieważ „Mazowsze” wykonuje tradycyjną sztukę folklorystyczną, mogłoby się wydawać, że jest to forma zamknięta. Nic bardziej mylnego. Dyrektor Jacek Boniecki również o tym mówi – oni ciągle szukają siebie na nowo i sprawdzają, co pasuje do obecnego składu.Oczywiście wszystko musi być zgodne z ramami wymyślonymi przez Tadeusza Sygietyńskiego i Mirę Ziemińską-Sygietyńską, ale interpretacja należy do artystów, którzy występują tu i teraz. To fascynujące, że ta idea wciąż trwa i że taki zespół istnieje, bo możemy się w nim przejrzeć jako kraj i społeczeństwo. Zamysł założycieli, o czym mówi jedna z artystek w filmie, był genialny. Po wojnie, gdy Polska była wyniszczona i miała nowe granice, Sygietyńscy jeździli do ludzi, rozmawiali z nimi i pytali, co pamiętają. Z tych ludowych pieśni i tańców stworzyli programy godne klasycznych bali, rozpisane na wspaniałą orkiestrę i profesjonalny chór.Nie słyszałem o podobnej koncepcji w żadnym innym kraju. Mam wrażenie, że zapomnieliśmy, jak wielki skarb mamy w postaci „Mazowsza”. Bardzo bym chciał, aby mój film przyczynił się do tego, że ludzie – zwłaszcza młodzi – przypomną sobie o nim i na nowo odkryją jego wartość.Czytaj także: Włodzimierz Korcz o porażkach i sukcesach. „Chciałbym być perfekcjonistą”Byłam pod ogromnym wrażeniem. Z twojego dokumentu wynika również, że artyści przebierają się podczas koncertu po kilkanaście razy. Stroje mają wiele warstw, a oni są w ciągłym ruchu, biegają i muszą zmienić kostium niezwykle szybko.Czasem na przebranie się artyści mają na to zaledwie 3-4 minuty. W telewizji można czasem zrobić coś naprędce, byle dobrze wyglądało w kadrze. W „Mazowszu” wszystko musi być założone perfekcyjnie, ponieważ podczas wykonywania figur akrobatycznych niedbale spięty strój po prostu by z nich spadł. Sprawność w przebieraniu się to część ich pracy. W tych momentach widać też, jak bardzo ci ludzie sobie pomagają – to jest prawdziwy zespół. Artyści mają świadomość wspólnego celu. Choć wykonują partie solowe, grają na wspólny sukces. Praca zespołowa (teamwork) bywa u nas w Polsce – czy to w sporcie, czy w innych dziedzinach – kwestią skomplikowaną. Pod tym względem „Mazowsze” jest unikatowe i bardzo zależało mi na tym, aby pokazać w filmie, jak wspaniale potrafią ze sobą współpracować. A tutaj muszą to wszystko połączyć w jeden organizm. To bardzo trudna rzecz. Tym bardziej że ten organizm jest bardzo złożony, ponieważ składają się na niego właściwie trzy różne światy: orkiestra, chór i balet. Mimo tych różnic wszystko tu świetnie działa. Mówimy o 154 artystach występujących na scenie, a przecież oprócz nich są jeszcze garderobiani, technicy sceny i cała obsługa. To jest prawdziwa praca zespołowa. Gdyby ktoś w Polsce chciał odrobić lekcję z teamworku, i to na naszym rodzimym przykładzie – bez sięgania po wzorce z innych krajów o odmiennej kulturze i mentalności – powinien dokładnie przebadać i zobaczyć, jak działa „Mazowsze”. Moglibyśmy wiele skorzystać z ich doświadczenia. Imponuje mi też ich perfekcja, bo są w tym wszystkim niezwykle precyzyjni. Czytaj również: „Conrad przestworzy”. Autor „Małego Księcia” i jego trudne relacje z żonąJestem ciekawa, w jaki sposób chciałeś pokazać kulisy pracy całego zespołu „Mazowsza”? Nie miałem materiału, który pokazywałby coś niemiłego, mimo że nagrywałem ich w najróżniejszych sytuacjach. Jedyne sceny, z których zrezygnowałem, to te z garderoby, gdzie w pośpiechu się przebierają i pojawia się tam jakaś intymność. Nie umieściłem ich, ponieważ taka była moja umowa z zespołem. Uważam, że jako dziennikarz i twórca musiałem to uszanować.Zależało mi na zachowaniu ich prywatności. To ciągłe przebieranie się po kilka razy w trakcie koncertu jest dla nich trudne i wymagające, ale nie ma w tym nic negatywnego. To po prostu specyfika ich pracy, a umowa o niepokazywaniu tych momentów była dla mnie czymś naturalnym.Oczywiście, to w pełni zrozumiałe. A jak na Twoją obecność reagowali sami członkowie zespołu i organizatorzy koncertów? Jak się czuli, z tym że byłeś tak blisko z kamerą i dokumentowałeś ich codzienność? Dzielili się z Tobą swoimi refleksjami? W trakcie zdjęć nie rozmawialiśmy o tym, ponieważ starałem się zachować maksymalny dystans. Zależało mi na tym, by nie wchodzić z nimi w osobiste relacje. Chciałem mieć do wszystkich w miarę podobny stosunek, a przede wszystkim zależało mi, żeby nie wchodzili w interakcję ze mną. Kiedy ekipa filmowa skraca dystans, ludzie przed kamerą często zaczynają grać, patrzeć w obiektyw albo mówić bezpośrednio do reżysera. Ja natomiast chciałem być dla nich jak najbardziej przezroczysty. Uwielbiam dokumenty japońskiego reżysera Kazuhiro Sody. W historii kina czy telewizji metoda obserwacyjna jest oczywiście znana od dawna, ale moim zdaniem on opanował ją do perfekcji. Co prawda w Waszyngtonie współpracowałem z drugim operatorem, Gienkiem Jarząbkiem, ale Soda kręci wszystko zupełnie sam.Jego metoda polega na tym, że staje się kompletnie niewidoczny. Spędza z bohaterami mnóstwo czasu, ale ogranicza kontakt do minimum, żeby podświadomie nie zaczęli grać pod niego.Czytaj również: Nowa Pippi Pończoszanka podbije ekrany? „To projekt moich marzeń”W przypadku „Mazowsza” artyści po prostu dostali wcześniej informację od kierownictwa, że pojawi się człowiek, który robi dokument dla TVP. Ja natomiast robiłem wszystko, by być jak najmniej zauważalnym. Oczywiście sama kamery jest już pewną barierą i sztucznością, ale gdybym zaczął się z nimi spoufalać, stracilibyśmy naturalność. Zależało mi na pokazaniu ich prawdziwych zachowań. Kluczową postacią w filmie jest inspicjent. On bardzo często miał podpięty mikrofon krawatowy, dlatego jakość dźwięku w jego scenach jest najlepsza.Moja praca wyglądała tak: przypinałem mu mikrofon i natychmiast uciekałem z kamerą w tło. Nie tłumaczyłem im niczego, nie zagadywałem. Chciałem, żeby widz zobaczył ich naturalne relacje między sobą, a nie ich relację z kamerą czy dziennikarzem. Największym wyzwaniem było całkowite schowanie się, by oni mogli być po prostu sobą. Z jednej strony praca dziennikarza często polega na wchodzeniu w interakcję i kierowaniu uwagi na konkretne rzeczy, a z drugiej strony – kiedy oglądałam twój dokument – miałam wrażenie, że jestem niewidoczną obserwatorką. Tak, to właśnie zasługa metody obserwacyjnej. Wspomniany Kazuhiro Soda spisał nawet swoje „10 przykazań dokumentalisty”, które bardzo polecam. Jego filmy są niezwykle uniwersalne, ponieważ pokazują, że od wypowiadanych słów znacznie ważniejsze są reakcje niewerbalne, mikro gesty i język ciała.Taki efekt można uzyskać tylko poprzez uważną obserwację. Kiedy sadzasz kogoś przed kamerą i zaczynasz z nim rozmawiać, sytuacja staje się sztuczna. Pojawiają się światła, mikrofon, a człowiek zaczyna bardzo kontrolować to, co mówi, i podświadomie kreuje swój wizerunek. To naturalne, każdy z nas tak robi. Czytaj również: „Był aktorem charakterystycznym”. Bogumił Kobiela przewidział własną śmierć?Jestem ciekawa, czy to było dla Ciebie trudne wyzwanie? Łączysz tutaj warsztat dziennikarski z umiejętnościami typowo filmowymi – tą specyficzną obserwacją i pracą za kamerą. Jak odnalazłeś się w tej roli? Czuję się w tym bardzo swobodnie. Cieszyło mnie, że jako autor zdjęć mogę po prostu obserwować rzeczywistość, zamiast kreować i narzucać narrację za pomocą pytań. Podobnie było później na etapie montażu. To, jakie sceny i ujęcia wybierasz oraz jak je ze sobą łączysz, ma ogromne znaczenie. Starałem się, aby montaż był bardzo sekwencyjny i naturalny, żeby wynikał wprost z tego, co działo się wokół mnie.Chodziło o to, by widz miał poczucie uczestniczenia w widowisku, które rozgrywa się tu i teraz. W tym roku mija 25 lat, odkąd pracuję jako dziennikarz.O, proszę! Gratulacje, to świetny wynik. Dziękuję. To już rzeczywiście długo. I zauważyłem, że im jestem starszy i im dłużej pracuję w zawodzie, tym mniej mam potrzeby pokazywania w materiałach samego siebie. Chcę oddać całą przestrzeń bohaterom i ich historii. Zależy mi wyłącznie na autentyczności. Myślę, że w tym dokumencie to doskonale wybrzmiało. Wypowiedzi bohaterów ujęły mnie swoją naturalnością. W codziennym życiu też tak funkcjonujemy. Kiedy rozmawiamy, nasze wypowiedzi nie mają idealnej, telewizyjnej struktury. Ludzie rozmawiają, idą gdzieś, biorą łyk wody, rzucą jakąś uwagę, sprawdzą coś w telefonie i po chwili wracają do wątku. Tak wygląda nasza codzienność i tak też wyglądało życie tej grupy na trasie. Dokładnie w taki sposób to montowałem, żeby zachować maksymalną autentyczność. Żyjemy w czasach, w których ludzie bardzo cenią autentyzm. Ma to oczywiście swoje dobre i złe strony, ale ja wolę skupiać się na tych dobrych. Koncertów „Mazowsza” było i będzie jeszcze mnóstwo, pewnie zobaczymy je setki razy w tradycyjnych relacjach. Jednak film w takiej formule zdarza się rzadko. Zresztą sami członkowie zespołu powiedzieli mi, że jeszcze nigdy nie powstał o nich taki dokument. Czytaj także: Podbili serca jurorów i widzów. „Igrając z diabłem” z nagrodami KFF