Święto, którego nie powinno być. Gdy Thomas Jefferson, niezwykle utalentowany zresztą człowiek, przyszły prezydent, pisał, że „wszyscy ludzie stworzeni są równymi”, a wolność zaliczał do „niezbywalnych praw”, pracujący przy jego posesji w Monticello niewolnicy mogli tylko łkać z zażenowania. 250 lat później, amerykańska Deklaracja Niepodległości wciąż budzi wyłącznie ambiwalentne odczucia. John Adams był przekonany, że Amerykanie będą obchodzić Dzień Niepodległości 2 lipca. W liście do żony Abigail przewidywał, że przyszłe pokolenia zapamiętają 2 lipca 1776 roku jako „najbardziej pamiętną epokę w historii Ameryki” i będą świętować ten dzień paradami, pokazami, dzwonami, ogniskami i iluminacjami „od jednego krańca kontynentu po drugi”.Miał ku temu dobre powody. To właśnie 2 lipca Drugi Kongres Kontynentalny przyjął rezolucję, zgodnie z którą „Zjednoczone Kolonie są, i z prawa powinny być, wolnymi i niepodległymi stanami”, zwolnionymi z wszelkiej wierności Koronie Brytyjskiej. Innymi słowy: tego dnia podjęto właściwą decyzję o zerwaniu z Wielką Brytanią.Święto z przypadkuGdy 7 czerwca 1776 roku Richard Henry Lee z Wirginii przedstawił w Kongresie rezolucję o niepodległości, sprawa nie była jeszcze przesądzona. Wielu delegatów zgadzało się, że powrót do dawnej zależności od Londynu jest niemożliwy, ale spierano się o moment. John Adams, Samuel Adams i inni zwolennicy natychmiastowego zerwania chcieli ogłosić niepodległość od razu, rozpocząć rozmowy o zagranicznych sojuszach i budować trwalszą konfederację. Inni ostrzegali, że część kolonii – m.in. Pensylwania, Delaware, New Jersey, Maryland i Nowy Jork – nie dała jeszcze swoim delegatom upoważnienia do głosowania za niepodległością. Zbyt szybka decyzja mogła rozbić jedność kolonii, a bez niej cała sprawa byłaby skazana na klęskę.Kongres odłożył więc decyzję o trzy tygodnie. Jednocześnie powołał Komitet Pięciu, który miał przygotować tekst deklaracji, gdyby rezolucja przeszła. W skład komitetu weszli Thomas Jefferson, John Adams, Benjamin Franklin, Roger Sherman i Robert Livingston. To Jeffersonowi powierzono napisanie projektu.Do końca czerwca presja na wahające się kolonie rosła. Adams pracował gorączkowo, by przekonać lokalne władze do zmiany instrukcji dla delegatów. 1 lipca za rezolucją Lee opowiedziało się dziewięć kolonii. Karolina Południowa i Pensylwania były przeciw, Delaware było podzielone, a Nowy Jork się wstrzymał. Dzień później sytuacja się zmieniła: Karolina Południowa i Pensylwania dołączyły do większości, a przyjazd Caesara Rodneya przełamał remis w Delaware. 2 lipca Kongres przyjął rezolucję o niepodległości. Tylko Nowy Jork czekał jeszcze z formalną zgodą, którą wyraził 9 lipca.Po przyjęciu niepodległości Kongres wrócił do projektu Deklaracji. Przez dwa dni redagowano tekst Jeffersona, wykreślano fragmenty, poprawiano sformułowania i nadawano mu ostateczny kształt. 4 lipca dokument został zatwierdzony, wydrukowany i rozesłany do stanów oraz dowódców Armii Kontynentalnej.Deklaracja miała przede wszystkim ogłosić i uzasadnić koniec brytyjskiego panowania. Jak wyjaśniał John Hancock, przewodniczący Kongresu, kładła „grunt i fundament” amerykańskiego samorządu. Trzeba ją było odczytać żołnierzom, by walczyli już nie tylko przeciw brytyjskim nadużyciom, ale za wolność i narodową niepodległość. Trzeba ją było też ogłosić ludziom – tak, by całe społeczeństwo wiedziało, że wojna weszła w nową fazę.Dokument miał również znaczenie dyplomatyczne. Amerykanie chcieli pokazać światu, że nie są już grupą zbuntowanych poddanych, lecz nowym bytem politycznym. Deklaracja miała wprowadzić Stany Zjednoczone między „potęgi ziemi”, a zarazem ułatwić zabiegi o pomoc zagraniczną, zwłaszcza francuską. W praktyce jednak pierwszym i najważniejszym odbiorcą tekstu byli sami Amerykanie.Gdy kopie Deklaracji rozchodziły się po kraju, odczytywano je na zebraniach, nabożeństwach, dniach sądowych i wszędzie tam, gdzie gromadzili się ludzie. Świętowano ogniami, świecami w oknach, biciem dzwonów, strzałami i niszczeniem symboli monarchii. Ale początkowo świętowano przede wszystkim wiadomość, a nie sam dokument. Dla wielu ludzi ważne było to, że kolonie stały się niepodległe. Tekst Deklaracji był narzędziem, które tę wiadomość niosło.To tłumaczy, dlaczego przez pierwsze lata nowego państwa Deklaracja nie miała jeszcze tej pozycji, którą zyska później. Nie cytowano jej z nabożnością. Nie mówiono o Jeffersonie jako genialnym autorze, bo jego rola nie była jeszcze powszechnie znana. Nie zachwycano się stylem dokumentu. Traktowano go raczej jako kolejny katalog krzywd zadanych przez króla i formalne uzasadnienie zerwania z Wielką Brytanią.Sama data święta także ukształtowała się częściowo przez przypadek. W 1777 roku nikt w Kongresie nie pomyślał o obchodach rocznicy niepodległości aż do 3 lipca – było więc za późno, by uczcić 2 lipca. Uroczystości odbyły się 4 lipca, w rocznicę przyjęcia Deklaracji. Tak narodziła się tradycja. Z czasem rocznica niepodległości i rocznica Deklaracji zaczęły się ze sobą zlewać.Przedmiot kultuPrawdziwa przemiana znaczenia Deklaracji rozpoczęła się dopiero w latach 90. XVIII wieku, w okresie ostrego konfliktu partyjnego. Federaliści, którzy dążyli do lepszych relacji z Wielką Brytanią, niechętnie wracali do antybrytyjskiego charakteru dokumentu. Nie odpowiadał im też język równości i praw, kojarzony z rewolucją francuską. Dodatkowym problemem było to, że autorem tekstu był Jefferson – lider przeciwnego obozu politycznego.To republikanie zaczęli więc przedstawiać Deklarację jako „nieśmiertelny instrument” i dzieło „nieśmiertelnego Jeffersona”. Podczas obchodów 4 lipca czytali jej tekst, a ich gazety go przedrukowywały. Stopniowo uwaga przesuwała się z końcowych fragmentów, mówiących o zerwaniu z Koroną, ku początkowym akapitom – zwłaszcza ku słowom o „oczywistych prawdach”, równości ludzi, niezbywalnych prawach i rządach opartych na zgodzie rządzonych.Od tego momentu Deklaracja zaczęła żyć drugim życiem. Nie była już tylko dokumentem uzasadniającym niepodległość. Stawała się definicją praw człowieka i celem rządu. W praktyce zaczęła pełnić rolę, której nie pełniła ani konstytucja, ani federalna Karta Praw: dawała język naturalnej równości, niezbywalnych praw i prawa ludu do zmiany władzy.Po wojnie 1812 roku dawny spór federalistów z republikanami stracił znaczenie, a Deklaracja coraz mocniej wchodziła do narodowego panteonu. Nowe pokolenie Amerykanów zaczęło z gorączkową energią ratować pamięć o rewolucji. Dokumenty zbierano, kopiowano, publikowano i sprzedawano. John Quincy Adams zlecił wykonanie dokładnego faksymile Deklaracji. Ukazywały się biografie sygnatariuszy i zbiory rewolucyjnych pism. Amerykanie zaczęli patrzeć na pokolenie rewolucji jak na odchodzącą epokę bohaterów.W centrum tej pamięci znaleźli się Jefferson i Adams – ostatni żyjący członkowie komitetu, który przygotował Deklarację. Szczególnie Jefferson stał się przedmiotem niemal pielgrzymkowego kultu. Do Monticello ściągali goście, którzy chcieli zobaczyć autora dokumentu. Adamsowi nieco to ciążyło. Uważał, że sama rola pisarza Deklaracji została przesadnie wyolbrzymiona. Jefferson także przypominał, że jego zadaniem nie było stworzenie czegoś całkowicie oryginalnego, lecz nadanie odpowiedniego tonu temu, co nazwał „wyrazem amerykańskiego umysłu”.Życiowe dziedzictwoMimo to Jefferson sam przyczynił się do wyniesienia Deklaracji na piedestał. Sugerował Johnowi Trumbullowi namalowanie słynnej sceny przedstawienia dokumentu Kongresowi. Odpowiadał też na setki listów dotyczących jej powstania, choć jego wspomnienia bywały niedokładne i pomniejszały rolę innych członków komitetu.Na starość autorstwo Deklaracji stało się dla Jeffersona jednym z najważniejszych źródeł pocieszenia i sensu. To właśnie ten fakt kazał wyryć na swoim grobie: „Autor Deklaracji Amerykańskiej Niepodległości”. Widział w niej fundamentalny akt unii stanów i dokument, którego zasady powinny być pielęgnowane w sercach obywateli.Ale jakie właściwie zasady? Dla Jeffersona kluczowe było przede wszystkim prawo do rewolucji – prawo ludu do zmiany lub obalenia rządu, który nie zabezpiecza jego niezbywalnych praw. Inni coraz mocniej akcentowali jednak początek drugiego akapitu: stwierdzenie, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i obdarzeni niezbywalnymi prawami. To zdanie zaczęło z czasem odrywać się od pierwotnego kontekstu i stawać się moralnym rdzeniem amerykańskiej tożsamości.Nie oznaczało to, że było bezsporne. Im bardziej kwestia niewolnictwa dzieliła kraj, tym częściej przeciwnicy równości atakowali Deklarację. John C. Calhoun z Karoliny Południowej twierdził, że zdanie o równości ludzi było „fałszywą i niebezpieczną” doktryną, niepotrzebnie wpisaną do dokumentu. Inni mówili wręcz, że „oczywista prawda” o równości jest „oczywistym kłamstwem”.Dla przeciwników niewolnictwa Deklaracja była jednak potężną bronią. Skoro żaden człowiek nie ma naturalnego prawa rządzić drugim bez jego zgody, to niewolnictwo – system, w którym ludzie rodzili się jako własność innych – było moralnie nie do obrony. Ta sama zasada, która podważała dziedziczną władzę królów, podważała też dziedziczną władzę panów nad niewolnikami.Niespełnione obietniceNajważniejszym interpretatorem Deklaracji stał się Abraham Lincoln. Przed latami 50. XIX wieku nie przywiązywał do niej szczególnej wagi, ale debaty o niewolnictwie zmieniły jego myślenie. Gdy zwolennicy niewolnictwa przekonywali, że słowa „wszyscy ludzie” odnosiły się tylko do białych, Lincoln odpowiadał, że jest to okaleczanie dokumentu. Deklaracja mówiła o wszystkich ludziach – nie w tym sensie, że są równi pod względem siły, talentów czy pozycji społecznej, ale w tym, że mają te same podstawowe prawa.Dla Lincolna Deklaracja nie była martwą pamiątką po zwycięskiej rewolucji. Była obietnicą stopniowej poprawy położenia wszystkich ludzi. Jeżeli nie zawierała „zarodka” praw człowieka, stawała się – jak mówił – „zwykłym śmieciem”, starą przybitką pozostawioną na polu bitwy po zwycięstwie. Ale jeśli zawierała uniwersalną zasadę, mogła być czymś znacznie większym: standardem, do którego naród ma stale dorastać.W sporze ze Stephenem Douglasem Lincoln rozwinął tę myśl najpełniej. Douglas twierdził, że Deklaracja miała jedynie uzasadnić zerwanie kolonistów z Wielką Brytanią i nie miała żadnego związku z losem czarnych ludzi. Lincoln odpowiadał, że takie odczytanie odbiera dokumentowi żywotność. Słowa o równości, nawet jeśli nie zostały od razu w pełni zrealizowane, wyznaczały kierunek. Miały być „stale przywoływane i stale wypracowywane”, nawet jeśli nigdy nie zostaną osiągnięte doskonale.W rękach Lincolna Deklaracja stała się więc żywym dokumentem dla istniejącego społeczeństwa – nie tylko aktem rewolucyjnym, ale programem moralnym. Podczas wojny secesyjnej Północ walczyła, jego zdaniem, nie tylko o ocalenie Unii, lecz także o zasadę, że rząd powinien podnosić położenie ludzi i zdejmować z ich ramion „sztuczne ciężary”. Rebelia Południa była próbą obalenia zasady, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi.W Gettysburgu w 1863 roku Lincoln streścił tę interpretację w kilku zdaniach. Naród, „poczęty w wolności” i oddany „tezie, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”, miał przejść przez „nowe narodziny wolności”. Od tej pory to właśnie lincolnowskie rozumienie Deklaracji – jako obietnicy, której Ameryka musi dopiero dorosnąć – coraz mocniej stawało się rozumieniem narodowym.Deklaracja Niepodległości pozostaje dokumentem osobliwym. Nie jest i nigdy nie była prawnie wiążąca. Po wojnie secesyjnej jej zasady próbowano wpisać do konstytucji poprzez trzynastą, czternastą i piętnastą poprawkę. Ale sama Deklaracja czerpie moc nie z przepisów, lecz ze zdolności poruszania wyobraźni i sumień kolejnych pokoleń.Była powodem sporów, bo podważała utrwalone hierarchie i nawyki. Była też narodową ikoną, bo dawała Amerykanom wspólny język wolności, praw i równości. Dlatego 4 lipca Amerykanie świętują nie tylko narodziny państwa ani dziedzictwo kilku wielkich ludzi. Świętują także dokument, którego sens przez 250 lat tworzyli na nowo – od Jeffersona i Adamsa, przez abolicjonistów i Lincolna, aż po kolejne pokolenia domagające się, by obietnica zawarta w Deklaracji stała się rzeczywistością.