Stroje, tańce, przyśpiewki. Korytarzem przechodził profesor Sygietyński. Przystanął, posłuchał. Wszedł do pokoju dziewcząt. „Zaśpiewaj to Lidka jeszcze raz”. „Nie zaśpiewam, panie profesorze, bo się wstydzę. Tam są brzydkie słowa”. „Już natychmiast. Sama to mogłaś śpiewać”. Rzeczywiście w piosence były słowa „Odwija się poła, a tu d…goła. Wstyd wstydem a zaśpiewać musiała. „Zobaczysz” – obiecywał profesor – „Jeszcze tę piosenkę będziemy śpiewać w obcych językach”. I rzeczywiście, wkrótce zrobiła furorę. Nazywała się bowiem „Kukułeczka” – tak w reportażu Polskiego Radia początki „Mazowsza” wspominał Tadeusz Kruk, jeden z członków zespołu, który istnieje do dziś. On marzył o założeniu zespołu ludowego na najwyższym możliwym poziomie. Ona nie za bardzo była zainteresowana folklorem, ale nad życie kochała jego.Czytaj też: Wyjątkowy reportaż Marcina Antosiewicza o trasie zespołu „Mazowsze” 5 lipca i 12 lipca o godz. 20:15 na antenie TVP Info.„Jeśli przeżyjemy, to pojedziemy na wieś i trochę ci pomogę”Plan narodził się już w trakcie wojny. W autobiografii „Nie żyłam samotnie” tak wspominała plany swojego przyszłego męża: „Tadzio [Sygietyński] kiedyś, kiedy było tak beznadziejnie smutno, powiedział: »Słuchaj, jeśli przeżyjemy, to daj mi słowo, że pojedziemy na wieś i te piosenki…«. Bo on ciągle myślał o tych ludowych piosenkach. Połowę tych piosenek, które uchodzą za ludowe, on skomponował. Kiedy więc Tadeusz podczas powstania powiedział: »Daj mi słowo«, odpowiedziałam: »No dobrze, jeśli przeżyjemy, to pojedziemy na wieś i trochę ci pomogę! Ale najpierw przeżyjmy«”.Tak też się stało. Początkowo Mira Zimińska-Sygietyńska miała mu tylko pomóc i wrócić do swojej aktorskiej kariery. Rzeczywistość zweryfikowała jednak te plany. Kochała go tak bardzo, że postanowiła wraz z nim zaangażować się w projekt stworzenia „Mazowsza”. To był duet idealny. Kiedy on jeździł po wsiach w poszukiwaniu młodych talentów i ludowych melodii, Mira Zimińska-Sygietyńska poszukiwała tradycyjnych strojów.Gdy marzenie o stworzeniu zespołu pieśni i tańca stało się faktem, trzeba było znaleźć miejsce, w którym uzdolnione dzieci wiejskie będą mogły nie tylko uczyć się śpiewu i tańca, ale także mieszkać.Wianem artystów były stroje, tańce oraz przyśpiewkiTadeusz i Mira upatrzyli sobie podwarszawską posiadłość Karolin. To właśnie tu do dziś mieści się siedziba „Mazowsza”. Nie było to jednak takie proste. Trzeba było stoczyć boje o pałacyk w Karolinie. – Aż dwa ministerstwa zdrowia i kultury wiodły spór czy budynek ten przyznać zespołowi, czy też utrzymać w nim dom wypoczynkowy – wspominał w reportażu z 1960 roku „Mazowsze w anegdocie i piosence” Tadeusz Kruk, jeden z członków zespołu.Jak wspomina Tadeusza Sygietyńskiego oraz Mirę Zimińską-Sygietyńską zawieziono do Otwocka. Pokazano im tam dwie małe wille i próbowano przekonać, że to idealne miejsce dla „Mazowsza”. – „A może byście tu umieścili zespół?” Profesor Sygietyńki obejrzał skrupulatnie proponowane obiekty. „Owszem, domki ładne. Na stojąco to nawet byśmy się zmieścili, tylko czy i spać mamy na stojąco?” – pytał – opowiadał Kruk.W ten sposób, po naprawdę długich bojach, przyszli członkowie „Mazowsza” trafili pod dach pałacyku w Karolinie. Zjeżdżali się z całej Polski. Niektórych na wsiach wyszukał sam Sygietyński, inni byli dowożeni sami. Wszyscy z okolicznych mazowieckich miasteczek oraz wsi. Mirze i Tadeuszowi w poszukiwaniu młodych talentów pomagali Henryk Wiśniewski, organista z Klembowa oraz jego żona Teresa.Niektórzy, a zwłaszcza dziewczęta, przyjeżdżali z posagiem. Tym wianem były stroje, tańce oraz przyśpiewki. – Basia Milewska z Niecborza w powiecie ciechanowskim w tym posagu przywiozła piosenkę „Kawaliry”. Nauczyła się jej od Kurpiów, którzy zjeżdżali do jej wsi podczas żniw i wykopów. Z podobnym wianem zjechała Lidka Włodarska z Płońska, która była kolejarską córką – wspominał Kruk.„Zaśpiewaj to Lidka jeszcze raz”– Kiedyś podczas sprzątania pokoju w Karolinie nuciła piosenkę, której nauczyła się od swej 80-letniej babci. Ta zaś śpiewała tę piosenkę dworskich dziewcząt jeszcze w ubiegłym wieku (XIX – przyp. red.). Korytarzem przechodził profesor Sygietyński. Przystanął, posłuchał. Wszedł do pokoju dziewcząt. „Zaśpiewaj to Lidka jeszcze raz”. „Nie zaśpiewam, panie profesorze, bo się wstydzę. Tam są brzydkie słowa”. „Już natychmiast. Sama to mogłaś śpiewać”. Rzeczywiście w piosence były słowa „Odwija się poła, a tu d…goła”. Wstyd wstydem, a zaśpiewać musiała. „Zobaczysz” – obiecywał profesor – „Jeszcze tę piosenkę będziemy śpiewać w obcych językach” – mówił.Rzeczywiście. Wkrótce ta piosenka zrobiła furorę. Nazywała się bowiem „Kukułeczka” i do dziś obecna jest w repertuarze „Mazowsza”.Jak wspomina Kruk chłopcy zamiast posagu, przynosili ze sobą strach. Obawiali się tego, czy przypadkiem nie są za mali. – Miałem wtedy 14 lat i 142 centymetry wzrostu. Wchodząc na dziedziniec, zauważyłem siedzącego mężczyznę na ławce.Podszedłem do niego i zapytałem, czy jest dyrektor Sygietyński. Mężczyzna zastanowił się chwilę, popatrzył na mnie i spytał, a ty może do zespołu? Odpowiedziałem, że tak, wspinając się na palce, aby tym moim 142 centymetrom dodać jeszcze kilka – wspominał.Mężczyzna powiedział, że chwilowo zastępuje Sygietyńskiego i zabrał go na egzamin. Zdał, dostał się, a następnego dnia od kolegi dowiedział, że to był sam dyrektor Sygietyński.Czytaj też: Sejmowe Lato Filmowe. Wakacyjne pokazy klasyki polskiego kina„Kawalerka, proszę opuścić pokoje dziewcząt”„Mazowsze” powołano do życia 8 października 1948 roku. Zanim po raz pierwszy członkowie zespołu stanęli na scenie, rozpoczęły się zajęcia – pierwsze spotkania z fortepianem, skrzypcami, nauka solfeżu, czyli czytania nut głosem a przede wszystkim pierwsza nauka piosenek. Większość młodych artystów pochodziła ze wsi, miasto było reprezentowane nielicznie. Rozstrzał wiekowy ogromny od dzieci po prawie dorosłych. Nie obywało się bez kłopotów natury towarzyskiej.Profesor Sygietyński mieszkał w Warszawie. Gdy opuszczał Karolin, jak wspominał Kruk, swoją „wysłużoną cytrynką” wszyscy przedstawiciele „płci brzydkiej” pilnie wypatrywali tego momentu. – Gdy „dziadek” wyjechał, a tak nazywano profesora Sygietyńskiego, rozległ się radosny krzyk. Zamilkł Bach. Po schodach rozległ się tupot młodych nóg. Trzasnęły jedne, drugie drzwi. Nagle rozległ się stanowczy głos: „Kawalerka, proszę opuścić pokoje dziewcząt”. Padł blady strach – wspominał Kruk.Trzech chłopców zostało wezwanych na rozmowę, dostali pieniądze na drogę i nakaz opuszczenia zespołu. Okazało się, że Sygietyński odjechał samochodem kilka metrów od pałacyku i wrócił piechotą, bo chciał zobaczyć, co też jego podopieczni robią pod jego nieobecność.– Następnego dnia, gdy wszyscy zbierali się na zajęciach, trzej winowajcy, dzierżąc w rękach walizki, żegnali się z kolegami i wybrankami serc. „A wy, dokąd?” – zagrzmiał na korytarzu głos profesora Sygietyńskiego – wspominał Kruk. Kazał im natychmiast wracać na zajęcia, tylko się nie spóźnić.„Za następne wieczory, takie jak dziś. Dzieci, wygraliśmy”Po dwóch latach intensywnych prób „Mazowsze” po raz pierwszy zaprezentowało się na scenie. Debiut dla 100 członków zespołu odbył się 6 listopada 1950 roku na deskach Teatru Polskiego w Warszawie. Nie obyło się bez tremy i ogromnych nerwów, ale wszystko poszło bardzo profesjonalnie. Nie brakowało gromkich braw, a po występie uczty. Artyści pili wino rozcieńczone sokiem. – Profesor Sygietyński nigdy nie wygłaszał długich przemówień. Tym razem pobił rekord krótkości. Całe jego przemówienie składało się z kilku słów: „Za następne wieczory, takie jak dziś. Dzieci, wygraliśmy” – opowiadał Kruk.W prasie pojawiły się pierwsze recenzje. Wilhelm Mach w „Nowej Kulturze” pisał tak: „(…) przytoczę tylko jedną opinię, inaczej i w innych wymiarach się liczącą. Po zapuszczeniu kurtyny, gdy umilkły długie oklaski, zabrzmiał wśród ciszy z głębokiego westchnienia dobyty okrzyk jeszcze. »Ale było ładnie«. Tak zawołał najmłodszy widz, czteroletni synek jednego z zaproszonych gości. Dostał duże brawa za tak zwięzłą recenzję”.Spod pióra Macha pady również takie słowa: „Drogie Mazowsze, do Was wprost zdanie ostatnie. Z podziękowaniem i z życzeniami. Z podziękowaniem za tak piękną lekcję sztuki nowej. Sztuki, która darzy wiarą i ufnością, która utwierdza miejsce narodu wśród ludzkości i miejsce człowieka wśród narodu. Z życzeniami, byście jak najpełniej potwierdzili nadzieję i przeczucia, jakie budzicie. Byście się stali naszą wspólną, powszechną radością i dumą, i żeby milionowy widz, słuchacz, odpowiedział wam w swych uczuciach i myślach. Podobnie jak wasz chór odpowiada małej, jasnowłosej solistyce”.Premiera była początkiem pracowitego okresu dla zespołu. „Mazowsze” zaczęło występować w kraju i za granicą.Czytaj też: Eurowizyjny debiut. Kanada wystąpi w konkursie w 2027 rokuPod poduszkę kładł cukierka lub czekoladę, gdy ktoś dobrze zaśpiewał„Mazowsze” odwiedziło większość krajów europejskich, w tym m.in. Francję, Hiszpanię, Portugalię czy Włochy, wyruszając także za ocean. Gdy występowali w kraju, bywało, że wejście do sal, w których występowali, musiał otaczać kordon policji. Na jeden z takich występów w Łodzi o mały włos nie zostałby wpuszczony sam Sygietyński. Co sprytniejsi miłośnicy „Mazowsza” szturmowali nie tylko drzwi, ale i okna.5 stycznia 1954 roku twórcy zespołu wzięli ślub. Ich małżeństwo nie trwało jednak długo. W 1955 roku w zespole zapanowała żałoba. W maju tego roku Tadeusz Sygietyński zmarł na raka płuc. Jak wspominali ci, którzy byli świadkami tego odejścia w Karolinie, nigdy nie panowała taka cisza. Sygietyński nazywany był przez żonę czarodziejem. Gdy zrobił gest, wszyscy go kochali. Choć był nerwowy i surowy, potrafił docenić. Jego ujmującym gestem było położenie pod poduszkę cukierka albo czekolady, gdy ktoś dobrze zaśpiewał. W czasach PRL słodycze były dobrem luksusowym.Sygietyńska nie chciała słyszeć o emeryturze. Miała ponad 2430 dni niewykorzystanego urlopuPo śmierci męża Mira Zimińska-Sygietyńska nie poddała się. Choć władze chciały rozwiązać „Mazowsze”, postanowiła, że nie da zniszczyć tego, co wraz z mężem powołali do życia i traktowali jak dziecko.Przejęła kierownictwo w zespole, a od 1957 roku do swojej śmierci w 1997 roku była jego dyrektorem. Żyła „Mazowszem”. Nie chciała słyszeć o emeryturze. Miała ponad 2430 dni niewykorzystanego urlopu.„Miałam w swoim życiu dwie wielkie miłości: teatr i »Mazowsze«. Nie ma miłości bez goryczy. Dopiero gorycz zawodu, rozczarowań, pokonywania trudności nadaje jej smak, czyni ją wielką. Tak było i w moim przypadku – zarówno z teatrem, jak i z »Mazowszem«. Powiem szczerze: los był dla mnie łaskawy, że dał mi te dwie miłości” – pisała w książce „Druga miłość mojego życia”.„Chcemy się przekonać, czy ziemia jest naprawdę okrągła”„Mazowsze” potrafiło w ciągu 6 tygodni dać 42 występy. W Chinach ich wielkim przebojem stała się piosenka „Przeleciał ptaszek”, a w Wielkiej Brytanii jeden z solistów poprosił do tańca samą królową Elżbietę II. Antoni Wasilewski, przebywający wówczas jeszcze w Londynie, dziennikarz, satyryk i karykaturzysta, wspominał, że angielską Polonię, ogarnął istny szał.Mira Zimińska-Sygietyńska pytana o występy na świecie, mówiła: „Chcemy się przekonać, czy ziemia jest naprawdę okrągła”.„Rodacy po kilka razy chodzą na Mazowsze. Za każdym razem kupują droższe miejsca, by móc być bliżej haftowanych kiecek. Przynoszą nawet lornety polowe. Po 17 latach pobytu w Wielkiej Brytanii nic się nie zmienili. Już nie krzyczą, po prostu wrzeszczą ochrypłymi głosami: Jeszcze, jeszcze, mało, bis, bis, bis, na odwyrtkę, repeta”. On sam na występach „Mazowsza” w Londynie był 27 razy. „Ja szaleję za ich muzyką, śpiewem, tańcem i kieckami” – pisał.Wśród artystów „Mazowsza”, które stały się gwiazdami, byli Irena Santor, Lidia Korsakówna, czy Stanisław Jopek. Temu ostatniemu Mira Zimińska-Sygietyńska kazała nauczyć się piosenki. – Uczył się. Z domu nadszedł alarmujący list: „Wracaj, w polu dużo roboty”. Z pierwszej pensji posłał do domu pieniądze zamiast powrotu. Uczył się gorliwie – wspominał Kruk. Jego popisowym numerem stała się piosenka „Furman”, w której padają słowa: „Hej wio! Hetta wio! /Hejta stary, młody jary!”.Jerzy Waldorff, wybitny polski krytyk muzyczny, nazwał „Mazowsze” perłą w koronie Rzeczypospolitej. Do dziś zespół uchodzi za Ambasadora Polskiej Kultury i wciąż ma ogromne rzesze fanów.„Każde, nawet dalekie marzenie może się przybliżyć, kiedy mamy kochającą [nas] publiczność i ludzi, z którymi dzielimy pasję” – zwykł mawiać Tadeusz Sygietyński.Czytaj też: Profesor, aktor Spielberga i kierownik najbardziej znanego „expressu”