Opolska komentuje. W piątek 3 lipca w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie prezydenckiego projektu nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej oraz Kodeksu karnego. W projekcie znalazły się między innymi regulacje dotyczące tak zwanego banderyzmu oraz zbrodni popełnionych przez Ukraińską Powstańczą Armię. Debata miała miejsce w momencie wyjątkowo napiętych relacji polsko-ukraińskich. Wszystko zaczęło się zaostrzać kilka tygodni temu, kiedy prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek ukraińskiej armii imię bohaterów UPA. Później prezydent Karol Nawrocki zdecydował o odebraniu mu Orderu Orła Białego, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że Wołodymyr Zełenski nie pojawił się w Gdańsku na konferencji poświęconej odbudowie Ukrainy.Do tego dochodzi impas dotyczący porozumienia o przekazaniu przez Polskę samolotów MiG w zamian za dostęp do ukraińskich technologii dronowych. Proces utknął, ponieważ Ukraina nie przekazała dotąd uzgodnionych technologii. Oliwy do ognia dolała również środowa decyzja ukraińskiego parlamentu o utworzeniu tak zwanego Panteonu Narodowego, upamiętniającego bohaterki i bohaterów Ukrainy.Czytaj też: Ukraina mogła stracić nawet trzy myśliwce w ciągu dobyAntyukraińskie nastroje I choć na wstępie chciałabym po raz kolejny podkreślić, że uważam decyzję Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek ukraińskiej armii imienia bohaterów UPA za błędną, szkodliwą i krzywdzącą wobec polskiego sojusznika, to jednocześnie warto dostrzec szerszy kontekst tego, co dzieje się dziś w Polsce. Antyukraińskie nastroje, które z dość oczywistych powodów socjologicznych narastają w piątym roku wyczerpującej wojny prowadzonej przez Ukrainę z Rosją, od wielu miesięcy są wykorzystywane przez część polityków do budowania popularności i politycznego kapitału. Najpierw robiły to środowiska skrajne i politycy tacy jak Grzegorz Braun, od którego po negowaniu Holokaustu i wielu innych skandalicznych wypowiedziach trudno oczekiwać odpowiedzialności, ale dziś coraz częściej sięga po nie również Prawo i Sprawiedliwość.To o tyle ciekawe, że mówimy o partii, która sprawowała władzę w momencie rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji i która w pierwszych tygodniach wojny bardzo mocno zaangażowała się w pomoc Ukrainie. Oczywiście można dyskutować, na ile postawa rządu Mateusza Morawieckiego była konsekwencją własnej strategii, a na ile odpowiedzią na niezwykłą mobilizację polskiego społeczeństwa. To przecież Polacy jako pierwsi pojechali na granicę, otwierali swoje domy, organizowali transport i pomoc dla uciekających przed wojną Ukraińców. Rząd w dużej mierze odpowiadał na społeczne oczekiwania i trudno uznać, że była to wówczas zła decyzja.Co zatem wydarzyło się przez te cztery lata? Co sprawiło, że narracja dotycząca Ukrainy zmieniła się tak wyraźnie, skoro pierwsze oznaki tej zmiany pojawiły się jeszcze na długo przed obecnymi sporami o historię? Zmieniły się przede wszystkim sondaże. Zmieniły się także społeczne emocje, a politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy chcą wrócić do władzy po wyborach w 2027 roku, bardzo uważnie śledzą badania opinii publicznej. Widzą nie tylko niesatysfakcjonujące wyniki PiS, ale również to, dokąd odpływa część ich elektoratu. A trafia ona do Konfederacji czy Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.PiS walczy o wyborców Brauna i Konfederacji Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że w PiS zapadła decyzja, iż o tych wyborców trzeba dziś rywalizować właśnie z Braunem i Konfederacją, właśnie na polu narracji dotyczącej Ukrainy. Jedną z najbardziej wyraźnych emanacji tej strategii była właśnie debata, która odbyła się podczas tegotygodniowego posiedzenia Sejmu.Już w środę głos zabrał Janusz Kowalski, poseł niezrzeszony, jeszcze niedawno związany z Prawem i Sprawiedliwością. I tu warto dodać, że prywatnie Janusz Kowalski jest osobą kulturalną i sympatyczną, jednak kiedy pojawia się na sejmowej mównicy, wchodzi w zupełnie inną rolę. Być może wypowiedzi, które przytoczę, są elementem poszukiwania nowego miejsca na scenie politycznej, już poza strukturami Prawa i Sprawiedliwości.Kowalski mówił między innymi: „Ukraińcy plują Polakom w twarz, a klęczący na kolanach przed Zełenskim Donald Tusk udaje, że pada deszcz. Tak wygląda dzisiaj sytuacja. I polskie państwo musi na tę sytuację zareagować z honorem, ale również pokazać siłę: natychmiast wszystkich Ukraińców poborowych przebywających na terenie Rzeczypospolitej odesłać na Ukrainę i odebrać im prawo pobytu w Polsce. Odebrać wszystkie przywileje Ukraińcom w Polsce. Zresztą zobaczcie na granicę, wyjeżdżają sobie teraz na wakacje, doją polski budżet, 800 plus, służbę zdrowia i wyjeżdżają sobie na wakacje. Niech tam zostaną, wszystkich Ukraińców trzeba odesłać. Zakazać w urzędach, w polskich urzędach pracy obcokrajowcom, Ukraińcom, Białorusinom i Niemcom. Wprowadzić zasadę: polski urząd, polskie obywatelstwo”.W piątek zaś Dariusz Matecki przekonywał: „Dziś Ukraina powołuje tak zwany panteon bohaterów, w którym chcą pochować nazistowskiego kolaboranta Banderę”. Dodawał również, że Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej ani do NATO z „zakrwawionymi widłami”. Z kolei Przemysław Czarnek stwierdził, że nie można tolerować odradzania się na Ukrainie ideologii nazistowskiej, ponieważ stanowi to, śmiertelne zagrożenie dla Polski i przyszłych pokoleń. W podobnym tonie wypowiadał się również Zbigniew Bogucki, szef prezydenckiej kancelarii.Wystąpień było tego dnia więcej i można było odnieść wrażenie, że w sali plenarnej Sejmu zaczęła gęstnieć brunatna mgła. Tezy o odradzaniu się w Ukrainie ideologii nazistowskiej wpisują się w rosyjską propagandę, która od lat jest wykorzystywana przez Władimira Putina jako jeden z głównych pretekstów do ataku na Ukrainę w 2022 roku, właśnie pod hasłem rzekomej denazyfikacji.Czytaj też: Ukraiński historyk: konflikt o UPA ustanie dopiero po zmianie władzyNawrocki zyskujeTymczasem emocje antyukraińskie w polskim społeczeństwie są coraz bardziej widoczne. Rekordowe sondaże zaufania dla Karola Nawrockiego mają niewątpliwie związek z jego decyzją o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. W tym kontekście warto przypomnieć słowa Mariana Turskiego, że Auschwitz nie spadło z nieba, a wszystko zaczyna się od języka. I właśnie dlatego od polityków wszystkich stron sceny politycznej należy wymagać odpowiedzialności za słowo, a nie instrumentalnego podsycania emocji w celu osiągania doraźnych korzyści politycznych, które mogą prowadzić do bardzo niebezpiecznych skutków.Tym bardziej że również w piątek, z inicjatywy strony ukraińskiej, do Polski przybył minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha, który spotkał się między innymi z Radosławem Sikorskim. Rozmowy dotyczyły między innymi prób łagodzenia narastających napięć. Polska i Ukraina mają dziś wspólny interes strategiczny jak rzadko kiedy, związany z bezpieczeństwem i wojną z Rosją Władimira Putina. To Rosja pozostaje realnym zagrożeniem, którego ambicje wykraczają daleko poza Ukrainę. Politycy powinni o tym pamiętać!***Prezydent Karol Nawrocki udzielił wywiadu rzeki prof. Andrzejowi Nowakowi. Fragmenty książki „Skąd się wziął Karol Nawrocki?” zostały opublikowane w serwisie wPolityce, a szczególną uwagę opinii publicznej przykuł zwłaszcza jeden z nich, dotyczący niepokojącego zdarzenia, do którego miało dojść w połowie maja na Dolnym Śląsku.Prezydent wspomina w nim spotkanie w Ząbkowicach Śląskich, podczas którego miał nagle poczuć silne osłabienie. „Jakbym dostał konkretny cios w szczękę. Jakby nagle ktoś wyłączył mi organizm” – relacjonuje. Następnie opisuje sytuację już w autokarze, którym poruszał się w trakcie kampanii. Miało dość tam do utraty przytomności i gwałtownych wymiotów. „W życiu nie miałem czegoś takiego. Autokar, cały garnitur, wszystko kompletnie zabrudzone moimi gwałtownymi wymiotami (...) Mówili, że wyglądało to jak fontanna. Porównywali to do filmu Egzorcysta. Kopałem nogami, rzucało mną, kompulsywnie wymiotowałem” – wspomina prezydent.Karol Nawrocki został otruty?Co istotne, we wcześniejsze części Karol Nawrocki zdaje się sugerować, że zdarzenie mogło nie być przypadkowe. Prezydent zwraca uwagę na „dziwne” zachowanie mediów, które, jak to ujmuje, były związane z jego kontrkandydatem. Miał zwrócić uwagę na nietypowe zainteresowanie dziennikarzy jego przemieszczaniem się oraz na to, że szczególnie koncentrowali się na tym, czy wsiądzie do pociągu między Ząbkowicami Śląskimi a Dzierżoniowem. Czy Nawrocki chce zasiać w czytelniku przekonanie, że sytuacja była ustawiona, a media miały relacjonować chwile jego słabości?Wspomniane fragmenty wywiadu-rzeki naturalnie rodzą szereg pytań. Po pierwsze, dlaczego o tak poważnym i potencjalnie niebezpiecznym zdarzeniu opinia publiczna dowiaduje się dopiero po roku? Po drugie, dlaczego osoby z otoczenia prezydenta, które były wówczas świadkami sytuacji, nie zdecydowały się na natychmiastowe wezwanie pomocy medycznej, skoro relacja wskazuje na stan mogący budzić realne obawy o zdrowie? I wreszcie, czy i w jaki sposób sprawa była wówczas dokumentowana i zgłaszana odpowiednim służbom?Prokuratura Okręgowa w Świdnicy wszczęła już postępowanie mające sprawdzić, czy mogło dojść do narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. I dobrze, bo niezależnie od politycznego kontekstu, tego typu sytuacji nie można bagatelizować.Czytaj też: Ranking zaufania. Nawrocki i Kaczyński na przeciwległych biegunach