Służba w dziale penitencjarnym. Gdy wychodzę z osadzonymi poza jednostkę, zawsze wiem, z kim idę. Sprawdzam skąd są i za co odbywają karę. Muszę wiedzieć, czy jeśli spotkają się podczas zajęć, nic się między nimi nie wydarzy. Bo ktoś skazany za wykorzystywanie seksualne małoletnich nie powinien być w grupie z kimś, kto odsiaduje karę więzienia za zabójstwo. To moja odpowiedzialność, by żadnemu nic się nie stało – mówi w rozmowie z portalem TVP.Info Alicja Piwowarczyk, młodsza wychowawczyni z działu penitencjarnego w Zakładzie Karnym w Płocku. Paula Szewczyk, portal TVP.Info: Zdarzyło się pani usłyszeć od bliskich, że może lepiej byłoby znaleźć sobie spokojniejszą pracę niż bycie wychowawczynią w zakładzie karnym dla recydywistów?Alicja Piwowarczyk: Od mamy owszem, nie raz mówiła: „Ala, daj sobie spokój, po co się narażasz”. Dlatego powiedziałam jej o swoim planie, dopiero kiedy byłam pewna, że się dostałam i że rezygnuję z dotychczasowej pracy na komendzie. Ta w porównaniu z jednostką penitencjarną typu zamkniętego przeznaczoną dla skazanych recydywistów była jednak dużo bezpieczniejsza. Minął rok, odkąd pracuję w Płocku, ale mama zdania na temat mojej pracy nie zmieniła i do tej pory bardzo tę moją decyzję przeżywa. Często dzwoni, pyta, czy wszystko w porządku. I chyba się jej nie dziwię. Gdyby mój syn wybrał zajęcie, które narażałoby jego życie na niebezpieczeństwo, pewnie przeżywałabym to podobnie.Z kolei mąż zawsze mnie wspierał, nigdy nie powiedział: „nie poradzisz sobie” czy „po co ci to”, wręcz przeciwnie. Zachęcał mnie, żebym spróbowała. Gdy nie byłam przekonana, czy przejdę testy sprawnościowe, znalazł osobę, która pomogła mi się do nich przygotować. Jadąc do Warszawy, wiedziałam, że spotkam się z ludźmi dużo młodszymi ode mnie i pewniej bardziej wysportowanymi. Nie chciałam, żeby to zaważyło na tym, czy tę pracę dostanę czy nie. Ćwiczyłam bardzo dużo i to się opłaciło. Byłam w czołówce kobiet z najlepszymi wynikami, mimo że byłam w grupie najstarsza.Już raz o przyjęcie do służby się pani starała? Na studiach z resocjalizacji miałam praktyki w Areszcie Śledczym na Białołęce. Pomyślałam wtedy, że to mogłaby być dobra praca. Niedługo po nich rekrutował właśnie Zakład Karny w Płocku.Czytaj także: Polacy piją za dużo. Ekspert: Są trzy sposoby, by to zmienićBył 2013 rok, kobiet w służbie więziennej nie było wtedy zbyt wiele. I zostałam odrzucona jeszcze na etapie rozmowy wstępnej. Żaden z przeprowadzających ją funkcjonariuszy nie powiedział, że to moja płeć jest problemem, ale jestem filigranowej postury, nie wyglądam na swój wiek, wtedy też nie byłam zbyt pewna siebie. Być może uznali, że się nie nadam, tak to sobie wtedy tłumaczyłam.Poszłam więc wówczas na staż do komendy policji, sprawdziłam się i zostałam. Miało być na krótko, a przepracowałam na komendzie jedenaście lat. Kiedy moje dzieci nieco podrosły, wróciłam do pomysłu pracy w służbie więziennej i za drugim razem zostałam przyjęta. Czemu wtedy na praktykach myślała pani, że praca w zakładzie karnym to dobry zawód? Bo mogłabym mieć wpływ na to, jak osadzeni spędzaliby czas w zamknięciu, mogłabym pomóc im zrobić z tym czasem coś pożytecznego. Marzyłam też, by pracować w mundurze.I dziś ta praca i ten mundur dają mi poczucie wielkiej dumy, satysfakcji. Nie postrzegam tego, co robię, jak zwykłej pracy, tylko właśnie jako służbę. Choć bywa trudna, stresująca, a czasami niebezpieczna. Człowiek jedzie rano do pracy i nie ma pojęcia, co go czeka. Coś sobie zaplanuje, ale plany rzadko udaje mu się zrealizować. Dlatego dzisiaj myślę, że dobrze się stało te jedenaście lat temu. Nie wiem, jak bym sobie wtedy poradziła. Teraz jestem dużo bardziej dojrzała, asertywna i odporna psychicznie. I radzę sobie całkiem nieźle w sytuacjach ciągłego napięcia. Czytaj także: Jego siostra zaginęła 31 lat temu. „To ostatni moment, żeby poznać prawdę” Jak zaczyna się dzień służby w zakładzie karnym? Wchodzę do jednostki, poddaję się kontroli osobistej, strażnik sprawdza też mój plecak. Zostawiam w szafce swoje rzeczy, deponuję telefon – chyba że mam zgodę, by akurat danego dnia go użyć – i przebieram się w mundur. Dopiero wtedy mogę zrobić sobie kawę, usiąść do komputera, sprawdzić kalendarz zwolnień. Choć te robię zwykle z wyprzedzeniem, lubię wiedzieć, kiedy osadzeni kończą odbywanie kary. Mogę udać się do nich wcześniej na rozmowę, upewnić czy mają w czym wyjść na wolność, za co dojechać do domu. Czasem pomagam zorganizować im buty, ubranie czy nawet tak podstawowe rzeczy jak bielizna.W poniedziałki i czwartki mamy dodatkowo odprawy z dyrektorem, muszę się do nich przygotować. Spisuję, co udało mi się w ciągu ostatniego tygodnia zrobić, czy wykonałam wszystkie polecenia z poprzedniej odprawy. A idąc na oddział, sprawdzam, czy w nocy nie było żadnych problemów, czy nikt się nie okaleczył, czy nie było aktów przemocy między osadzonymi. Odbieram też od oddziałowego prośby, które wystawili. Zwykle dotyczą przelewu, wymiany materaca, możliwości wykonania dodatkowego telefonu do bliskich czy rozmowy z psychologiem. To codziennie mnóstwo różnych spraw. I kiedy musi pani wykazać się asertywnością? Kiedy odbywający karę próbują przekraczać granice, których nie powinni. Sama nie palę, ale przybywam z pracownikami, którzy to robią. I często osadzeni próbują na mnie wymusić, bym załatwiała im papierosy. Jeden z nich powiedział mi ostatnio, że jeśli przyniosę mu kilka, „będzie grzeczny”. Co pani wtedy mówi? Że nic z tego! Absolutnie na żadne takie układy nie chodzę. Osadzeni mają przestrzegać zasad nie z powodu tego, że im coś załatwię, a dlatego, że obowiązuje ich regulamin i mają się go trzymać. Chodzenie na najdrobniejsze układy uważam za niedopuszczalne i mam nadzieję, że wszyscy funkcjonariusze myślą podobnie.Czytaj także: Nie ma rąk ani nóg. „Nie zamknę się w pokoju i nie będę płakać”Ja też przestrzegam zasad, mam bezwzględny obowiązek szanować ludzką godność, nie używać względem osadzonych ani przemocy fizycznej, ani psychicznej, jak i nie mogę czerpać – poza pensją – żadnych korzyści ze swojej pracy.Widzę jednak, jak część więźniów nadal usiłuje mnie wybadać. Czasem próbują podrywu czy flirtu. I tu podobnie, od razu tego typu próby ucinam. Mówię wprost, że sobie nie życzę i że jeżeli taka sytuacja jeszcze raz będzie miała miejsce, skończy się notatką służbową z mojej strony. Staram się za wszelką cenę, by nasze rozmowy miały charakter wyłącznie profesjonalny, o czym też osadzonym przypominam. Z żadnym nie poznaję się bliżej, nie przechodzę na „ty”. Zazwyczaj zwracam się do nich po nazwisku albo zwrotem „panie osadzony”. Oni mówią do mnie z kolei „pani wychowawczyni”, nie „pani strażniczko”, bo formalnie jestem młodszym wychowawcą. Co oczywiście nie chroni mnie od sytuacji nieprzyjemnych czy wyzwisk, ale do tych się już przyzwyczaiłam.Zdarza się je pani słyszeć podczas obchodu? Również. Każdą celę muszę zwizytować minimum raz dziennie. Chociaż nigdy nie robię obchodu sama, jest ze mną oddziałowy, czyli funkcjonariusz działu ochrony. To on pobiera klucze do celi i otwiera je, ja do kluczy dostępu nie mam – pobieram tylko jeden do swojego pokoju i radiowęzła – więc nie chodzę po oddziale z wielkim pękiem, jak to widać czasem na filmach. Czytaj także: Latała do Dubaju, a nie miała na czynsz. Walka o eksmisję trwała trzy lataGdy drzwi się otwierają, staram się nie przekraczać progu, chyba że istnieje konieczność, bym podeszła bliżej, czemuś się przyjrzała, ale i wtedy staram się względem osadzonych zachowywać dystans. Wykorzystuję ten moment kontaktu, by też poinformować ich, czy dyrektor zgodził się na przekazane wcześniej prośby. Sama najpierw je opiniuję, bo wiem najlepiej, jak dany osadzony się zachowywał i czy mówiąc potocznie na ten na przykład dodatkowy telefon „zasłużył”. I w zależności od tego, czy zgoda jest, czy nie, reakcje osadzonych na to, co im powiem, też bywają różne. Zdarzają się sytuacje niebezpieczne? Odpukać, ale na razie sytuacja bezpośredniego zagrożenia zdrowia czy życia mi się nie zdarzyła. To o niczym nie świadczy, bo nigdy nie wiem, co komu w danym momencie może przyjść do głowy. Dlatego też w pokoju przy biurku, gdzie czasem rozmawiam z osadzonymi na osobności, mam bezpiecznik, który po naciśnięciu uruchamia tak zwany alarm napadowy. Podobny noszę też przypięty do koszuli, mam go cały czas przy sobie, więc w razie nagłej sytuacji mogę liczyć na interwencję i pomoc. Broni nie noszę, na terenie jednostki jej nie posiadamy. Broń jest wyłącznie w rękach funkcjonariuszy pełniących służbę na pasie – czyli między zakładem karnym a murami, w rękach funkcjonariuszy stojących na wieży i tych, którzy jadą z konwojem.Po to są właśnie testy sprawności fizycznej – nigdy nie wiadomo, kiedy ta siła będzie mogła nam się przydać. Szczęśliwie nie musiałam jej dotąd wykorzystywać i mam nadzieję, że się nie przekonam, czy jako ważąca 60 kg kobieta poradziłabym sobie w starciu ze stukilogramowym mężczyzną. Pani czujność jest większa, gdy rozmawia pani z osadzonym, który na przykład zabił żonę? Chyba nie, osadzony to osadzony. Staram się nie myśleć na co dzień, o tym, co zrobił w przeszłości. Ale jeżeli wychodzę z osadzonymi poza jednostkę, zawsze wiem, z kim idę. Sprawdzam, skąd są, za co odbywają karę obecnie, a za co trafili do zakładu poprzednim razem, muszę mieć o nich mieć pełną wiedzę. Podczas planowania zajęć na terenie jednostki weryfikujemy osadzonych też po to, by kierownik działu ochrony wydał opinię, czy jeśli tych dziesięciu mężczyzn spotka się podczas zajęć kulturalno-oświatowych, nic się między nimi nie wydarzy. Ktoś skazany za wykorzystywanie seksualne małoletnich nie powinien być w grupie z kimś, kto odsiaduje karę więzienia za zabójstwo. Podobnie, nie umieścimy ich obu w jednej celi. Tego typu decyzje podejmujemy na tak zwanych odprawach rozmieszczeniowych. Czytaj także: Życie z HIV. „To po prostu infekcja. Żyję jak wszyscy wokół”Chodzi o bezpieczeństwo obu stron. W zakładzie karnym nic nie dzieje się przypadkiem, wszystkie decyzje muszą być przemyślane. Nie możemy dopuścić, żeby komukolwiek stała się krzywda i to też moja odpowiedzialność, by o to zadbać. Choć teraz jestem głównie wychowawcą do spraw kulturalno-oświatowych. Przybywa u nas siedmiuset osadzonych, a ja dbam o to, żeby mieli co za murami robić.I co im pan organizuje? Właściwie zależy to od mojej inwencji i gotowości instytucji czy fundacji do współpracy. Często są to rozmaite spotkania czy warsztaty w jednostce, ale staram się organizować też jak najwięcej wyjść poza nią. Kilka razy byliśmy na pracach społecznych w schroniskach dla psów, z którymi osadzeni mogą później pospacerować. Ostatnio poszliśmy podziwiać wystawę w Galerii Sztuki.Wtedy wcześniej muszę przygotować całe to wyjście, zaplanować przepustki, porobić raporty. Opuszczenie zakładu przez osadzonego nawet na trzy czy cztery godziny wiąże się z wypełnieniem wielu dokumentów. Dużo też dzwonię, załatwiam.Byliśmy niedawno w kinie na filmie „Ministranci” – jego dyrektor zaprosił nas bez opłat, a właśnie wybieramy się do teatru. Większość osadzonych nigdy wcześniej w nim nie była, więc tym bardziej staram się, by jak najwięcej z kulturą obcowali. To moja ambicja, by – gdy już nas opuszczą – docenili życie zgodne z prawem i normami społecznymi, próbowali coś z nim sensownego zrobić. Doceniają pani starania?Różnie. Ostatnio przygotowałam cykl spotkań w ramach integracji rodzin. Rozmawialiśmy m.in. o tym, jak pobyt ojców w zakładzie karnym wpływa na ich dzieci. Przyjechały do nas partnerki właśnie z dziećmi. Zorganizowałam kolorowanki, kredki, naklejki, nawet bańki mydlane, było naprawdę miło. I wpadłam na pomysł, że pożyczę z ewidencji aparat służbowy, zrobię osadzonym zdjęcia. Niektórzy nie mają z własnymi dziećmi wspólnych zdjęć od lat. Dyrektor się zgodził, na przekazanie ich również. A że nie mogłam zgrać tych zdjęć z dysku i wywołać profesjonalnie poza zakładem, wydrukowałam je w biurze na drukarce. Takie są przepisy. I jeden z osadzonych stwierdził, że jak tak to ma wyglądać, to on tego lipnego zdjęcia nie chce. Zrobił mi o to awanturę. I chociaż sam miał możliwość spotkania się z rodziną, zaczął zniechęcać innych osadzonych do wzięcia udziału w kolejnej edycji. Skończyło się na rozmowie wychowawczej.Było pani przykro?Takich sytuacji jest dużo, to podcina skrzydła. Mój mąż, który również jest w służbie, tyle że w Państwowej Straży Pożarnej, powiedział mi ostatnio „za bardzo się starasz”. I czasem mam dokładnie takie wrażenie, że im bardziej próbuję, tym gorzej wychodzi. A ja tak mam, że nie umieć robić czegoś na pół gwizdka, jak się staram, to na sto procent. Przy najdrobniejszej porażce od razu zastanawiam się, czy w takim razie moje wysiłki mają jakiś sens. Choć z drugiej strony, jeśli jedna osoba jest niezadowolona, a pozostałe doceniają zajęcia, może nie powinnam przejmować się tą jedną? Przecież to nie tak, że cała moja praca idzie na marne.Podam pani jeszcze jeden przykład, wczoraj zorganizowałam u nas zajęcia z przedstawicielem Muzeum Getta Warszawskiego. Mamy z nimi podpisane porozumienie, prężnie działamy. Na liście chętnych było szesnaście osób, prowadzący przyjechali, a na sali ostatecznie pojawiło się siedmiu osadzonych. Czułam się przed pracownikami MGW po prostu niezręcznie. Ciężko nie brać tego osobiście, gdy człowiek się stara i angażuje, a osoby, dla których to robi, zupełnie nie są zainteresowane. Wiem, że nie mam na to wpływu, ale trochę mnie to złości. Nie mogę ich zmusić, zaciągnąć na zajęcia siłą.Wątpi pani czasem w sens resocjalizacji?Służę w zakładzie dla recydywistów, większość osadzonych trafia tutaj co najmniej drugi raz. Czasem żartuję, że skoro tak im w zakładzie źle, to czemu ciągle do nas wracają. Ale nie wątpię w sam sens, po prostu mam lepsze i gorsze dni. Zastanawiam się czasem, jak to jest raz złamać prawo, dostać wyrok, być pozbawionym wolności. Może później faktycznie niektórym ciężko na niej żyć, już tego nie potrafią?Czytaj także: Wpłacili kaucję i czynsz za miesiąc. Właścicielce napisali: Na tym koniecMam jednego podopiecznego, który opuścił oddział trzy miesiące temu. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie, jego deklaracje, jak chciałyby teraz żyć. Przeszedł program readaptacyjny, spędziliśmy wiele godzin na rozmowach. Wierzę w niego mocno. Nie mogę oczywiście z nim nawiązać żadnego kontaktu, nawet nie próbuję, nie wyszukuję go w mediach społecznościowych, żeby się dowiedzieć, co u niego słychać. Ale będę rozczarowana swoją pracą, jeśli kiedyś tu wróci.