Katastrofa ekologiczna. Tony śniętych ryb, a w okolicy odór nie do zniesienia – to skutki opróżnienia Jeziora Pilchowickiego na Dolnym Śląsku. Zbiornik trzeba było osuszyć z powodu remontu zapory. Wędkarze i mieszkańcy mówią o katastrofie ekologicznej, a firma, która odpowiada za prace, tłumaczy, że wszystko przebiegło zgodnie z wytycznymi. Zapora Pilchowicka to nie tylko jeden z najważniejszych tego typu obiektów w regionie, ale też druga co do wielkości i druga najstarsza zapora w Polsce. Od ponad wieku konstrukcja „trzyma w ryzach” rzekę Bóbr. Chociaż w czasie powodzi w 2024 roku zapora spełniła swoje zdanie, to została uszkodzona i wymaga naprawy. Inwestycję realizuje TAURON Ekoenergia, a cała operacja ma kosztować 93 mln zł.Remont wymagał opróżnienia Jeziora Pilchowickiego, największego zaporowego zbiornika w Sudetach. Operacja trwała kilka miesięcy, teraz całkowicie odsłonięto dno jeziora. Okolicznym mieszkańcom ukazał się przerażający widok: tysiące martwych ryb. Dolnośląski serwis wędkarski donosi, że poniżej zapory rzeka przypomina mętną masę, a na jej powierzchni dryfują tony martwych ryb. Nad okolicą unosi się odór, który jest wyczuwalny z odległości kilkuset metrów.Za późno, żeby cokolwiek zrobić. Tony śniętych ryb na dnie Jeziora PilchowickiegoNa początku tygodnia zorganizowano spontaniczną akcję ratowania nielicznych żywych ryb. „Obraz szkód jest przerażający, a zapach trudny do opisania. Przeżyły tylko małe ryby, którym udało się przedostać przez kraty sztolni obiegowej: leszcze, płotki, jazie, okonie, węgorze. Przyjechaliśmy zdeterminowani, by zrobić cokolwiek dla zmniejszenia strat, choć wszyscy wiemy, że to o wiele za późno” – napisali w mediach społecznościowych wędkarze z Koła PZW Grodzkiego.Ich zdaniem największy problem stanowił termin osuszania jeziora. Podczas ostatniego etapu prac panowały ogromne upały, a temperatura samej wody miała sięgać nawet 30 stopni Celsjusza. Niepokój budzą też osady denne, które po opróżnieniu zbiornika zostały naruszone i spłynęły do koryta rzeki.Firma Tauron Ekoenergia, która odpowiada za remont zapory, przekonuje, że działania były nadzorowane między innymi przez ichtiologów i instytucje ochrony środowiska. Dodaje, że odłowy były prowadzone od miesięcy.„Podejmujemy działania, aby minimalizować straty w ekosystemie, jednocześnie wielokrotnie informowaliśmy publicznie i otwarcie, że przy takiej skali operacji i uwarunkowaniach zbiornika nie ma możliwości, aby odłowić wszystkie ryby. Na skalę zjawiska dodatkowo wpłynęły ponadnormatywne upały i ilość namułów na dnie zbiornika” – czytamy we wpisie firmy w mediach społecznościowych.Minister środowiska: będą oceniać po konkretnych wynikach konkretnej kontroli– Będziemy badać, co doprowadziło do tej sytuacji. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska rozpoczyna kontrolę, czy wydane warunki przeprowadzenia tak zwaną decyzją naturową zostały przez inwestora wypełnione. Był wyraźny nakaz: odłowić wszystkie osobniki, zanim woda zostanie spuszczona. Oglądając zdjęcia w internecie, można gołym okiem ocenić, że ten warunek nie został dopełniony, ale ja jako organ muszę to stwierdzić w wyniku kontroli. Będzie kontrola, będą jej wyniki, podzielimy się z opinią publiczną – zapowiedziała w TVP Info Paulina Hennig-Kloska, ministra klimatu i środowiska. Jak dodała szefowa resortu, maź na dnie jeziora jest charakterystycznym zjawiskiem dla zbiorników z wodą stojącą. – Tam niestety gromadzą się zanieczyszczenia, musimy mieć tego pełną świadomość. Natomiast oczywiście były też warunki określające, ile tego i w jakiej gęstości może z wodą przedostać się do polskich rzek – przyznała ministra.Czytaj także: Fala upałów ma swoją cenę. Polska gospodarka traci miliardy