80. rocznica pogromu kieleckiego. Ofiary pogromu miały rany postrzałowe i kłute, większość zginęła jednak na skutek pobicia. – Wymyślanie teorii spiskowych, że to sprawka UB, syjonistów, Sowietów czy nawet andersowców – to próba odsunięcia odpowiedzialności. Mordowali milicjanci, mordowali żołnierze, mordowali nieumundurowani, zwykli ludzie z Kielc – mówi w rozmowie z portalem TVP.Info specjalizująca się w antropologii Zagłady i etnografii przemocy antyżydowskiej profesor Joanna Tokarska-Bakir. Paula Szewczyk, portal TVP Info: 4 lipca 1946 roku w Kielcach doszło do największego w Polsce po II wojnie światowej pogromu Żydów. W „Pod klątwą” – książce analizującej jego przebieg – pisze pani, że jest w tej historii moment, gdy wszystko może się jeszcze odwrócić. Ojciec rzekomo porwanego przez Żydów chłopca zgłasza bowiem w nocy na komisariacie, że Henio się odnalazł, ale zaspany dyżurny każe mu wrócić rano. To znaczy, że tego, co się stało, można było uniknąć?Profesor Joanna Tokarska-Bakir: Trudno spekulować, co by było, gdyby. Pytanie, które pani stawia, to próba uzyskania sprawczości w sytuacji, w której nie ma na nią szans. Nie odwrócimy biegu wydarzeń, ale znając ich tragiczne skutki, chcemy wierzyć, że tak wcale nie musiało być. Rekonstruując przebieg pogromu, w rozdziale „Henio i inni”, cytuję wiersz Zbigniewa Herberta „Nike, która się waha”. Mowa tam o „szali z losem”, która jeszcze się chwieje, przez chwilę mamy wrażenie, że katastrofy da się uniknąć.Jeśli jednak pyta pani, czy gdyby w nocy z 3 na 4 lipca 1946 roku milicjant przyjął zgłoszenie od Walentego Błaszczyka, Kielce przestałyby być antysemickie, a Kielczanie przestaliby nienawidzić Żydów, odpowiedź będzie przecząca. Jeśli nie w tych okolicznościach, to w innych mogłoby dojść w tym mieście do wybuchu antyżydowskiej przemocy.Czytaj także: Psycholog: Psychopata to często człowiek, który żyje pośród nasPogrom był pokłosiem legendy o krwi, ale pani dowiodła, że mord rytualny był raczej usprawiedliwieniem tego, co się stało, a nie przyczyną.Pogłoska o mordzie rytualnym była raczej iskrą, która doprowadziła do eksplozji nagromadzonego wcześniej dynamitu, kroplą, która przelewa czarę. Legendę o krwi przywoływano moim zdaniem po to, by usprawiedliwić niegodziwości, jakie w czasie wojny wyrządzano Żydom: porzucając ich na pastwę Niemców – bardzo nieliczni Polacy im pomagali, a rząd na uchodźstwie nie stawał w ich obronie jako polskich obywateli; zajmując ich mieszkania, denuncjując, zabijając w kieleckich lasach, gdzie ukrywali się jak tropione zwierzęta. Szczegółowo piszę o tym w swoich książkach: „Okrzyki pogromowe”, „Bracia miesiące” i „Pod klątwą”.Atakując Żydów po wojnie, odwracano tę opartą na poczuciu winy przyczynowość: teraz to Żydów piętnowano jako napastników. Choć w kieleckim Urzędzie Bezpieczeństwa w latach 1945-1946 pracowało nie więcej niż tuzin Żydów na kilkuset zatrudnionych, to właśnie ich obciążano za wprowadzenie komunizmu w Polsce, pomijając milczeniem pozostałe 90 procent etnicznych Polaków, którzy się do tego przyczynili, tucząc się w UB. Taką właśnie funkcję ma określenie „żydokomuna” – pozwala nam ich nie widzieć.Polska – będąca ojczyzną polskich Żydów – okazała się dla nich po wojnie krajem wrogim i morderczym. Krajem, który nie chciał przyjąć do wiadomości, że jacyś Żydzi jednak Holokaust przeżyli. Krajem, który skwapliwie pogodził się ze skutkami Zagłady, z niemieckim planem wyniszczenia. W wyzwolonej Polsce nie było wiele lepiej. Oprócz Sowietów nikt nie stawał w obronie atakowanych wszędzie Żydów. Rozmiar tych ataków unaocznia książka profesora Juliana Kwieka „Nie chcemy Żydów u siebie”. Czy można się dziwić, że niektórzy z nich poszukiwali pomocy w UB?Kolejny zarzut kierowany wobec Żydów wiąże się z ich tzw. społeczną widocznością i awansem społecznym. Moment, w którym przyszła Polska komunistyczna – słusznie obwiniana o liczne zbrodnie – i zagwarantowała Żydom równouprawnienie, zburzył społeczny porządek. Z dna drabiny społecznej Żydzi nagle awansowali, teraz mogli pracować w urzędach. Już nie wolno było nimi gardzić za to, że są Żydami. Niektórzy Polacy nie mogli tego znieść.Czytaj także: Co czwarte dziecko doświadczyło przemocy seksualnej. Zwykle krzywdzi bliskiSkoro już przeżyli – mówiąc językiem z tego faktu niezadowolonych – mogli też upomnieć się o swoją własność.Sprawy własności stanowiły jeden z najważniejszych czynników pogromu w Kielcach, bo istniało ryzyko, że ledwo co podniesiony status majątkowy Kielczan zostanie zakwestionowany. Przecież przy tworzeniu w mieście getta i przy tak zwanych akcjach likwidacyjnych Niemcy przekazywali część opróżnionych żydowskich mieszkań w ręce polskich mieszkańców. Obawa, że teraz będą musieli je zwrócić powracającym prawowitym właścicielom, była jak najbardziej realna.Ale do przyczyn pogromu dodałabym jeszcze coś, co nazywam zasobem doświadczenia związanym z wojennym mordowaniem Żydów. To najtrudniejszy do przyjęcia aspekt analizy, bo podkreśla, że wykorzystując zainicjowany przez Niemców proces zwany Holokaustem, Polacy przyłączali się do prześladowania Żydów. Na przykład zabijając ich w lasach, pod pretekstem tak zwanego oczyszczania terenu z maruderów, zbiegów i szpiegów. Mówię też o prześladowaniu Polaków, którzy decydowali się pomagać Żydom, przechowując ich na wsi w swoich gospodarstwach. Denuncjowano ich Niemcom i rabowano kosztowności, którymi Żydzi opłacali to ukrywanie. Mordy na Żydach to przede wszystkim sprawa polskiej prowincji. Pogrom w Kielcach był zatem niejako kontynuacją tego, co działo się wcześniej. I co do dziś stanowi brudny sekret polskiej wsi, do którego nie chcemy wracać.Zaskoczyło mnie w pani ustaleniach stwierdzenie, że najbardziej skłonni do tego, by uwierzyć w mord rytualny, byli rodzice, którzy sami nie opiekowali się swoimi dziećmi.Podaję na to przykłady w książce. Pierwszy dotyczy Antoniny Biskupskiej, idącej 4 lipca na czele grupy Kielczan w stronę Komitetu Żydowskiego przy Planty 7/9, gdzie doszło do pogromu. Szła szukać syna, który gdzieś jej przepadł, ale jednocześnie zostawiła na podwórku drugie małe dziecko bez opieki.Kolejny przykład to milicjant Ludwik Pustuła, który popiwszy sobie wódki – ta płynie kieleckimi ulicami jak rzeka, bo alkohol był sposobem wytrzymywania życia nie do wytrzymania – spotyka na ulicy żonę. Zdenerwowana kobieta mówi mu o jakimś chłopcu porwanym przez Żydów i że ich córki nie ma w domu. Pustuła kieruje się więc prosto na Planty, krzycząc, że Żydzi zabili mu dziecko. Później okaże się, że dziewczynka sprzedawała na dworcu lemoniadę.Czytaj także: Odsiadują karę więzienia, ale chcą się na coś przydać. I odkupić winyNie wiedziałam, że ucieczki – czy nazwijmy to dobrowolne chwilowe zniknięcia dzieci – były wtedy tak częste.Na ich określenie używano nawet stosownego wyrażenia „stlenić się”. Przychodziła wiosna i co rusz jakieś dziecko „stleniało się” z domu, zwykle to byli chłopcy. Uciekali na wieś w poszukiwaniu roboty, za którą mogli dostać coś do jedzenia, szukali możliwości, by się wreszcie do syta najeść. Gdy wracali, dostawali od zmartwionych rodziców porządne lanie. Znalazłam materiały opisujące historię dotyczące Janka Bińkowskiego, lat 9. Uciekł na miesiąc, chodził po wsiach i udając sierotę, w zamian za garnek zupy zatrudniał się do pasienia krów u gospodarzy.Podobnie było z „porwanym” Heniem. Pochodził z rodziny dysfunkcyjnej, ojciec alkoholik, matka niezaradna, karmiła dzieci tym, co udało się jej wyżebrać. Jedno oddali zresztą do ochronki, drugie – jak wówczas się mówiło – upośledzone, popełniło później samobójstwo. To była rodzina, którą nikt się nie zajmował, łącznie z kościołem. Było powojnie, nikt nie miał głowy do takich rzeczy jak pomoc społeczna. Nie było w tym domu jedzenia, ale była wódka i bicie. I Henio chciał od tego uciec, marzył, żeby najeść się śmietany i wiśni. W protokołach z jego przesłuchań głód pojawia się jak refren, chłopak podkreśla każdą sytuację, w której udawało mu się go zaspokoić.Wrócił i wymyślił bajkę o złym Żydzie, żeby ojciec nie zlał go pasem?Tylko tyle i aż tyle. Bo nie ma żadnych, ale to najmniejszych dowodów, że Henio Błaszczyk został przez kogoś do kłamstwa namówiony. Przez dekady stawiano wiele takich hipotez, ale dowodów na żadną nie znalazłam.Czytaj także: „Raj dla cwaniaków”. Bez zmiany prawa dzicy lokatorzy pozostaną bezkarniWymyślanie wszystkich tych teorii spiskowych co do pogromu kieleckiego – że to sprawka UB, syjonistów, Sowietów czy nawet andersowców – było wyłącznie próbą odsunięcia od siebie odpowiedzialności. Od Kielczan, grupy odniesienia, z którą się identyfikujemy. Bo cokolwiek byśmy nie mówili, pogrom ten stanowi obciążenie dla naszej zbiorowej i indywidualnej świadomości. Przeraża nas fakt, że grupa Polaków w biały dzień mogła tak po prostu zaatakować i wymordować Żydów ocalałych z Zagłady, z kobietami w ciąży włącznie. A tylko na to dowody są. Na to, że mordowali milicjanci, mordowali żołnierze, mordowali zwykli, nieumundurowani ludzie z Kielc.Ci mundurowi, którzy zostali wysłani do opanowania sytuacji, nie wiedzieli, czy mają bić, czy bronić atakowanych Żydów?To odzwierciedla poziom wyszkolenia ówczesnej milicji. Bo brali do niej wówczas wszystkich, którzy się zgłosili, by uniknąć wojska. Każdy szedł do służb, bo liczył, że będzie miał z czego żyć. Ludzie nie mieli wtedy gdzie mieszkać, w co się ubrać, czym rozpalić w piecu. A tu dach nad głową, stołówka, sorty mundurowe, przydział węgla. I władza. Bo udowodniłam w książce, że wśród tych milicjantów z pogromu byli też i ci, którzy będąc w czasie wojny w formacjach podziemnych, zabijali Żydów. Szczególnie wstrząsające było dla mnie rozpoznanie w tle pogromu kilku do dziś czczonych weteranów Batalionów Chłopskich, takich jak bracia Jaroszowie z Przewłoki. Mamy dowody, że w czasie wojny seryjnie zabijali Żydów.Bo nawet jeśli jacyś zasłużeni dowódcy partyzantki sami tego nie robili, często przymykali oko na to, co członkowie ich oddziałów robią w nocy na własną rękę. Bandytów wyprawiających się na Żydów tolerowano, bo łatwiej było nad nimi zapanować, mając ich pod sobą. Subordynowanie ich i włączenie do własnego oddziału było z praktycznego punktu widzenia bardziej opłacalne, niż pozwolenie, by chodzili wolno. Dzięki temu po prostu nie stanowili zagrożenia.Po wojnie ci sami ludzie wchodzili do milicji, gdzie mogli kontrolować rozliczenia. I zacierać ślady. Jeśli jakiś Żyd wrócił i próbował zgłosić, co stało się jego rodzinie, łatwo było go zastraszyć i uciszyć. Choć przedstawia się ją w bieli i czerni, historia Polski w 1945 roku jest wyjątkowo skomplikowana. Potomkowie bohaterów mojej książki niechętnie do niej wracają. Musieliby zmienić zdanie o ojcach i dziadkach. O tym, kto był ofiarą, a kto sprawcą.Ofiary pogromu miały rany postrzałowe i kłute, jednak większość z nich zginęła na skutek pobicia. Ciosy zadane ofiarom były tak brutalne, że kilku ciał do dziś nie udało się zidentyfikować. Dlaczego tyle było w tym makabry? Dlaczego trzeba było wyrzucić z okna kobietę w ciąży? Masakrować twarz łopatą, wybić wszystkie zęby?Czytaj także: Psycholożka: Pieniądze nie dają szczęścia, ale zmniejszają nieszczęścieTo jest nienawiść, proszę pani. Gdybym miała użyć języka fizjologii, powiedziałabym: uruchomienie układu limbicznego w części mózgu zwanej gadzim. Pierwotny instynkt w momencie nasilonych emocji: gniewu, zemsty, oburzenia, rewanżu. W przypadku mordowania Żydów to odpowiednie określenia, bo na polskiej wsi tłumaczono, że zabijając, „ktoś się nad ofiarą pomścił” – tak w ludowej polszczyźnie opisywano niezrozumiałe zbrodnie. A do Żydów zarzuty łatwo się przyklejają – co najmniej od czasów „bogobójstwa”.Tak więc na wieść, że w mieście dzieje się dzieciom z rąk Żydów krzywda, część Kielczan wyłączyła racjonalne myślenie. Plotka, że w piwnicy przy ulicy Planty 7/9 leżą „główki pomordowanych dzieci” poniosła się w błyskawicznym tempie, bo trafiła na podatny grunt. Nie liczyło się już, że w tej kamienicy żadnej piwnicy nie ma. Przy braku reakcji służb i władz lokalnych wystarczyły puszczone swobodnie emocje.A władze centralne, bardzo słabe, pozbawione poparcia, miały na głowie ważniejsze sprawy niż jakiś tam pogrom przeciwko Żydom. W kraju toczyła się wojna domowa. Z Warszawy miesiąc wcześniej przychodziły ostrzeżenia, by liczyć się z możliwością powstania antykomunistycznego. Wszyscy bali się o swoje stołki. Najmniej istotni w tej sytuacji byli jacyś tam Żydzi. Władze postrzegały pogrom w Kielcach jako skierowany przeciwko nim. W oknach Komitetu Wojewódzkiego PPR ułożono worki z piaskiem.W całej tej sprawie na każdym kroku spotykamy coś, co na własny użytek nazywam biedą ludzką. Nie chodzi tylko o aspekt materialny, ale, by tak rzec, o stan duszy. O ludzi, którzy poszukiwali dla siebie jakiegoś lepszego miejsca do życia, a to, które wyznaczyła im historia, było naprawdę kiepskie. Ledwo skończyła się wojna, stracili bliskich, właściwie nie mieli nic. Byli w złej sytuacji, którą tylko pogorszyli, przyłączając się do pogromu.Dlaczego pani to mówi?Dlatego, że współczuję Kielczanom. To nic dobrego znaleźć się w takiej sytuacji.A co z tymi, którzy zginęli? Też nie mieli nic. Cudem ocaleli z Zagłady, a zostali tuż po niej okrutnie zabici.Czytaj także: Romska społeczność mówi „nie” stylizacji Justyny Steczkowskiej na „cygankę”A pani uważa, że jedno wyklucza drugie? Nie usprawiedliwiam sprawców. Książka „Pod klątwą” jest jedną z najsurowszych ocen pogromu kieleckiego. Rozbrajam w niej teorie spiskowe i podważam wszystkie okoliczności łagodzące. Zwracam uwagę, jak nędzne motywacje mieli mordujący, którzy zrobili coś nie tylko Żydom, ale także sami sobie, sprowadzając na siebie tytułowe przekleństwo. Trzeba być w niezłej moralnej regresji, by hasło „bij Żyda” uruchomiło w nich ten gadzi mózg, któremu pozwolili wodzić się za nos. To nie usprawiedliwianie, to jeszcze bardziej pogrąża sprawców.Często mówimy i piszemy: „motłoch”, „szmalcownicy”, „wyrostki”, „tłum”. A na Planty 7/9 ruszyli po prostu przeciętni obywatele?Użyte słowa odzwierciedlają nasze poglądy. Jeśli o mordujących powiem „motłoch”, odsunę odpowiedzialność od ludzi, z którymi się identyfikuję. Z „motłochem” trudniej się utożsamić.Ale na Plantach mordował nie tylko motłoch, jeśliby w ten sposób kogoś opisywać, na przykład robotników Ludwikowa czy kieleckiej dzielnicy Pocieszki. Była tam i ekspedientka, która widząc zbierających się ludzi, zamknęła swój sklep, i harcerze, i strażacy, i ojciec, który kazał córce pilnować roweru, bo sam chciał dołączyć do pogromu. Był strażnik, była nauczycielka, sugerująca sprawdzanie, kto jest obrzezany. Był mąż zmierzający do żony do szpitala. Na Plantach znajdujemy przekrój społeczeństwa kieleckiego.Uderzyło mnie, że Kielczanie dopiero co doszli pod kamienicę, a już napychali sobie kieszenie grochem i cukrem stojących w Komitecie paczek żywnościowych dla ocalałych. Co to miało wspólnego z Heniem?Zupełnie nic, ale wiele wspólnego z uwolnionym układem limbicznym, poczuciem, że teraz wolno wszystko.Czytaj także: Rak zaatakował 4-letniego Adasia. „Miałam przygotować się na koniec”Kielce – podobnie jak Rzeszów, Radom, Kraków, w których również doszło do pogromów na przełomie 45 i 46 roku – to jednak duże ośrodki miejskie. Nie znalazł się nikt, kto chciałby pogrom powstrzymać?Dzięki Miriam Machtynger, która przeżyła, wiemy o starym dozorcy, który wygrażał krzyżem pogromszczykom, krzycząc: „Ludzie, tu nie ma żadnych piwnic!”. Powtarzał jej też raz po raz: „Jezus cię ocali”, co ją strasznie irytowało. Nie mam pewności, czy ten dozorca przeżył ani jak się nazywał. Jedna niezidentyfikowana ofiara pogromu nie była obrzezana.Był też jeden profesor, były więzień obozów koncentracyjnych. Po latach zgłosił się do IPN jako świadek. Zeznał, że był przerażony tym, co zobaczył. I że takiego zezwierzęcenia nie widział nawet w czasie wojny. Musiał się bać, tak samo jak i przyglądający się pogromowi ksiądz, który stał biernie, bojąc się odezwać. Te świadectwa też są ważne, bo pokazują sprzeciw i potępienie, choć zabrakło działania.Jeden ze sprawców z kolei, z zawodu ślusarz, został skazany na 23 lata więzienia, odsiedział cały wyrok. Dostałby zapewne karę śmierci, gdyby był oskarżony w pierwszym procesie, tydzień po pogromie. Sąd wydał wówczas dziewięć wyroków śmierci, co miało działać odstraszająco. Ale ów ślusarz sądzony był już jesienią. Jego przybrany syn napisał do mnie po publikacji „Pod klątwą”. Pierwszy list brzmiał tak: „Nie znam pani książki, ale zastanawiam się, co musiało mojemu ojczymowi zrobić UB, żeby kogoś zamordował, o ile to zrobił?”. W sprawie tego ślusarza, który sam przyznał się, że zabił kogoś kołkiem, są żelazne materiały, mam grubą teczkę wypełnioną opisami tego, co robił też w czasie wojny. Przesłałam ją jego synowi, prosząc, by odezwał się po lekturze. Po roku wysłał mi wiadomość: „Wie pani, to jednak było straszne”. Uznałam, że proces jest zakończony, że on już rozumie. Tak, to robił ktoś mu bliski. Nie żadne UB i nie nikt inny.W „Amnezji”, filmie dokumentalnym Jerzego Śladkowskiego z 2015 roku, wnuk mężczyzny, który brał udział w pogromie kieleckim, pyta matki, co o czynach dziadka wie. Ona zarzeka się, że nic, bo w domu nikt o tym nie mówił. Bohater docieka: „Nie wiedziałaś, mamo, czy bardziej nie chciałaś wiedzieć?”. I tu zapada cisza.Czytaj także: DDA: Mój ojciec po 10 piwach dopiero zaczynał picieBo łatwiej napisać do profesorki dekady później, żeby wycofała z książki niepochlebną informację o rodzinie, niż z tą rodziną usiąść przy stole i otwarcie porozmawiać. Ale wejdę raz jeszcze w rolę adwokatki diabła i zapytam panią, co zawiniła ta córka, że miała ojca mordercę? Wyobraża sobie pani, jak byłaby pani nieszczęśliwa, gdyby się urodziła w rodzinie sprawcy? Byłaby pani ofiarą polityki historycznej, wmawiającej Polakom, że nie są zdolni do zbrodni. To tę politykę należałoby zaskarżyć do sądu. Bo rządy jeden po drugim wmawiają nam, że naród polski jest narodem szybujących w stratosferze aniołów, a ktokolwiek twierdzi inaczej, jest zdrajcą. Rzadko można też spotkać w szkole nauczyciela, który powie wnukowi czy wnuczce, że co prawda nie są niczemu winni, ale w związku z dziadkiem być może dobrze byłoby się czegoś o tej przeszłości dowiedzieć? Być może w związku z tym mają także jakieś obowiązki?Milczenie matki z „Amnezji” rozumiem tak, że miała z tym ojcem po prostu ciężkie życie, że w domu była przemoc. I ona nie miała głowy do cudzego cierpienia, bo skupiła się na własnym. Dlatego jej syn chce o tym mówić, żeby jej życie było lepsze, żeby lepsze było także jego życie i ich relacja. Wie, że bez tego nie pójdą do przodu. Matka nie łączy tych faktów. W tym właśnie wyraża się klątwa, nieszczęście, które przychodzi do nas, może i niesprawiedliwie, ale trzeba się tą przeszłością zająć. Bez tego mechanizm będzie się tylko pogłębiał. Gdy ktoś mówi: „Nikt nigdy nie zajmował się moimi nieszczęściem. Dlaczego ja mam się zająć cudzym?”. Odpowiedź jest paradoksalna: może właśnie dlatego?Czytaj także: Społeczeństwo zmęczenia. Coraz więcej obowiązków, mniej poczucia sensuJoanna Tokarska-Bakir – antropolożka kultury i religioznawczyni, profesor nauk humanistycznych, pracuje w Instytucie Slawistyki PAN, jest członkinią-korespondentem PAN. Specjalizuje się w antropologii Zagłady i etnografii przemocy antyżydowskiej. Autorka takich książek jak Rzeczy mgliste. Eseje i studia (2004), Legendy o krwi. Antropologia przesądu (2008), Okrzyki pogromowe. Szkice z antropologii historycznej Polski 1939-1946 (2012); monografii Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego (2018), Bracia miesiące. Eseje i studia (2020); oraz Kociej muzyki. Chóralnej historii pogromu krakowskiego (2024). Paula Szewczyk – reporterka, podejmuje tematy społeczne. Nagrodzona Koroną Równości KPH, nagrodą NGO Hero i Journalism Excellence Award, wyróżniona przez Amnesty International w konkursie „Pióro Nadziei”. Autorka książki „Ciała obce” (wyd. Agora)Napisz do autorki: paula.szewczyk@tvp.pl