Wywiad z doktorem prawa kanonicznego. „Bywa, że nie zdrada niszczy sakrament małżeństwa. Bywa, że rodzice jednego z małżonków robią to skuteczniej” – mówi Michał Poczmański, doktor prawa kanonicznego, adwokat kościelny, ale także świecki prawnik. Fragment książki „Zgotuję ci piekło. Jak rozwodzą się Polacy” Pauliny Sochy-JakubowskiejCzy głośny „rozwód kościelny” Jacka Kurskiego, który po ponad dwóch dekadach małżeństwa doprowadził do unieważnienia go, przetarł szlaki innym? Otworzył jakąś drogę? Ułatwił sprawę?Celebryci od czasu do czasu wyznaczają trendy, oswajają nas z jakimś tematem czy – jak pani powiedziała – przecierają szlaki. Zresztą to nie tylko Kurski. Wcześniej byli to Cezary Pazura czy Beata Pawlikowska, choć akurat Jacek Kurski pokazał opinii publicznej, że nawet po dwudziestu czterech latach małżeństwa i z trójką prawie dorosłych dzieci można przejść tę procedurę.Pamiętam, jakie wtedy argumenty podnoszono. Że nagle, po takim czasie, przypadkiem po wejściu w nowy związek, pan Kurski uznał, że w dniu ślubu istniały przesłanki, by tego ślubu nie brać.Stwierdzenie nieważności małżeństwa to faktycznie uznanie, że z punktu widzenia prawa kanonicznego to małżeństwo nigdy nie zaistniało. Sąd kościelny bada wyłącznie moment zawarcia ślubu, a nie to, co wydarzyło się później.To, że dzieci uniemożliwiają stwierdzenie nieważności małżeństwa, to najczęstszy mit, o jakim słyszę w kontekście procedury. Sąd nie ocenia bowiem ani przebiegu małżeństwa, ani jego „owoców”, lecz wyłącznie to, czy w dniu ślubu obie strony były zdolne i czy rzeczywiście chciały zawrzeć małżeństwo zgodnie z nauką Kościoła. Ale jednocześnie sytuacje, w których ktoś z góry wykluczał istotne elementy małżeństwa – na przykład potomstwo – mogą być powodem do stwierdzenia nieważności małżeństwa. Nawet jeśli oboje małżonkowie byli w dniu zawierania ślubu zgodni, że nie chcą dzieci, z punktu widzenia Kościoła oznacza to nieważnie zawarty sakrament, ponieważ nie ma tu „wolności umów”, małżeństwo musi być otwarte na życie.Czytaj też: Rozwody także poza sądem. Posłowie przyjęli nowe rozwiązaniePewnie zdaje pan sobie sprawę, że będę pytać o najciekawsze „rozwody kościelne”.W Kościele nie ma czegoś takiego jak rozwód. Sakrament jest zawierany na całe życie. Co najwyżej możemy mówić – jak wcześniej wspomniałem – o stwierdzeniu nieważności małżeństwa. Skoro pyta pani o najciekawsze przypadki, to czasem są to historie ludzi bardzo, bardzo wierzących – takich „świętszych od papieża”. Chodzi o osoby, które w ogóle nie uznają możliwości stwierdzenia nieważności małżeństwa.Procedura ta w Kościele jest w pełni legalna, opisana w Kodeksie Prawa Kanonicznego i wielokrotnie potwierdzana przez papieży. Obowiązujący kodeks z 1983 roku został promulgowany przez samego Jana Pawła II, dla wielu absolutny autorytet. Ale mimo to są ludzie, którzy tego nie uznają.To znaczy: jedno z małżonków nie uznaje. Tak, a drugiemu zależy także na tym kościelnym rozstrzygnięciu. Sama możliwość stwierdzenia nieważności jest młodsza niż sakrament małżeństwa, ale funkcjonuje od bardzo dawna. I opiera się na tym, że każdą czynność prawną – również sakrament – można zawrzeć nieważnie, czyli niezgodnie z wymaganiami. Dlatego procedura stwierdzenia nieważności małżeństwa w ogóle może być tematem naszej rozmowy.To dopytam o tych „świętszych od papieża”.To ludzie, którzy niezależnie od okoliczności – bez względu na to, czyja była wina, co się wydarzyło – mówią wprost, że absolutnie nie stawią się przed żadnym sądem kościelnym, nie złożą zeznań i nie wezmą udziału w postępowaniu. Ich argument jest zawsze ten sam: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”. Cytują Biblię jak glejt, który ma im przyznać rację i zamknąć temat. Dla mnie to jest o tyle dziwne, że Kościół jest instytucją wielowiekową, rozbudowaną, z ogromną tradycją prawa kanonicznego, doktryną, komentarzami, interpretacjami. Ludzie piszą na ten temat habilitacje, a mimo to ktoś po prostu stwierdza: „Nie da się i koniec”.Zresztą to nie jest kwestia gustu liturgicznego, jak spór o mszę trydencką czy język liturgii. To jest coś znacznie głębszego. W praktyce takie osoby torpedują możliwość dojścia przez instytucje kościelne do prawdy obiektywnej. Pojawia się więc pytanie: co w takiej sytuacji może zrobić druga strona?Ta, której zależy na nieważności? Bo w praktyce to ona jest pokrzywdzona.Jeżeli sąd ma dostęp wyłącznie do informacji pochodzących od jednej strony – na przykład od męża i jego świadków – a druga strona nie tylko się nie stawia, lecz jeszcze wpływa na świadków, żeby się nie pojawili, to sąd nie ma wystarczających podstaw, by stwierdzić nieważność małżeństwa. Proszę pamiętać, że dwoje z trojga sędziów musi mieć moralną pewność, że małżeństwo zostało nieważnie zawarte. Zatem jeśli sędziowie tej moralnej pewności nie mają, obowiązuje domniemanie ważności i małżeństwo zostaje uznane za ważnie zawarte, nawet jeśli przy udziale obu stron w postępowaniu jego wynik mógłby być inny. Można się odwołać do drugiej instancji albo do Roty Rzymskiej, ale to nie zawsze zmienia wynik. Kościół nie ma narzędzi przymusu.Nikt nikogo siłą nie doprowadzi do sądu kościelnego, ale przecież pozostaje obowiązek moralny. Jeśli pojawia się kwestia obowiązku moralnego, to uśmiecham się pod nosem.Każdy wierny ma moralny obowiązek stawić się przed sądem kościelnym i złożyć zeznania – zgodnie ze swoją wiedzą, pamięcią i sumieniem. Nawet jeśli ktoś nic nie pamięta albo nic nie wie, powinien przyjść i o tym powiedzieć. Jeśli tego nie zrobi, uzurpuje sobie prawo do prawdy absolutnej, wie lepiej niż sąd kościelny, lepiej niż biskup. Tymczasem Kościół jest strukturą hierarchiczną i pewne zasady jednak obowiązują.Czytaj też: Rożniatowska: Wróżka mnie nastraszyła. Powiedziała, że będę żyć 95 latZdarza się, że ci ludzie już mają za sobą rozwód cywilny?Bywa, że w sądzie świeckim procedura się wydarzyła i została domknięta – czasem po latach, czasem z oporem, ale jednak.Lecz argumenty religijne nie działają w sądzie cywilnym. Tam trzeba uporządkować majątek, opiekę nad dziećmi, kwestie dziedziczenia. I to się dzieje. Natomiast w sądzie kościelnym nagle pojawia się zupełnie inne oblicze rozwodzących się małżonków – skrajnie religijne, czasem wręcz demonstracyjne.Wygląda to czasem na źle rozumianą „świętość”, potrzebę podtrzymania statusu małżeństwa przed sobą, przed innymi, a nawet przed Bogiem. Jakby Bóg potrzebował naszej wersji wydarzeń.Rozumiem jednak, że to skrajne przypadki. Zastanawiam się, jakie historie słyszy pan najczęściej, o jakiej motywacji ci ludzie mówią.Często przychodzą mężczyźni, którzy mają nowe, zwykle sporo młodsze partnerki. One bardzo chcą ślubu kościelnego – białej sukni, ceremonii jak u koleżanek. I to jest główna motywacja do wszczęcia procesu. Taki mężczyzna, nowy partner przyszłej panny młodej, przychodzi i mówi: „Panie mecenasie, proszę to załatwić. Podstawa prawna jest nieważna – może być moja wina, może być jej, byle szybko i skutecznie”. To jest problematyczne, bo pokazuje brak jakiejkolwiek refleksji religijnej. Taka osoba jest gotowa powiedzieć w sądzie wszystko, by osiągnąć swój cel, czytaj: zadowolić nową partnerkę, „załatwiając” unieważnienie małżeństwa. Sąd oczywiście ocenia materiał dowodowy, ale ludzie potrafią kłamać, manipulować, a nawet oszukiwać także sąd kościelny.Aktor Jacek Borkowski wyznał jakiś czas temu, że „rozwód kościelny” uzyskał tylko dzięki kłamstwu. „Chodziło o to, że moja pierwsza żona, której bardzo zależało na tym, żeby mieć tak zwane kościelne unieważnienie, zadzwoniła do mnie i zapytała: »Jak mam to zrobić? Bo musi być uzasadnienie«. Ja mówię: »Nie wiem, wszystko mi jedno, napisz, że jestem gejem, to na pewno ci dadzą ten rozwód«”. Aktor przyznaje także: „Nigdy nie myślałem, że taki rozwód będzie mi potrzebny, a jednak się przydał, bo z drugą żoną Magdą wziąłem ślub kościelny”.Ta historia najlepiej pokazuje, o czym mówię. Ale skoro jesteśmy przy wypowiedziach medialnych bohaterów masowej wyobraźni, to w jednej ze spraw kluczowym dowodem okazał się wywiad udzielony kilka lat po ślubie przez znaną aktorkę. Publicznie opowiadała w nim, że nigdy nie chciała mieć dzieci, że małżeństwo było dla niej kontraktem, a wierność uważa za pojęcie przestarzałe. Ten wywiad – choć powstał długo po ceremonii – został w sądzie kościelnym potraktowany jako potwierdzenie tego, jaka była jej wewnętrzna postawa już w dniu ślubu.Coraz częściej analizowane są także media społecznościowe: zdjęcia, relacje i wpisy potrafią pokazać brak gotowości do trwałego związku, niedojrzałość emocjonalną albo życie w sprzeczności z deklaracjami składanymi przed ołtarzem.A z czym przychodzą do pana kobiety?Najczęściej przychodzą pokiereszowane, realnie skrzywdzone psychicznie lub fizycznie. One chcą się całkowicie uwolnić od małżeństwa. Nie tyle zależy im na samym stwierdzeniu nieważności, ile na zerwaniu wszelkich więzi. Kredyty – zamknięte. Opieka nad dziećmi – uregulowana. Rozwód – jest. Chcą absolutnego odcięcia, także tego „w Kościele”.Jednak najczęstszą dziś podstawą prawną przytaczaną w sądzie kościelnym jest „psychiczna niezdolność do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich”. I nie chodzi tylko o uzależnienia czy choroby psychiczne, które istniały zawsze. Chodzi o niedojrzałość emocjonalną, życiową, nieodciętą pępowinę łączącą z rodzicami, brak umiejętności budowania relacji.Czytaj też: „Słyszałam o sobie: bezdzietna, stara baba”. Trudna droga do rodzicielstwaNieodcięta pępowina może być powodem unieważnienia małżeństwa?Chodzi o ludzi, którzy po prostu nie są w stanie samodzielnie i racjonalnie żyć. Pójście do pracy, wzięcie kredytu, kupno mieszkania, odpowiedzialność za rodzinę – to wszystko wydaje im się ekstremalnie trudne, a życie z drugą osobą jako małżeństwo okazuje się sztuką karkołomną. Ci ludzie nie są w stanie realizować „istotnych obowiązków małżeńskich”.Czyli?Żyć w zgodzie, przynajmniej zazwyczaj, budować wspólne ognisko domowe, umieć wypracowywać kompromisy. Oni często realizują się w pracy, w relacjach ze znajomymi też funkcjonują całkiem nieźle, każdy z nich ma swoją drogę i swoje życie, ale przecież drogi małżonków muszą się czasem przeciąć. I wtedy pojawia się problem. Te osoby nie potrafią się w tym odnaleźć.Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy młodzi małżonkowie mieszkają z rodzicami. Wtedy trudno o budowanie czegoś od zera na zasadach funkcjonowania małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Z moich obserwacji wynika, że często mamy do czynienia z małżeństwem trzech osób: męża, żony i teściowej. Albo wtrącają się teściowie po obu stronach. A małżeństwo z definicji jest związkiem dwóch osób.Kiedyś widziałem bilingi, klient pokazał mi, ile godzin dziennie jego żona rozmawiała z matką. Dosłownie od świtu do zmierzchu. Telefon do matki był pierwszą rzeczą, jaką robiła po przebudzeniu, i ostatnią przed pójściem spać. Ta żona, będąc w tak silnej relacji z matką, w zasadzie nie mogła się skupić na więzi z mężem. Do tego jeszcze przekazywała matce wszystkie wewnętrzne informacje z życia małżeńskiego, a mało który mężczyzna chciałby, żeby na bieżąco, niemal w czasie rzeczywistym, jego teściowa dowiadywała się, jak wygląda ich współżycie, pożycie, związek od kuchni. To jest krępujące i – moim zdaniem – nie na miejscu. On nie mógł tak żyć, bo miał poczucie, że trwa w emocjonalnym trójkącie z teściową.Dlatego mówiłem o tej pępowinie. Coraz częściej spotykam się z przypadkami skrajnego uzależnienia od rodziców, braku dojrzałości do małżeństwa, życiowego infantylizmu. Powtórzę jeszcze raz: od rodziców trzeba się odciąć, wszystko ma jakieś granice. Przerażają mnie historie małżonków, którzy opowiadają, że coś ustalają z żonami, powiedzmy, że kupno małego żółtego samochodu; decyzja zostaje podjęta, po czym żona idzie do mamusi, a mamusia mówi: „Samochód musi być duży, nie zgadzaj się na żółty kolor, jest niepraktyczny i zbyt krzykliwy”. I ta kobieta wraca do męża, informuje go o zmianie decyzji. Wszystko, co razem ustalili jako małżeństwo, przestaje się liczyć, bo mama nie zaakceptowała pomysłu. Tak naprawdę nie da się żyć, na dłuższą metę takie małżeństwo nie ma szans, bo pierwszy kryzys czy pierwsza rozbieżność w kluczowych decyzjach sprawią, że nie będzie czego zbierać.Ale oczywiście na ten lawinowy wzrost liczby rozwodów w ogóle, nie tylko „kościelnych”, wpływa także brak nauki komunikacji, brak wzorców, presja społeczna, szybkie decyzje – ślub po kilku miesiącach znajomości, często z powodu nieplanowanej ciąży czy nacisku rodziny. Ludzie wchodzą głębiej, a nie umieją pływać.Coraz częściej też małżeństwa trwają bardzo krótko: pół roku, rok. Zamiast pracy nad relacją, terapii, prób pogodzenia się od razu zapada decyzja o rozstaniu. Do tego dochodzą zdrady, aplikacje randkowe, podwójne życie, samotność emocjonalna…Czasem myślę sobie, że rozumiem sytuacje „dużego kalibru” – uzależnienia, poważne problemy psychiczne, rozumiem, że to wszystko może doprowadzić do rozstania. Ale jak zrozumieć fakt, że ludzie rozstają się, bo nikt ich nie nauczył komunikacji? Sztuki prowadzenia rozmów? Nie zdobyli umiejętności miękkich?Mamy w szkole geografię, języki obce, język polski, Mickiewicza, Słowackiego przerabiamy godzinami, choć w dorosłym życiu najczęściej nam się nie przydaje umiejętność recytowania trzynastozgłoskowca. A komunikacji, tak potrzebnej przez całe życie, nikt nas nie uczy. Proszę mi wierzyć, nie wszyscy wysysają tę umiejętność z mlekiem matki.I o tym wszystkim ci ludzie opowiadają przed sędziami kościelnymi, czyli księżmi?Ale to nie przypomina publicznej spowiedzi, nic z tych rzeczy. Sąd kościelny to nie teatr. Przesłuchania odbywają się indywidualnie, kiedy zeznaje żona, to męża nie ma na sali, może być jedynie jego adwokat kościelny. Czyli nie mamy show. Pytania są bardzo ogólne i w zasadzie przewidywalne, otwarte. Jak doszło do małżeństwa? Kto o tym decydował? Kto był przeciw? Kto był za? Jakie mieliście charaktery? Jak wyglądał okres narzeczeństwa, a jak małżeństwa? Pytania są dopasowane do każdej sprawy. Potem spisujemy protokół. Na sali nie ma miejsca na pranie brudów. Zresztą najwięcej emocji pojawia się na etapie skargi powodowej, kiedy druga strona czyta, co zostało o niej napisane. Bywa, że strony i świadkowie opisują zupełnie różne rzeczywistości – nie inną perspektywę, lecz kompletnie inną historię. Czasem dochodzi do jawnych kłamstw, czasem do nadinterpretacji bez dowodów. A bez dowodów sąd nie może orzekać. Musi mieć tak zwaną pewność moralną, niemal absolutną. Jeśli jej nie ma, małżeństwo zostaje uznane za wciąż ważne.To wróćmy jeszcze do motywacji: po co ludziom unieważnienie małżeństwa?Często przychodzą, bo zbliża się komunia święta ich dziecka. Jako rozwodnicy nie mogą przystępować do sakramentu, zatem wpadają na pomysł, że powalczą o „unieważnienie małżeństwa”, by w czasie komunii dziecka móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii. Problem polega na tym, że ci ludzie najczęściej przypominają sobie o tej potrzebie zbyt późno. Dzwonią we wrześniu czy w październiku, kiedy w szkołach i parafiach zaczynają się przygotowania do komunii. Wtedy nie ma szans, by do maja udało się uzyskać pozytywny wyrok sądu kościelnego.Są też ludzie – tu wracam do motywacji – których przede wszystkim interesuje kontynuowanie konfliktu z małżonkiem lub małżonką. Po prostu dzięki procedurze stwierdzenia nieważności małżeństwa przed sądem kościelnym zyskują jeszcze jedną arenę do walki.Bywają i tacy, którzy nawet nie chcą czytać skargi powodowej, tłumacząc to zbyt dużymi emocjami albo stresem, ale już przed zapoznaniem się z jej treścią czy moim jej streszczeniem wiedzą, że „napiszemy, że było dokładnie odwrotnie”. Sprawa kościelna naprawdę staje się kolejną płaszczyzną do szukania możliwości zemsty. Jeśli można się zemścić dwa razy, to dlaczego z tego nie skorzystać?A co pan, adwokat kościelny, człowiek, który nieprzypadkowo zajmuje się tą tematyką i musi mieć akredytację Kościoła, by w ogóle móc to robić, sądzi na ten temat?I znowu: ja nie jestem w stanie stwierdzić, znając historię jednej strony, kto ma rację. Działam zgodnie z prawem kanonicznym, moją moralnością i taktyką procesową. Na tym opiera się praca adwokatów kościelnych.Dostęp do Tindera stał się powodem unieważniania małżeństwa?Chodzi pani o aplikację randkową, korzystanie z niej?Tak.To zależy. Jeśli ktoś sobie poklikał, zebrał kilka dopasowań, ale nie zaangażował się emocjonalnie w żadną z internetowych znajomości, to pewnie nie może być to powód do stwierdzenia nieważności małżeństwa. Ale jeśli okazało się, że partner lub partnerka tuż przed ślubem także w ten sposób rozładowywali napięcie, szukali wrażeń, to już może świadczyć o jakimś zaburzeniu, na przykład seksoholizmie. I to można byłoby traktować jako podstawę do stwierdzenia nieważności małżeństwa.Zresztą sama zdrada nie jest podstawą do stwierdzenia nieważności małżeństwa. Może nią być dopiero wtedy, gdy jest objawem głębszego problemu istniejącego już przed ślubem, na przykład wspomnianego seksoholizmu, trwałego niedochowywania wierności czy ukrywanej orientacji homoseksualnej połączonej z prowadzeniem podwójnego życia. Ale nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Widziałem sprawy, w których dowodami były niemalże filmy erotyczne. Jeden klient dostarczył teczkę zdjęć swojej żony, która miała takie hobby, że ogłaszała się na portalach erotycznych, w różnych seksualnych konfiguracjach.Raz przedstawiono nagranie z ukrytej kamery, która zarejestrowała, jak mąż współżyje z kochanką. Na szczęście w niektórych sądach nie używa się w ogóle dowodów, które nie mogą być wydrukowane. Nie ma seansów filmów erotycznych w sądzie kościelnym.Czytaj też: Maria Seweryn mówi o walce o alimenty. Ale takich głosów potrzeba więcejChciałabym wrócić do tego, że „rozwód kościelny” może stać się po prostu kolejnym elementem walki między małżonkami. Od miesięcy próbuję zrozumieć, co kieruje ludźmi, dlaczego pielęgnują w sobie chęć zemsty, nienawiść. Dlaczego ich celem nagle staje się zniszczenie życia drugiej osobie?Ja pani na to pytanie nie odpowiem, ale regularnie jestem świadkiem takich wojen. Raz z klientem napisaliśmy, że jego teść pił, nadużywał alkoholu. Informacja ta była elementem większej historii rodzinnej. W czasie procesu ten mężczyzna, teść klienta, zmarł. Wtedy żona mężczyzny wytoczyła mu powództwo cywilne, bo w jej opinii, mówiąc o jej ojcu „alkoholik”, zbezcześcił jego imię. Innymi słowy: pani pozwała byłego męża o to, co on napisał w skardze powodowej do sądu kościelnego, mimo że przecież mamy rozdział Kościoła od państwa. Poza tym, bo to warto podkreślić, treść skargi powodowej nie jest publiczna, wszystko, co pada w sądzie, właściwie jest wręcz tajne, trafia do bardzo wąskiego grona. Nawet świadkowie nie widzą skargi powodowej, a tamta żona po prostu to upubliczniła.Ile wniosków o unieważnienie małżeństwa trafia rocznie do sądów kościelnych w Polsce?Od czterech do pięciu tysięcy spraw. Ile z nich kończy się wyrokami? Pewnie mniej. Czasem ludzie rezygnują, czasem zmieniają się okoliczności. Wiele osób nie chce korzystać z usług adwokata kościelnego, co w praktyce oznacza, że nie są w stanie należycie przygotować skargi.To jeszcze jedna ważna kwestia: ile kosztuje taki „rozwód kościelny”?Koszty – w zależności od diecezji i zakresu pomocy – zazwyczaj mieszczą się w widełkach kilku tysięcy złotych. Do tego często także dochodzi opinia psychologiczna, która jest ważnym dowodem w postępowaniu. To dodatkowe kilkaset złotych.CZYTAJ TEŻ: Winił teściową za rozwód, więc... zlecił jej zabójstwo. Pójdzie siedzieć