Fanfary i fajerwerki. W alfabecie Oczkosia dziś fanfary i fajerwerki, bo nadchodzi F. We współczesnym świecie litera F ma wyjątkowo bogatą rodzinę. Jest Facebook, fake news, follower, fundusz, fundament, fluencer in, a nawet faktury skorygowane o pół bańki. Ale dziś zatrzymajmy się przy słowie, które przez lata było jednocześnie obelgą, diagnozą i ostrzeżeniem. A mianowicie Frajer czasem z dodatkiem warszawskim pompka. Tak, frajer pompka. Dawniej frajer miał ciężko. Nikt nie chciał nim być. Frajerem był ten, którego oszukali, wykiwali, wysłali po śrubokręt do sklepu spożywczego albo kazali szukać lewego młotka. Frajer był symbolem życiowej porażki. Kimś, kogo spotykało się raczej w opowieściach ku przestrodze niż w podręcznikach sukcesu.Czytaj też: A jak Asystentka. Czyli kto trzyma spodnie w zębach?Wyjątkowy frajerDziś frajer to człowiek wyjątkowy. To ktoś, kto płaci podatki i nie chwali się tym w mediach społecznościowych. Kto uczciwie pracuje, zamiast nagrywać filmiki pod tytułem „Jak zarobiłem pierwszy milion przed śniadaniem, mając 16 lat i trzy dni”. To ktoś, kto stoi w kolejce do lekarza, zamiast ją omijać. Kto czyta regulamin i go przestrzega, zamiast szukać sposobu, jak go obejść. Mało tego, o zgrozo, czyta i stosuje konstytucję. Słowem – gatunek zagrożony.Kiedyś rodzice mówili dzieciom: „Bądź uczciwy”. Dziś świat mówi: „Bądź sprytny”. I trzeba przyznać, że słowo „sprytny” zrobiło oszałamiającą karierę. Stało się eleganckim określeniem dla wszystkiego, co kiedyś nazywało się kombinowaniem. Nie zapłacił za parking? Sprytny. Przepisał pracę z internetu? Zaradny. Załatwił radę nadzorczą drugiej żonie? Skuteczny. Przeskoczył kolejkę? Przedsiębiorczy. A ten, który czekał grzecznie i postępował zgodnie z zasadami? Frajer. Żyjemy w epoce, w której coraz częściej podziwia się ludzi nie za to, co osiągnęli, ale za to, jak skutecznie ominęli przeszkody stworzone dla wszystkich pozostałych. Bohaterem nie jest ten, kto przebiegł maraton. Bohaterem jest ten, kto znalazł skrót.Frajerzy w polityceW polityce frajerów też nie brakuje. To zwykle wyborcy. Przed wyborami słyszą, że będą niższe podatki, wyższe pensje, krótsze kolejki, lepsza ochrona zdrowia i darmowe niemal wszystko. Po wyborach okazuje się, że rzeczywiście coś jest darmowe – obietnice.Najbardziej pokochał frajerów internet. Codziennie ktoś dostaje wiadomość: „Wygrałeś milion euro, tylko przelej 100 złotych na podane konto”. I choć logicznie rzecz biorąc, wygrać milion euro jest trudniej, niż spotkać kapibarę prowadzącą hulajnogę, zawsze znajdzie się ktoś, kto przeleję. O metodzie na wnuczka nie warto nawet wspominać.Ale prawdziwy rozkwit frajerstwa obserwujemy w polityce. Polityka jest bowiem wielkim światowym konkursem na znalezienie większego frajera od siebie. Wyborca słucha obietnic. Polityk obiecuje. Po wyborach wyborca odkrywa, że obietnice były metaforą. Potem przychodzą kolejne wybory i cały spektakl rozpoczyna się od nowa. To trochę jak serial, który trwa od trzydziestu lat i wszyscy wiedzą, jak się skończy, ale oglądalność nadal jest wysoka. Politycy zmieniają partie szybciej niż przeciętny obywatel hasła do bankowości internetowej. Programy zmieniają się równie dynamicznie.Jednak prawdziwe mistrzostwa świata odbywają się w polityce międzynarodowej. Tu słowo „frajer” osiąga wymiar geopolityczny. Państwa od stuleci próbują przekonać inne państwa, że działają wyłącznie z troski o pokój, bezpieczeństwo, demokrację i dobro ludzkości. To trochę tak, jakby wilk organizował konferencję na temat bezpieczeństwa owiec. Każde mocarstwo mówi mniej więcej to samo: „Nie mamy żadnych ukrytych interesów”. Po czym okazuje się, że posiada dokładnie te interesy, których rzekomo nie miało.Historia świata przypomina wielką partię pokera. Przy stole siedzą najwięksi gracze. Jeden mówi o wolności. Drugi o bezpieczeństwie. Trzeci o stabilizacji. Czwarty o wartościach. A po kilku godzinach okazuje się, że wszyscy grali o gaz, ropę, wpływy, technologie albo o cieśninę Ormuz. W relacjach międzynarodowych każdy kraj marzy, żeby być szachistą. Nikt nie chce być pionkiem. Problem polega na tym, że pionki zwykle dowiadują się o swojej roli dopiero po zakończeniu partii.Światowa dyplomacja przypomina czasem pielgrzymkę. Wszyscy zapewniają wszystkich o przyjaźni. Śpiewają wspólnie pieśni o miłości do bliźniego. Wszyscy składają deklaracje. Wszyscy mówią o wspólnych wartościach. A potem zaczyna się liczenie korzyści. Bo przyjaźń między państwami jest trochę jak przyjaźń między kotem a kanarkiem. Istnieje tak długo, jak długo kot nie jest głodny.Czytaj też: Ranking zaufania. Rekordowy wynik prezydentaNie ma przyjaciół, są interesyWielkie mocarstwa od wieków stosują tę samą metodę. Najpierw mówią: „Jesteśmy partnerami”. Potem: „Jesteśmy strategicznymi partnerami”. Następnie: „Jesteśmy najbliższymi partnerami”. A później nagle odkrywają nowego partnera. Bardziej strategicznego. W polityce międzynarodowej nie ma przyjaciół. Są tylko interesy.I właśnie dlatego każdy kraj musi codziennie odpowiadać sobie na pytanie: Czy jeszcze prowadzimy grę? Czy już jesteśmy planszą? Czy jesteśmy przy stole, czy jesteśmy w menu?Frajerem może być całe państwo. Bo współczesna polityka międzynarodowa przypomina wielką imprezę, na której wszyscy opowiadają o przyjaźni, a jednocześnie sprawdzają, komu można wyjąć portfel z kieszeni. Weźmy choćby światową politykę handlową. Przez lata słyszeliśmy, że globalizacja jest wspaniała. Potem usłyszeliśmy, że jest niebezpieczna. Następnie, że trzeba ją ograniczać. Po czym okazało się, że jednak nie całkiem. W efekcie przeciętny człowiek dowiedział się, że wolny handel jest doskonały, ale tylko wtedy, gdy pomaga właściwej stronie. To trochę jak mecz piłkarski, w którym każda drużyna posiada własny regulamin.Jeszcze ciekawiej jest z demokracją. Każdy polityk świata kocha demokrację. Zwłaszcza wtedy, gdy wygrywa. Przegrywając, odkrywa nagle setki jej wad. Wtedy pojawiają się eksperci, komisje, analizy i głębokie zaniepokojenie. Demokracja jest trochę jak pogoda. Wszyscy ją chwalą, dopóki nie pada na ich ogródek.Nawrocki czy Zełenski?A skoro już mówimy o frajerach w polityce międzynarodowej, to trudno nie wspomnieć o najnowszym odcinku serialu pod tytułem „Przyjaciele, partnerzy i obrażeni kuzyni”, czyli o sporze między prezydentem Polski Karolem Nawrockim a prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. W cieniu tego konfliktu znalazła się gdańska konferencja poświęcona odbudowie Ukrainy, na którą Zełenski ostatecznie nie przyjechał, wysyłając zamiast siebie delegację rządową. I tu pojawia się pytanie fundamentalne dla litery F. Kto się cieszy? A kto jest frajerem?W polityce odpowiedź nigdy nie jest prosta. Każda strona ogłasza zwycięstwo. Jedni mówią, że pokazali charakter. Drudzy, że obronili godność. Trzeci, że postawili granice. Czwarci, że nie dali się szantażować. Wszyscy wrzucają triumfalne wpisy do internetu. Wszyscy mają rację. I wszyscy wygrali. To bardzo ciekawe zjawisko, bo kiedy wszyscy wygrywają, zwykle przegrywa ktoś piąty. W tym przypadku może nim być zdrowy rozsądek.Polska i Ukraina od kilku lat przekonują świat, że są strategicznymi partnerami. I słusznie. Rosja nie pyta przecież, czy ktoś głosuje na lewicę, prawicę czy miłośników hodowli jedwabników. Rosja patrzy na mapę. Tymczasem partnerzy zaczęli prowadzić publiczny konkurs na to, kto jest bardziej obrażony. W takiej sytuacji warto zadać sobie jeszcze jedno pytanie. Kto naprawdę otwiera szampana? Bo raczej nie przedsiębiorca z Polski, liczący na kontrakty przy odbudowie Ukrainy. Raczej nie polski kierowca, wożący pomoc. Raczej nie ukraiński żołnierz, siedzący w okopie. Oni wszyscy mają ważniejsze sprawy niż polityczne pojedynki na oddawane ordery, zaproszenia i demonstracyjne nieobecności.Historia uczy, że kiedy dwa zaprzyjaźnione państwa zaczynają publicznie udowadniać sobie, kto ma większą rację, ktoś trzeci bardzo często zaciera ręce. I zwykle nie jest to producent flag Unii Europejskiej. Dlatego wracam do mojego ulubionego pytania. Kto jest frajerem? Może ten, kto uwierzył, że w geopolityce istnieją wyłącznie emocje. Może ten, kto sądził, że pamięć historyczna nie jest na pierwszym miejscu.A przecież nie od dziś wiadomo, że „pewni ludzie, spotkali się w pewnym miejscu i pewne rzeczy ustalili”. Bo w polityce międzynarodowej największym luksusem nie jest wygrać spór. Największym luksusem jest wygrać spór tak, żeby nie cieszył się z tego wielki zderzacz andronów i jego przyjaciel Władimir.Czytaj też: Trump zaskoczył słowami o Nawrockim. „Był na 10. miejscu, a potem wygrał”