Prezydent Białorusi może więcej stracić. Ćwiczenia mobilizacyjne prowadzone przez armię białoruską zbiegły się z ostrym ostrzeżeniem Wołodymyra Zełenskiego pod adresem Aleksandra Łukaszenki. Ukraiński prezydent dał Mińskowi tydzień na usunięcie urządzeń wykorzystywanych przez Rosję do ataków na Ukrainę, zapowiadając, że w przeciwnym razie Kijów zrobi to sam. Choć taki rozwój wydarzeń ponownie rozbudził spekulacje o możliwym wejściu Białorusi do wojny, większość analityków ocenia ten scenariusz jako mało prawdopodobny. Nie oznacza to jednak, że reżim Łukaszenki pozostaje biernym obserwatorem konfliktu – przeciwnie, od ponad czterech lat stanowi ważny element rosyjskiego zaplecza militarnego. Ministerstwo Obrony Białorusi poinformowało w tym tygodniu o rozpoczęciu kolejnych ćwiczeń mobilizacyjnych. Manewry prowadzone są w obwodzie grodzieńskim i mają sprawdzić funkcjonowanie wojskowych komend uzupełnień, przebieg mobilizacji rezerwistów oraz współpracę administracji cywilnej z siłami zbrojnymi. Według oficjalnych komunikatów chodzi o rutynową kontrolę gotowości państwa do rozwinięcia armii w razie zagrożenia.Podobne ćwiczenia nie są na Białorusi niczym wyjątkowym. Od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w Ukrainie Mińsk stara się utrzymywać podwyższoną gotowość sił zbrojnych oraz regularnie organizuje sprawdziany systemu mobilizacyjnego. Tym razem ich polityczne znaczenie jest jednak znacznie większe, ponieważ zbiegły się z wyjątkowo ostrą wymianą zdań między Kijowem a Mińskiem.Kilka dni wcześniej Wołodymyr Zełenski publicznie oskarżył Białoruś o umożliwianie Rosji prowadzenia ataków na Ukrainę przy wykorzystaniu naziemnych stacji retransmisyjnych sygnału, rozmieszczonych w dwóch przygranicznych obwodach. Według Kijowa urządzenia te wspomagają naprowadzanie rosyjskich dronów dalekiego zasięgu na cele w zachodniej i północno-zachodniej Ukrainie. Ukraiński prezydent dał władzom w Mińsku tydzień na ich usunięcie, zapowiadając, że w przeciwnym razie Ukraina zrobi to własnymi środkami. Było to jedno z najmocniejszych ostrzeżeń skierowanych pod adresem Aleksandra Łukaszenki od początku pełnoskalowej wojny.Mińsk odrzucił te zarzuty, określając je jako bezpodstawne, a Kreml oskarżył Ukrainę o naruszanie suwerenności swojego najbliższego sojusznika. Kilka dni później Zełenski poinformował jednak, że wskazane urządzenia przestały działać. Nie wyjaśnił przy tym, czy zostały wyłączone przez stronę białoruską, czy też nastąpiło to z innych przyczyn.Tak napięta wymiana komunikatów ponownie uruchomiła pytania o możliwość bezpośredniego zaangażowania armii białoruskiej w wojnę. To scenariusz, który powraca regularnie od lutego 2022 roku. Czy tym razem jest bardziej realny?Czytaj też: Opozycjonista zniknął bez śladu. Dziennikarskie śledztwo i kulisy zaginięciaBiałoruś już uczestniczy w tej wojnieOdpowiedź na pytanie o możliwe wejście Białorusi do wojny zależy od tego, jak zdefiniujemy samo uczestnictwo w konflikcie. Bo czy przypadkiem Białoruś już nie bierze w nim udziału? Jeśli za wyznacznik uznać wysłanie własnych żołnierzy na front, odpowiedź brzmi: nie. Jeśli jednak spojrzeć szerzej – na logistykę, przemysł zbrojeniowy i wsparcie udzielane Rosji – trudno utrzymywać, że Mińsk pozostaje jedynie biernym obserwatorem.Już pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji rosyjskie wojska przekroczyły granicę Ukrainy także z terytorium Białorusi. To stamtąd ruszyło uderzenie na Kijów, a białoruskie lotniska, poligony i sieć kolejowa stały się zapleczem jednej z najważniejszych operacji pierwszych tygodni wojny. Z białoruskiego terytorium odpalano również rakiety i wykorzystywano je do przerzutu ludzi oraz sprzętu. Bez zgody Aleksandra Łukaszenki taki sposób prowadzenia działań nie byłby możliwy.Na tym jednak współpraca się nie zakończyła. Gdy rosyjska armia zaczęła odczuwać braki sprzętu i amunicji, z białoruskich magazynów wywożono tysiące ton uzbrojenia. Obejmowało ono zarówno amunicję artyleryjską, jak i działa samobieżne 2S3 „Akacja”, moździerze samobieżne 2S9 „Nona-S”, haubice D-20 i D-30 oraz czołgi T-72A znajdujące się wcześniej w rezerwie. Część tego wyposażenia trafiła bezpośrednio na front w Ukrainie.Z czasem współpraca weszła na kolejny poziom. Białoruskie zakłady rozpoczęły remonty rosyjskiego sprzętu uszkodzonego lub wycofanego z magazynów długotrwałego przechowywania, a tamtejszy przemysł coraz mocniej włączano w rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy. Dotyczy to zarówno produkcji komponentów, jak i dostaw specjalistycznych wyrobów wykorzystywanych przy produkcji uzbrojenia.Szczególnie istotna okazała się rola Białorusi w obchodzeniu zachodnich sankcji. Dzięki ścisłej integracji gospodarczej z Rosją stała się ona kanałem, którym do rosyjskiego przemysłu trafiają komponenty sprowadzane z państw trzecich, przede wszystkim z Chin. Dotyczy to między innymi obrabiarek, urządzeń przemysłowych, specjalistycznej chemii czy elementów elektronicznych, które następnie znajdują zastosowanie przy produkcji rakiet, amunicji i innego uzbrojenia.Nie zmieniło się także znaczenie białoruskich przedsiębiorstw dla rosyjskiego przemysłu obronnego. Ciężkie podwozia produkowane przez Miński Zakład Ciągników Kołowych (MZKT) nadal wykorzystywane są jako platformy dla systemów rakietowych Iskander-M oraz strategicznych zestawów Topol-M i Jars. Z kolei zakłady mikroelektroniczne dostarczają komponenty znajdujące zastosowanie w rosyjskich programach rakietowych.To wszystko oznacza, że choć białoruskie brygady nie przekroczyły granicy Ukrainy, państwo Łukaszenki jest jednym z elementów rosyjskiego zaplecza wojennego. Dostarcza infrastrukturę, wspiera logistykę, pomaga utrzymać produkcję zbrojeniową i ułatwia obchodzenie sankcji. Z tego punktu widzenia teza o „neutralności” Białorusi już dawno przestała odpowiadać rzeczywistości.Czytaj też: Rosja atakuje Zachód. I twierdzi, że to NATO szykuje wojnęCzy armia białoruska byłaby groźnym przeciwnikiem?A gdyby Łukaszenka zdecydował się wysłać swoją armię do walki, czy rzeczywiście mogłaby ona zagrozić Ukrainie? Białoruskie siły zbrojne pozostają jednymi z największych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, liczą około 45–48 tys. żołnierzy służby czynnej i dysponują rozbudowanym systemem mobilizacyjnym. Na papierze ich potencjał wygląda więc całkiem poważnie. Problem polega na tym, że liczby nie oddają rzeczywistych zdolności bojowych.Większość wyposażenia białoruskiej armii wywodzi się jeszcze z czasów Związku Radzieckiego. Trzon wojsk pancernych stanowią czołgi T-72B i ich zmodernizowane wersje, wojska zmechanizowane wykorzystują bojowe wozy piechoty BMP-2 oraz transportery BTR, a artyleria nadal opiera się przede wszystkim na systemach poradzieckiej konstrukcji. Białoruś prowadzi wprawdzie programy modernizacyjne, rozwija własne bezzałogowce i środki walki radioelektronicznej, lecz skala tych działań nie zmienia zasadniczego obrazu – armia pozostaje znacznie słabsza od rosyjskiej, której „wyczyny” w Ukrainie wszyscy znamy.Najmocniejszym elementem wojsk Łukaszenki nie są jednak wojska lądowe, a obrona powietrzna. Białoruś dysponuje gęstą siecią zestawów przeciwlotniczych S-300 i S-400 oraz nowoczesnymi środkami radiolokacyjnymi, które od lat funkcjonują we wspólnym z Rosją systemie obrony powietrznej. W praktyce oznacza to, że przestrzeń powietrzna obu państw jest coraz bardziej zintegrowana, a granica między rosyjskimi i białoruskimi zdolnościami wojskowymi stopniowo się zaciera.To zresztą znacznie szerszy proces. Od kilku lat oba państwa budują tzw. Regionalne Zgrupowanie Wojsk, prowadzą wspólne ćwiczenia, ujednolicają systemy dowodzenia i rozwijają wspólną logistykę. Na Białorusi stale przebywają rosyjscy żołnierze, a po 2022 roku pojawiły się tam również elementy rosyjskiej infrastruktury wojskowej, w tym systemy rakietowe oraz broń jądrowa, która – choć formalnie rozmieszczona na terytorium Białorusi – pozostaje pod kontrolą Rosji.Największą słabością armii Łukaszenki pozostaje jednak brak doświadczenia bojowego. W przeciwieństwie do Rosjan czy Ukraińców białoruscy żołnierze od dziesięcioleci nie uczestniczyli w wojnie o dużej intensywności. Nie sprawdzono ich dowódców, procedur ani zdolności do prowadzenia skomplikowanych operacji połączonych (z którymi nadal nie radzą sobie Rosjanie).Dlatego większość zachodnich i ukraińskich analityków ocenia, że samodzielne uderzenie Białorusi na Ukrainę miałoby ograniczone szanse powodzenia. Nawet jeśli Mińsk zdołałby zmobilizować kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych rezerwistów, musiałby prowadzić działania na wyjątkowo trudnym kierunku operacyjnym. Północ Ukrainy jest dziś znacznie lepiej przygotowana do obrony niż w 2022 roku – rozbudowano umocnienia, zaminowano potencjalne kierunki natarcia, a ukraińskie dowództwo od dawna uwzględnia możliwość ponownego zagrożenia z terytorium Białorusi.Nie oznacza to jednak, że armia białoruska byłaby dla Ukrainy nieistotna. Już sama groźba jej użycia zmusza Kijów do utrzymywania na północnym kierunku znacznych sił, których nie można skierować na Donbas czy południe kraju. Z militarnego punktu widzenia byłaby to więc przede wszystkim operacja wiążąca – niekoniecznie nastawiona na zdobywanie Kijowa, lecz na odciążenie rosyjskich wojsk walczących na głównych odcinkach frontu. To właśnie taki efekt mógłby okazać się dla Moskwy najcenniejszy.Dlaczego Łukaszenka wciąż mówi „nie”?Skoro Białoruś od lat jest najbliższym sojusznikiem Rosji, a jej armia pozostaje zintegrowana z rosyjskim systemem wojskowym, nasuwa się pytanie: dlaczego Aleksander Łukaszenka wciąż nie wysłał swoich żołnierzy do Ukrainy?Najkrótsza odpowiedź brzmi: ponieważ więcej mógłby stracić niż zyskać.Już w 2022 roku białoruski przywódca udostępnił Rosji praktycznie wszystko, czego Kreml potrzebował do rozpoczęcia inwazji – terytorium, lotniska, poligony, infrastrukturę kolejową i zaplecze logistyczne. Zapłacił za to dalszym uzależnieniem od Moskwy oraz kolejnymi sankcjami Zachodu. Wysłanie własnych wojsk oznaczałoby jednak przekroczenie granicy, po której Białoruś stałaby się pełnoprawnym uczestnikiem wojny, a ukraińskie siły zbrojne zyskałyby polityczne i prawne uzasadnienie do prowadzenia działań przeciwko celom wojskowym na jej terytorium.Nie bez znaczenia pozostają również względy wewnętrzne. Według dostępnych badań i analiz białoruskiego społeczeństwa poparcie dla bezpośredniego udziału w wojnie od początku pozostaje niskie. Reżim Łukaszenki zdołał stłumić protesty po sfałszowanych wyborach w 2020 roku, ale nie odzyskał społecznej legitymizacji. Śmierć tysięcy białoruskich żołnierzy na ukraińskim froncie mogłaby stać się impulsem do kolejnego kryzysu politycznego – tym razem znacznie trudniejszego do opanowania.Swoje znaczenie ma również chłodna kalkulacja wojskowa. Łukaszenka doskonale widzi, jak wysoką cenę za wojnę płaci Rosja. Trudno zakładać, by chciał narażać własną armię na podobne straty, zwłaszcza że jej wartość polega dziś przede wszystkim na odstraszaniu i ochronie samego reżimu. Dla białoruskiego przywódcy wojsko jest nie tylko instrumentem polityki zagranicznej, ale również gwarancją utrzymania władzy.Oczywiście nie oznacza to, że scenariusz białoruskiego udziału w wojnie można całkowicie wykluczyć. Gdyby Kreml uznał otwarcie kolejnego frontu za niezbędne dla powodzenia swoich działań, presja wywierana na Mińsk mogłaby znacząco wzrosnąć. Nadal jednak byłaby to przede wszystkim decyzja polityczna, a nie wojskowa.Czytaj też: Tylko USA? Politycy zapominają, co jest dla Polski najważniejszeZ perspektywy Polski wniosek jest nieco inny niż ten, który zwykle pojawia się w publicznej debacie. Największym zagrożeniem nie jest dziś perspektywa marszu białoruskich czołgów na zachód ani nawet otwarcie nowego frontu przeciw Ukrainie. Znacznie istotniejsze jest to, że Białoruś przestała pełnić rolę państwa buforowego. Stała się integralnym elementem rosyjskiej infrastruktury wojskowej – miejscem stacjonowania rosyjskich wojsk, bazą logistyczną, zapleczem przemysłowym i obszarem, z którego w razie kryzysu mogą operować rosyjskie systemy rakietowe, lotnictwo czy wojska lądowe.To właśnie dlatego Warszawa z tak dużą uwagą obserwuje wydarzenia za Bugiem. Nawet jeśli armia białoruska nie przekroczy granicy Ukrainy, proces wojskowej integracji Mińska z Moskwą postępuje z roku na rok. A to oznacza, że wschodnia flanka NATO musi być przygotowana nie tyle na działania samej Białorusi, ile na coraz większą obecność i swobodę działania rosyjskich sił zbrojnych na jej terytorium.