Dlaczego Ukraina igra z Polską? Spór o odznaczenia, historyczne symbole i pamięć o przeszłości może jeszcze długo zatruwać relacje Warszawy i Kijowa. Nie zmienia to jednak najważniejszego faktu: Ukraina pozostaje państwem, którego zdolność do prowadzenia wojny w ogromnym stopniu zależy od zachodnich szlaków zaopatrzenia, a najważniejszy z nich biegnie przez Polskę. Z kolei dla Polski ukraińska armia jest dziś pierwszą linią oporu przeciw rosyjskiej ekspansji. Warto o tym pamiętać, gdy emocje zaczynają przesłaniać strategiczne realia. W 2022 roku Rosjanie nie planowali długotrwałej wojny, a krótką operację policyjną. Zamierzali szybko zająć Kijów, co miało doprowadzić do rozpadu struktur państwowych i ustanowienie władz podporządkowanych Moskwie. W takim scenariuszu nie było potrzeby przejmowania kontroli nad zachodnią granicą Ukrainy i odcinania kraju od Polski.Wkrótce okazało się, że był to błąd o znaczeniu strategicznym. Ukraińskie państwo przetrwało pierwsze uderzenie, a przez Polskę szybko zaczęły płynąć tysiące ton pomocy wojskowej. Pociski przeciwpancerne Javelin i NLAW, systemy przeciwlotnicze, środki łączności i części zamienne. W kolejnych miesiącach ten sam szlak wykorzystano do dostaw HIMARS-ów, czołgów, Patriotów i wsparcia dla ukraińskiego lotnictwa. Strumień broni i amunicji pozwolił Ukrainie okrzepnąć i prowadzić dalszą walkę.Dziś sami Rosjanie przyznają, że zostawiając otwarty korytarz Polska-Ukraina pokpili sprawę. I trudno odmówić tej ocenie logiki. Odcięcie Ukrainy od zachodniego zaplecza oznaczałoby bowiem zupełnie inne warunki prowadzenia wojny. Zapewne też inne jej rezultaty – włącznie z klęską pozbawionej zewnętrznego wsparcia ukraińskiej armii. Obecnie, po ponad czterech lat pełnoskalowej wojny, niewiele się w tej sprawie zmieniło.Czytaj też: Order Orła Białego. Odebrano go dopiero po raz drugiUkraińska broń nie powstaje w próżniW 2026 roku Ukraina produkuje więcej uzbrojenia niż kiedykolwiek wcześniej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że kraj stopniowo uniezależnia się od zagranicznych dostaw. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.Weźmy armatohaubicę Bogdana, jeden z największych sukcesów ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. To konstrukcja opracowana przez ukraińskich inżynierów i produkowana przez ukraińskie przedsiębiorstwa. Nie oznacza to jednak, że wszystkie elementy niezbędne do jej złożenia powstają nad Dnieprem.Pierwszy prototyp osadzono na ukraińskim podwoziu KrAZ, ale kolejne serie wykorzystują podwozia zachodnie, przede wszystkim czeskie Tatry. Dotyczy to również części materiałów, komponentów oraz wyposażenia przemysłowego używanego w produkcji.Armatohaubica to nie tylko lufa (też zachodnia…), zamek i podwozie. O jej skuteczności decydują m.in. system kierowania ogniem, środki łączności i komputery balistyczne. Ukraina rozwija własne rozwiązania w tym zakresie, ale nadal pozostaje uzależniona od importu wielu zaawansowanych podzespołów elektronicznych i optoelektronicznych. Dotyczy to choćby układów scalonych, modułów komunikacyjnych, odbiorników nawigacji satelitarnej, kamer czy elementów termowizji.Do tego dochodzi kwestia amunicji. Bogdana wykorzystuje standardowe dla NATO pociski kalibru 155 mm. Ukraina uruchomiła ich własną produkcję, jednak nadal nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić potrzeb frontu. Innymi słowy, udana ukraińska konstrukcja artyleryjska pozostaje częścią znacznie większego, międzynarodowego systemu produkcji i zaopatrzenia.Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku dronów, które stały się symbolem tej wojny. Ukraina projektuje własne konstrukcje, rozwija oprogramowanie i organizuje produkcję seryjną, jednak znaczna część wykorzystywanych podzespołów pochodzi spoza kraju. Dotyczy to silników elektrycznych, kontrolerów lotu, kamer, modułów transmisji danych, baterii czy elementów optoelektroniki.Większość z tych produktów powstaje w Chinach. Wraz z zaostrzaniem przez Pekin kontroli eksportowych dotyczących technologii mogących znaleźć zastosowanie wojskowe, bezpośredni zakup komponentów przez ukraińskie firmy stał się znacznie trudniejszy niż na początku wojny. W efekcie kluczową rolę odgrywają pośrednicy, centra logistyczne i magazyny zlokalizowane poza Ukrainą.Komponenty trafiają najpierw do państw Unii Europejskiej lub innych krajów trzecich, gdzie są kompletowane, magazynowane i kierowane do ukraińskich producentów. A więc i dron – zaprojektowany, zmontowany i używany przez Ukraińców – pozostaje produktem międzynarodowego łańcucha dostaw rozciągającego się od Azji po Europę Środkową.W tym systemie szczególną rolę odgrywa Polska. To przez polską infrastrukturę logistyczną i przez polskie firmy przechodzi znaczna część towarów wykorzystywanych przez ukraiński przemysł obronny. Polska pomaga nie tylko dostarczać Ukrainie broń. Pomaga również tworzyć broń powstającą w Ukrainie. Ukraińska samowystarczalność w tym zakresie to mit.Czytaj też: Zełenski bez Orderu Orła Białego. „Część Ukraińców wyjedzie”Dron nie wygra wojny samMitem jest też opowieść o wtórnym znaczeniu innych systemów uzbrojenia. Wojna w Ukrainie jest wojną dronów, ale same bezzałogowce jej nie rozstrzygną. Owszem, kontrolują strefę śmierci, utrudniając przeciwnikowi manewr, ale pozycje obronne wciąż obsadzane są przez ludzi. Tych zresztą – po obu stronach – jest obecnie na froncie najwięcej w historii pełnoskalowego konfliktu – mimo postępującej dronizacji. A ludzie potrzebują m.in. amunicji strzeleckiej, kamizelek kuloodpornych, hełmów, środków łączności, noktowizorów, termowizorów i całej masy innego wyposażenia. Ukraina zaspokaja tylko część tych potrzeb we własnym zakresie.Co więcej, dron nie tylko nie zajmie i nie utrzyma terenu. Nie przejmie też wszystkich zadań artylerii dalekiego zasięgu. Ukraińcy rozwijają własne konstrukcje, lecz nadal nie są w stanie zastąpić amerykańskich pocisków GMLRS wykorzystywanych do precyzyjnych uderzeń na głębokość 80 km. Kijów może produkować tysiące dronów, ale nie produkuje pocisków Patriot, IRIS-T czy NASAMS, które zestrzeliwują rosyjskie rakiety i pociski manewrujące. Nie wytwarza wyrzutni do tych systemów oraz radarów, które decydują o ich skuteczności. Bez tej broni ukraińskie miasta, infrastruktura energetyczna i zaplecze przemysłowe byłyby znacznie bardziej narażone na rosyjskie ataki.Podobnie rzecz się ma w przypadku lotnictwa, które nie tylko odgrywa niebagatelną rolę w osłonie ukraińskiego zaplecza, ale realizuje też misje uderzeniowe na cele lądowe, w tym zadania porażenia rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Nie byłoby ostatnich spektakularnych akcji na Krymie, gdyby wcześniej ukraińskiemu lotnictwu nie udało się wyeliminować rosyjskich systemów radiolokacyjnych. To samoloty załogowe wyrąbały ukraińskim dronom wolną drogę na półwysep. Ukraina może remontować i modernizować ocalałe posowieckie maszyny – których ma coraz mniej – ale nie produkuje F-16 i Miraży, pocisków powietrze-powietrze czy bomb kierowanych.Tych przykładów można by wymienić znaczenie więcej, dość powiedzieć, że o skuteczności ZSU wciąż w znacznym stopniu decydują „klasyczne” rodzaje uzbrojenia, a te najbardziej efektywne pochodzą z Zachodu. Podobnie jak istotna część wojskowej drobnicy.Czytaj też: „W polityce błąd jest gorszy od zbrodni”. Tusk ostrzega przed konfliktemAlternatywa istnieje głównie na mapieJest jeszcze jedna kategoria zaopatrzenia, o której rzadko się mówi, bo nie budzi takich emocji jak rakiety czy samoloty. Chodzi o paliwa, oleje, smary i inne materiały eksploatacyjne. Tymczasem bez nich nie pojedzie ani czołg, ani transporter, nie wystartuje samolot, nie popłynie bezzałogowy kuter, a agregaty zasilające stanowiska dowodzenia i systemy łączności po prostu zamilkną.W pierwszych miesiącach wojny Rosja poświęcała wiele uwagi niszczeniu ukraińskiej infrastruktury paliwowej. Ukraina nadal wytwarza część produktów naftowych, jednak po rosyjskich atakach w znacznie większym stopniu niż przed wojną uzależniła się od importu paliw.To samo dotyczy ogromnej ilości mniej spektakularnych produktów: olejów silnikowych, płynów hydraulicznych, smarów, filtrów, akumulatorów, opon czy części eksploatacyjnych. Nie pojawiają się one w komunikatach o kolejnych pakietach pomocy wojskowej, ale stanowią ich nieodzowną część.I tu znów wracamy do geografii. Patrioty, HIMARS-y, amunicja, części zamienne, materiały pędne nie trafiają do Ukrainy w sposób magiczny. W zdecydowanej większości przypadków ich droga wiedzie przez Polskę. O czym wspominam w kontekście rozpalającego emocje orderowego sporu, mam bowiem wrażenie, że Ukraińcy zapominają o wkładzie Polski. W reakcji na decyzję prezydenta Karola Nawrockiego podkreślają rolę Ukrainy, która w ich percepcji urasta do rangi obrońcy Polski. Polski jako obrońcy Ukrainy w tej opowieści nie ma.Oczywiście, ukraińska armia od ponad czterech lat wiąże główne siły rosyjskie, ponosząc ciężar walk, którego żadne państwo NATO nie musiało dotąd brać na siebie. Ale Ukraina nie funkcjonuje w próżni. Jej armia walczy dzięki własnej determinacji, ale także dzięki nieprzerwanemu strumieniowi uzbrojenia, amunicji, paliw, części zamiennych i komponentów płynących z Zachodu i przez Zachód. W ogromnej mierze przez Polskę.Owszem, istnieją alternatywne kierunki dostaw. Jest Rumunia, są Słowacja i Węgry. Tyle że Rumunia dysponuje znacznie mniejszą przepustowością infrastruktury transportowej. Słowacja i Węgry mają jeszcze mniejsze możliwości, dodatkowo ograniczane przez lokalne uwarunkowania polityczne. Budowa realnej alternatywy dla polskiego korytarza logistycznego wymagałaby lat, których Ukraina zwyczajnie nie ma.Dlatego obecny spór – sprowokowany decyzją Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu imienia „Bohaterów UPA” jednej z jednostek wojskowych – budzi moje zdziwienie. Wszak ukraiński prezydent i jego otoczenie doskonale wiedzą, jak wygląda geografia wojny. Że Polska od lat pozostaje najważniejszym lądowym łącznikiem Ukrainy z zachodnim zapleczem wojskowym i gospodarczym. Trudno mi zrozumieć gotowość do podejmowania działań, które w oczywisty sposób bolą polską opinię publiczną i wzmacniają środowiska opowiadające się za ograniczeniem wsparcia dla Kijowa.Nie chodzi o to, że Polska nagle odwróci się od Ukrainy. Nie chodzi nawet o to, że Warszawa dysponuje jakimś politycznym „wyłącznikiem” ukraińskiego wysiłku wojennego. Chodzi o coś znacznie prostszego. Prowadząc wojnę o przetrwanie, nie warto igrać z państwem, przez które prowadzi najważniejsza droga łącząca front z jego zapleczem. Zwłaszcza gdy alternatywy istnieją głównie na mapie.Czytaj też: Rosja atakuje Zachód. I twierdzi, że to NATO szykuje wojnę