„Powiem to pierwszy raz”. – Mnóstwo ludzi zbiera na życie w trakcie choroby nowotworowej, bo nie mogą pracować, a wydatki się mnożą. Taką mamy rzeczywistość. W Szwecji nie ma zbiórek na leczenie. Jest jedna fundacja „narodowa”, która zajmuje się rakiem i jej zadaniem jest finansowanie badań naukowych poza firmami farmaceutycznymi – wskazał w podcaście „Powiem to pierwszy raz” Kamil Karpowicz, lekarz, w sieci znany jako „Onkolog bez granic”. Gość Pauliny Sochy-Jakubowskiej zwrócił uwagę, że w Szwecji, gdzie pracuje, pacjenci mają darmowy transport do szpitala. – Państwo dowozi pacjentów, to sformalizowane. Przysługują też zwroty za komunikację publiczną. To model bardzo opiekuńczy. Tak to działa – podkreślał w podcaście „Powiem to pierwszy raz”.Onkolog obnażał też mechanizmy do perfekcji opanowane przez znachorów, oszustów, którzy próbują śmiertelnie chorym ludziom wciskać cudowne leki na raka. – To czysty marketing, ludzie w to wpadają, bo każdy, kto dostaje taką diagnozę, zaczyna drążyć temat i prędzej czy później wpada na te reklamy internetowe – wskazał.Karpowicz: Jako lekarze do sieci trafiliśmy za późno– Jako lekarze do sieci trafiliśmy za późno. Kiedy tam się pojawiliśmy, szarlatani już tam byli, znaleźli swoją grupę odbiorców, ludzi, którzy nie dostali wystarczającego wsparcia od lekarza, specjalisty medycznego w czasie wizyty. Trzeba się uderzyć w pierś, że to nasza wina, ale „systemowo” narzucona, bo żeby wszystko wyjaśnić pacjentowi, trzeba mieć godzinę. A niestety czas wizyty u lekarza w poradni onkologicznej u powszechnego płatnika jest ograniczony. Lekarz musi wypełnić dokumentację, żeby terapia mogła być refundowana i nie ma czasu na dyskusję o tym, czy wlewy z kurkuminy pomogą. Wyjaśnienie pytań wokół tego tematu zajmuje czas, którego w czasie wizyty nie ma – dodał.– Pacjenci trafiają na „kliniki witaminowe”, jak się poszuka głębiej, masz tam każdy związek chemiczny, który można sprzedać, rozpuścić w soli fizjologicznej. To oczywiście okraszone jest rzekomymi badaniami nad skutecznością. Nie wszyscy wiedzą, że ten proponowany „cudowny” środek na raka to w pewnym sensie odczynnik chemiczny, czy rozpuszczalnik, który podawany jest w małych stężeniach. Znane są sytuacje, bodajże dwie w Polsce, gdzie doszło do zgonu pacjenta po podaniu kroplówki z DMSO (dimetylosulfotlenku) – podkreślił Karpowicz.Czytaj także: Kucharski o dramatycznej walce o życie: Widziałem światło