Nic się nie zmieniło? O tym, jak bardzo, jako społeczeństwo, wciąż nie zwracamy uwagi na potrzeby osób z niepełnosprawnościami, przekonuję się niestety dość regularnie, choć tylko jako obserwatorka, a nie osoba problemem dotknięta. Jakiś czas temu do pewnego studia nagrań zaprosiłam na przykład rozmówczynię z niskorosłością i spokojnie czekałam, aż zadzwoni domofon. Jednak ten nie dzwonił, zamiast tego moja gościni wykorzystała telefon, by poinformować mnie, żebym zeszła jej otworzyć, gdyż nie sięga do domofonu i nie będzie mogła samodzielnie wejść do budynku. Niby banał, prawda? Ale to on uświadomił mi, że oto ja, osoba (chcę wierzyć i robię w tej kwestii dużo) wrażliwa na inkluzywność, nie zdawałam sobie sprawy, w ogóle nigdy w życiu nie pochyliłabym się nad tym zagadnieniem, problemem złego umiejscowienia domofonu, gdybym nie zobaczyła na własne oczy, jak taki prozaiczny, całkiem mały domofon, może stać się ogromną barierą.Potem zaczęłam myśleć o tych wszystkich zbyt wysoko umieszczonych lustrach w ogólnodostępnych toaletach, które wciąż pozostają poza zasięgiem i osób niskorosłych, i osób poruszających się na wózkach, ale też i dzieci, choć przecież akurat o tym problemie co jakiś czas się mówi… Pomyślałam o tych wszystkich nieprzystosowanych budynkach, krawężnikach, które nawet przed matkami pchającymi dziecięce wózki wyrastają niczym Wielki Mur Chiński. Pomyślałam, że niby sporo się zmienia, ale to „sporo” to wciąż za mało. Niewystarczająco.Potem przypomniałam sobie o batalii dotyczącej dostępności gabinetów ginekologicznych dla kobiet z niepełnosprawnościami, którą przed laty toczyła Fundacja Kulawa Warszawa. Chodziło o to, by gabinety te były wyposażone w specjalne podnośniki, obniżane fotele, albo by ich „gospodarze” nie odbierali swoim pacjentkom możliwości wejścia (do gabinetu, nie na fotel!) z psem asystującym. Bo także w tej kwestii, co wówczas podnoszono, w Polsce było wciąż wiele do zrobienia.Czytaj też: Kucharski o dramatycznej walce o życie: Widziałem światłoUdogodnienia dla niepełnosprawnych. Nic się nie zmieniło?Zresztą, szefowa Fundacji Kulawa Warszawa, działająca na rzecz osób z niepełnosprawnościami od dobrych kilkunastu lat Izabela Sopalska-Rybak, a w zasadzie jedno dziennikarskie spotkanie z nią, też otworzyło mi oczy na to, jak bardzo my-ludzie bez np. ruchowych ograniczeń, nie zdajemy sobie sprawy ze skali problemów ludzi z niepełnosprawnościami. Pamiętam, jak zamówiłyśmy taksówkę, by przejechać kilka warszawskich przecznic, ale zanim wsiadłyśmy, taksówkarz poinformował, że za kurs trzeba będzie dopłacić, bo wózek nie mieści się w kategorii „zwykle przewożone przez klientów bagaże”. Ale to też sytuacja sprzed lat, naprawdę – przyznaję, dość naiwnie – sądziłam, że może jednak coś się zmieniło, ruszyło, poprzestawiało, że może jednak w kontekście tej odmienianej przez przypadki inkluzywności, jest ciut lepiej… Bardzo – choć naiwnie – chciałam w to wierzyć.Aż wreszcie, kilka dni temu, na Facebooku przeczytałam post wspomnianej tu Izabeli Sopalskiej-Rybak. Sportowczyni, działaczki społecznej, edukatorki, prywatnie chorującej na stwardnienie rozsiane i poruszającej się od lat na wózku inwalidzkim. W swoim poście założycielka i prezeska Fundacji Kulawa Warszawa opisała niedawną wizytę u lekarza.„Mówią, że mam się rozebrać od pasa w górę a później JAKIMŚ CUDEM się przesiąść. Rozbieram się od pasa w górę, a właściwie próbuje się rozebrać sama, bo nie było mi to dane, bo ubrania są ze mnie ściągane mimo wielokrotnej informacji, że poradzę sobie sama. Kładę się na leżance. 'Ale to trzeba jeszcze kostki odsłonić!' Mówiła pani, że od pasa w górę… Słyszę pytanie, ale chyba retoryczne: mogę przestawić wózek? – mówi (chyba) pielęgniarka przestawiając go kawałek dalej, a ja czuję dosłownie, jakby wchodziła w moje buty. Szybkie badanie i przesiadam się sama jak najszybciej, bo już widzę, że biegnie do mnie mimo, że powiedziałam, że nie potrzebuję pomocy.Od razu wizyta u lekarza. Przyszłam po zaświadczenie, że mogę uprawiać sport, więc omawiamy wyniki i odpowiadam na wiele pytań związanych z niepełnosprawnością i SM. Logiczne, jasne, że odpowiadam. 'Czy jakieś inne leki na stałe lub choroby współistniejące?' (pyta lekarz – red.) Odpowiadam, że depresja. Co słyszę?»No tak, logiczne«.Mówię, że NIE MAM depresji przez to, że jestem na wózku i mi to nie przeszkadza, ale słyszę »no jasne, że przeszkadza, bo pani nie chodzi«. Mimo powtórzenia, moje słowa przelatują przez uszy.»To może pani pograć w piłeczkę«. Grałam w reprezentacji Polski, jednocześnie grając w klubie warszawskim i niemieckim. Teraz gram w Szwecji i ze Szwedami w Polsce. Poirytowana mówię, że nie pograć w piłeczkę, tylko trenować i rozwalać przeciwników na boisku. »Tak, tak…«.I jeszcze musiałam za to wszystko zapłacić…Czy naprawdę nie można patrzeć na osobę z niepełnosprawnością z szacunkiem i godnie ją traktować? Czy muszę być infantylizowana, bo inaczej się poruszam? Za 2 lata skończę 40 lat, a jestem traktowana jak dziecko, bo… tak”.Zostawiając państwa z tym pytaniem Izabeli Sopalskiej-Rybak, od siebie dorzucę, że i temu lekarzowi, i pracownikom tej placówki, ale też każdemu z nas życzę, by inkluzywność z pięknych banerów i słownych deklaracji, przeszła w fazę realizacji.Czytaj też: Lekcja kreatywności wg Papcia Chmiela (i jego syna)