Historia McLeana. Gdy Donald Trump buduje przy Białym Domu salę balową, a polityka coraz częściej miesza się w Ameryce z widowiskiem, przypomnijmy historię McLeana. Nie był generałem ani politykiem. A jednak jeden z jego domów stał się symbolem początku, a drugi końca najkrwawszej wojny w dziejach Stanów Zjednoczonych. Kulą w piecPo południu 18 lipca 1861 roku generał konfederacki Pierre G.T. Beauregard jadł obiad w domu Wilmera McLeana w hrabstwie Prince William w stanie Wirginia, ok. 50 km na południowy zachód od Waszyngtonu. Nagle pięciokilogramowa kula armatnia przebiła ścianę i rozbiła piec kuchenny. „Komiczny efekt tej artyleryjskiej wymiany – napisał później Beauregard – to zniszczenie obiadu przez pocisk, który wpadł do kominka mojej kwatery głównej w domu McLeana”.Traf chciał, że cztery lata później, 9 kwietnia 1865 roku, w salonie tego samego McLeana, ale już w innej miejscowości – Appomattox Court House w centralnej Wirginii, ok. 30 km na wschód od Lynchburga, generał Robert E. Lee podpisał kapitulację przed Ulyssesem S. Grantem.Kim był McLean i jak to się stało, że on i jego domy stały się klamrą spinającą początek i koniec amerykańskiej wojny secesyjnej?Piknik pod uciętą nogąWilmer McLean urodził się w 1814 roku w Alexandrii w stanie Wirginia jako syn Daniela McLeana; ojciec odegrał ważną rolę w założeniu Kościoła Episkopalnego św. Pawła. Rodzice zmarli, gdy był jeszcze dzieckiem, ale mimo to szybko dorobił się majątku jako handlarz cukrem i towarami kolonialnymi. W 1853 roku ożenił się z Virginią Hooe Mason, wdową po Johnie Seddonie Masonie. Wiano żony obejmowało liczącą około 500 hektarów (1200 akrów) farmę Yorkshire w hrabstwie Prince William, położoną nad potokiem Bull Run, niedaleko Manassas i zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Waszyngtonu. Wprowadzili się tam razem z dziećmi Virginii z pierwszego małżeństwa. Wiadomo, że na ich plantacji pracowało kilkunastu niewolników.McLeanowie należeli do zamożnej klasy średniej, choć nie byli polityczną elitą. Sam Wilmer sympatyzował z Konfederacją i popierał secesję Wirginii, czyli jej odłączenie się od Unii. Nie był jednak fanatykiem i przede wszystkim chciał chronić najbliższych oraz rodzinny majątek.Czytaj też: Od Lincolna do Trumpa. Długa tradycja amerykańskich zamachów na prezydentówOd początku 1861 roku wojna wisiała w powietrzu. Wirginia wystąpiła z Unii, a armia federalna pod dowództwem generała Irvina McDowella ruszyła z okolic Waszyngtonu na Richmond, stolicę Konfederacji. Celem było szybkie rozbicie sił konfederackich pod Manassas, zanim nadejdą posiłki z doliny Shenandoah i stłumienie rebelii jednym zdecydowanym uderzeniem. Generał Beauregard, dowodzący konfederackimi wojskami w tym rejonie, potrzebował dogodnej kwatery blisko spodziewanego pola bitwy. Duży, solidny dom McLeana przy strategicznym szlaku, w pobliżu ważnego węzła kolejowego Manassas Junction idealnie się do tego nadawał. McLean zgodził się udostępnić posiadłość, bo liczył, że współpraca z armią uchroni jego rodzinę i interesy. Rzeczywistość okazała się inna.Kuchnię w Yorkshire szybko zamieniono w stację sygnałową. Stamtąd przekazywano rozkazy do oddziałów rozlokowanych wzdłuż Bull Run za pomocą systemu flag i świateł. To właśnie ta sygnalizacja zwróciła uwagę artylerzystów Unii, którzy wycelowali swoje działa w dom. Jeden z pocisków przebił ścianę i eksplodował w kuchennym palenisku, przerywając obiad sztabu generała. Dla Beauregarda był to zabawny incydent, ale McLean był przerażony. Wojna, która miała rozgrywać się gdzie indziej, właśnie wtargnęła do jego domu.Po bitwie budynek zamieniono w szpital polowy. Na ganku, który jeszcze niedawno służył rodzinie do popołudniowego odpoczynku, chirurdzy przeprowadzali amputacje. Yorkshire stało się też prowizorycznym więzieniem dla schwytanych żołnierzy Unii i cywilnych gapiów, którzy przybyli oglądać spodziewane zwycięstwo. Wśród nich znalazł się kongresman Alfred Ely z Nowego Jorku, który przyjechał z piknikowym koszykiem, a skończył jako więzień za zamkniętymi drzwiami w domu McLeana.Wojna i tak cię znajdzieSama bitwa, która rozegrała się 21 lipca 1861 roku – trzy dni po tym, jak kula armatnia wpadła do kuchni McLeana – przeszła do historii jako pierwsza bitwa nad Bull Run. Unioniści przekroczyli potok i zaatakowali lewe skrzydło konfederatów, początkowo odnieśli sukces i zepchnęli obrońców. Sytuacja odwróciła się jednak po południu, gdy dotarły posiłki konfederackie z doliny Shenandoah pod wodzą generała Josepha E. Johnstona. Żołnierze, którzy jeszcze poprzedniego dnia maszerowali pieszo, w ostatniej chwili wsiedli do pociągów i przyjechali koleją na Manassas Junction – był to jeden z pierwszych w historii przypadków użycia kolei do przerzutu wojsk na pole bitwy. Ich pojawienie się przechyliło szalę. Armia Unii załamała się i w panice uciekła z powrotem do Waszyngtonu. Tłumy cywilów, które rozsiadły się na wzgórzach z lunetami, by oglądać spodziewane zwycięstwo, rozbiegły się w popłochu, blokując drogi i mieszając się z cofającymi żołnierzami.Klęska ta rozwiała złudzenia Północy, że rebelia zostanie stłumiona w kilka tygodni. Jednocześnie utwierdziła wielu na Południu w przekonaniu, że wojna będzie krótka i zwycięska. McLean nie podzielał tego optymizmu. To, co zobaczył – amputowane kończyny, rannych jeńców, spanikowanych cywilów – wystarczyło, by podjął decyzję o sprzedaży posiadłości. Zamierzał przenieść się jak najdalej od frontu, który po pierwszym roku wojny przesunął się w inne rejony Wirginii. Wybrał więc Appomattox Court House – niewielką osadę oddaloną o około 190 kilometrów na południowy zachód od Manassas, położoną przy ważnym trakcie Richmond-Lynchburg Stage Road. Wiosną 1863 roku kupił tam solidny, murowany budynek, dawny zajazd. Dom miał przestronny salon – szczegół, który niebawem okazał się kluczowy.McLean liczył, że wojna go nie dosięgnie. I przez dwa kolejne lata wydawało się, że tak będzie w rzeczywistości. Walki toczyły się gdzie indziej – pod Gettysburgiem, Vicksburgiem, w Tennessee i Georgii. Konfederacja powoli się wykrwawiała, ale Appomattox pozostawało spokojną, senną wioską. McLean nadal sympatyzował z Południem: sprzedawał armii zapasy i udostępniał swoją posiadłość jako szpital dla konfederackich żołnierzy. Przede wszystkim jednak starał się chronić rodzinę i odbudować życie z dala od bezpośredniego zagrożenia.Tymczasem główna siła Konfederacji – Armia Północnej Wirginii pod dowództwem generała Roberta E. Lee – znajdowała się w coraz gorszym położeniu. Przez dziewięć miesięcy, od czerwca 1864 do kwietnia 1865 roku, Lee bronił się w okopach wokół Petersburga, osłaniając Richmond, stolicę Południa. Generał Ulysses S. Grant, naczelny dowódca armii Unii, nie próbował zdobyć miasta frontalnym szturmem. Zamiast tego metodycznie wydłużał linie frontu na zachód, odcinając kolejne drogi, którymi płynęło zaopatrzenie dla konfederatów. Zamierzał tak zagłodzić armię Lee i zmusić ją do wyjścia z umocnień. Wreszcie 2 kwietnia 1865 roku federalne oddziały przełamały konfederackie linie. Tej samej nocy Lee ewakuował Richmond. Miasto płonęło, bo wycofujący się konfederaci podpalili składy tytoniu i bawełny, a ogień szybko objął całe śródmieście.Armia Północnej Wirginii ruszyła na zachód w nadziei na połączenie się z siłami generała Josepha E. Johnstona w Karolinie Północnej. Grant nie dał jej wytchnienia. Jego piechota maszerowała po trzydzieści kilometrów dziennie, a kawaleria generała Philipa Sheridana bezlitośnie wchodziła na tyły konfederatów, niszcząc tory i przechwytując wozy z zaopatrzeniem. Głodni, wyczerpani żołnierze Lee porzucali po drodze broń i bagaże. Do 8 kwietnia wszystkie drogi ucieczki zostały odcięte. Armia Północnej Wirginii została okrążona nie gdzie indziej, jak właśnie pod Appomattox Court House.Czytaj też: ZSRR jako mem, czyli sowieckie kłamstwaRelikwie z domu McLeanaRankiem 9 kwietnia 1865 roku – w Niedzielę Palmową – Lee zatrzymał się pod jabłonią, skąd słał posłańców do Granta z prośbą o spotkanie. Wcześniej, o świcie, konfederaci podjęli jeszcze jedną próbę przebicia się przez linie Unii. Przez krótką chwilę mieli przewagę, ale gdy za horyzontu wyłoniły się niebieskie szeregi, stało się jasne, że dalsza walka nie ma sensu. „Nie pozostaje mi nic innego – miał powiedzieć do swojego sztabu – jak tylko pójść do generała Granta, choć wolałbym umrzeć po tysiąckroć”.Kiedy nadeszła pozytywna odpowiedź Granta, adiutant Lee, pułkownik Charles Marshall, pojechał do wsi, by znaleźć odpowiednie miejsce do rozmów. Appomattox Court House liczyło zaledwie kilkanaście budynków i Marshall od razu zapukał do drzwi McLeana. Ten najpierw zasugerował sąsiedni, opuszczony dom, ale nie było w nim mebli i nie działały piece. Marshall odmówił, potrzebował godnego wnętrza na spotkanie dwóch generałów. Wtedy McLean niechętnie wskazał własny salon.Około pierwszej po południu przybył Lee – w czystym, paradnym mundurze, ze szpadą u boku i czerwoną jedwabną szarfą. Chwilę później zjawił się Grant, zabłocony i w polowym mundurze bez ozdób. Rozmowy trwały około półtorej godziny. Lee siedział przy marmurowym stoliku, Grant przy małym biurku z drewna orzechowego. Z początku rozmawiali o Meksyku, gdzie obaj służyli przed wojną, jakby odwlekając kluczowy moment. W końcu Lee poprosił o podanie warunków kapitulacji. Te były nad wyraz łagodne: oficerowie i żołnierze zostaną zwolnieni na słowo honoru, oficerowie mogą zachować broń osobistą i bagaże, a wszyscy, którzy posiadają konie lub muły, mogą zabrać je do domu na wiosenną orkę. Lee podpisał dokument, podziękował i wyszedł.Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, oficerowie Unii dosłownie rzucili się na wyposażenie salonu. Historyk Peter S. Carmichael opisuje, że zrobili to z „jankeską efektywnością” – szybko, metodycznie i bez sentymentów: wycinali paski tapicerki z pluszowych sof, łamali nogi krzeseł, przywłaszczali świeczniki, aż pokój pozostał pusty. Wszystko – na pamiątkę. Dla ważniejszych oficerów – większe przedmioty. Generał Philip Sheridan wziął boczny stolik i podarował go George’owi Armstrongowi Custerowi, słynnemu generałowi Unii. Krzesło, na którym siedział Grant, trafiło do brygadiera Henry’ego Capeharta. Fotel Lee przywłaszczył podpułkownik Edward Whitaker. Marmurowy stolik, przy którym Lee podpisywał warunki, wyniósł generał Edward Ord. Chciał ofiarować go Julii Grant, żonie generała, ale ta odmówiła, uznając, że mebel należy się generałowi Lee. Stół ostatecznie trafił do Chicago History Museum, gdzie pozostaje do dziś. Ręcznik, którego wcześniej użył konfederacki goniec, został przecięty na pół. Jedną część zachował Whitaker, drugą podarowano żonie generała Custera, Elizabeth. Ta przekazała ją do zbiorów Smithsonian Institution. Zniknęła nawet lalka córki McLeana. Zabawka odnalazła się dopiero w 1993 roku i została przekazana do zbiorów muzealnych Appomattox Court House National Historical Park.Gorączka pamiątek przeniosła się na zewnątrz. Żołnierze obu stron rzucili się na jabłoń, pod którą Lee czekał na odpowiedź Granta. Kapral John Smith ze 118. pułku Pensylwanii armii Północy pisał do matki 11 kwietnia: „Płakałem! Przeklinałem! Ale postanowiłem, że dostanę kawałek tej wielkiej jabłoni, nawet gdybym miał wpaść do czterdziestu strumieni”. Po drodze faktycznie wpadł do wezbranego strumienia, ale do drzewa dotarł.Na miejscu widział ordynansa Granta ciągnącego cały konar oraz żołnierzy płacących od pięciu do dziesięciu dolarów za wiórki. Smith poprosił konfederatów stojących przy drzewie o odcięcie kawałka. Jeden z nich zapytał: „Co z tym zrobisz, Jankesie?”. „Zawiozę do domu jako wielką relikwię” – odparł Smith. Wtedy południowiec uciął mu kilka kawałków i odmówił przyjęcia pieniędzy: „Proszę, Jankesie, z moją dedykacją”. Gdy Smith wrócił, towarzysze błagali, by odsprzedał im kawałki za pięć dolarów, ale on odpowiadał: „Nie, idźcie sami wpaść do strumienia jak ja”. Kilka godzin później z jabłoni nie zostały nawet korzenie.Dom McLeana: zrób to samMcLean został ze splądrowanym mieszkaniem i plikiem bezwartościowych konfederackich banknotów. Człowiek, który dwukrotnie znalazł się w centrum historii, nie zyskał na tym nic. Próbował ratować finanse, ale w 1867 roku stracił dom na rzecz wierzycieli i wrócił z rodziną do Alexandrii. Dzięki koneksjom dostał posadę poborcy podatkowego w Porcie Aleksandrii nad rzeką Potomak, gdzie pracował do 1880 roku. Zmarł 5 czerwca 1882 roku, a jego żona przeżyła go o jedenaście lat. Oboje zostali pochowani w rodzinnej krypcie przy episkopalnym kościele św. Pawła, który pomagał zakładać ojciec McLeana.Za to dom, ten w którym podpisano kapitulację, zaczął żyć własnym życiem. W 1891 roku kapitan Myron Dunlap, weteran Unii, kupił go za 10 tys. dolarów (dziś to ok. 350-380 tys. dolarów, czyli ok. 1,4-1,5 mln zł). Postanowił rozebrać, przewieźć go na Wystawę Światową w Chicago w 1893 roku, a następnie postawić jako muzeum wojny secesyjnej w Waszyngtonie. Budynek w rzeczy samej został starannie rozebrany: cegły czyszczono pojedynczo, drewniane elementy ponumerowano, a drzwi i okna spakowano w całości. W instrukcji „złożenia” zapisano m.in.: „cegły układane ciasno, zaprawa z cementu James River lub Rosendale, okna z okiennicami, kominki otwarte do palenia drewnem na żelaznych trzonach”.Ale tak rozebrany dom nie opuścił Appomattox. W 1893 roku Dunlap zbankrutował i wszystkie te cegły, belki i okucia przeleżały na stercie przez następnych kilkadziesiąt lat. Dopiero w 1930 roku Kongres Stanów Zjednoczonych przeznaczył 100 tys. dolarów (dziś ok. 1,9-2,1 mln dolarów) na upamiętnienie miejsca kapitulacji. Początkowo planowano zbudować monument, 75-stopowy (ok. 22,9 m) dwupylonowy pomnik z portretami Granta i Lee oraz flagami obu stron. Projekt wybrano w 1932 roku, ale United Daughters of the Confederacy, organizacja kobiet Południa, kultywująca pamięć Konfederacji, natychmiast zaprotestowała. Jakikolwiek monument wzniesiony na ziemi Południa bez ich kontroli będzie obrazą pamięci żołnierzy – twierdziły działaczki. Przełom nastąpił w 1933 roku, gdy Franklin D. Roosevelt przekazał tereny wokół zrujnowanego domu nowo powstałej Służbie Parków Narodowych, czyli National Park Service. Pierwszy nadzorca instytucji, B. Floyd Flickinger, zalecił zamiast wznoszenia monumentu odbudowę domu McLeana, a także całej wioski z 1865 roku. Koszt prac oszacował na dokładnie tyle, ile Kongres już przeznaczył, czyli 100 tys. dolarów. Problemem okazała się jednak działka, która należała już do prywatnego właściciela, a ten nie chciał jej sprzedać. Negocjacje ciągnęły się latami, ale ostatecznie udało się.W lipcu 1940 roku do Appomattox przybyła jednostka afroamerykańskich weteranów I wojny światowej, skierowana do prac przygotowawczych przy rekonstruowaniu domu. Miejscowa biała ludność protestowała przeciwko czarnym robotnikom, a opiekun inwestycji, Hubert Gurney, pisał w raporcie: „Przeciwnicy czarnej kompanii ustąpią, gdy pierwsza fala niechęci opadnie”. I rzeczywiście, lokalna gazeta donosiła niebawem, że „czarni weterani wojenni oczyszczają teren z zarośli”. Rozpoczęto badania archeologiczne i odkryto fragmenty wyłożonych cegłami ścieżek, kuchenne palenisko oraz odkopano dodatkowe ok. 15 tys. oryginalnych cegieł z domu McLeana. W ziemi znaleziono też m.in. waflownicę do gofrów oraz oryginalne zamki do drzwi, które oczyszczono, naoliwiono i odłożono do późniejszego montażu. Pracę jednak wstrzymano, bo USA przystąpiły do wojny.Czytaj też: Wrzesień 1939 roku oczami podlaskich dzieci. Innego końca świata nie byłoCegła po cegleW 1947 roku przetarg wygrała firma C.W. Hancock and Sons. Tymi synami, czyli owymi „sons”, byli potomkowie budowlańców, którzy rozbierali dom jeszcze w 1893 roku. Prace trwały od stycznia 1948 do wiosny 1949. Cegły – nowe i stare – mieszano w proporcji 12:1, a około 5000 starych cegieł wmurowano z powrotem w ściany. Drewno pozyskano z rozbieranego budynku w Lynchburgu, dębowe gonty dachowe sprowadzono z Florydy. Każdy detal – od okiennic po żelazne ruszty w kominkach – odtwarzano według instrukcji Dunlapa sprzed pół wieku. Gurney pisał później: „Przywrócenie domu McLeana było w wielu aspektach wzorcowe […]. Podjęto wszelkie środki ostrożności i nawet FBI pomagało w badaniu starych rysunków pod kątem możliwego fałszerstwa”.Nowy-stary dom McLeana oddano w kwietniu 1950 roku. Na uroczystość przybyli potomkowie Granta i Lee – generał Ulysses S. Grant III oraz pastor Robert E. Lee IV – a także historyk Douglas Southall Freeman, laureat nagrody Pulitzera za biografię Lee. Motto uroczystości brzmiało: „Unia na zawsze” („The Union is forever”).Zdawać by się mogło – ostateczny koniec, ale nawet w XXI wieku historia ta wciąż żyje. W 2024 roku w komentarzu na blogu odezwała się Linda Crichlow White, potomkini Bettie Love Stewart – niewolnicy, która gotowała w kuchni McLeana w Manassas. I napisała: „Moja prababka była tam, gdy kula wpadła do kominka. Potem przeniosła się z rodziną McLeana do Appomattox”.