W Indiach wrze. Ruchy antyestablishmentowe to nieodzowny element współczesnej demokracji. Kuszą młodych ludzi, którzy nie ufają skostniałemu systemowi politycznemu, zajętemu samym sobą. Pokolenie Z jest pod tym względem szczególnie aktywne. W dobie mediów społecznościowych nieformalne organizacje stały się poważną siłą, zdolną nawet zmieść znienawidzoną władzę, co miało miejsce ostatnio choćby w Nepalu. Teraz protesty wzmagają się w Indiach. Ich symbolem jest karaluch. Partie polityczne lubią sięgać po zwierzęce symbole. Spójrzmy na Stany Zjednoczone – dwa największe ugrupowania mają swoje maskotki, odnoszące się do cech zwierząt, które politycy chcą pielęgnować bądź chcą być przez taki przykład postrzegani. Z lepszym lub gorszym skutkiem.Demokraci postawili na poczciwego osła z jego pracowitością, wytrwałością, odpornością, ale i pragmatyzmem. Trochę na przekór, gdyż to przeciwnicy polityczni zaczęli tak nazywać Andrew Jacksona podczas kampanii prezydenckiej, w kontekście jego uporu, ale też z szacunkiem za jego prostolinijność.Republikanie obnoszą się natomiast ze słoniem, podnosząc jego siłę, dostojność czy niezwykłą pamięć. Co ciekawe, oba symbole spopularyzowała jedna osoba – rysownik i komentator polityczny Thomas Nast, który w latach 70. XIX wieku publikował w czasopiśmie „Harper's Weekly”.Ale karaluch? Wstrętny owad żerujący w odpadkach, symbol syfu i plugastwa? Raczej nie porywa, ludzie widzący karalucha nie myślą „tak, chcę być taki, jak on”. Bynajmniej karaluchy nie cieszą się poważaniem, w odróżnieniu od pracowitych pszczółek czy niezmordowanych mrówek.Karaluchy a niesporczakiJednak i karaluchy mają niezwykłe właściwości – są doskonale przystosowane do życia w trudnych warunkach i wręcz niezniszczalne. Mówi się, że przetrwają zagładę atomową. Tak i nie. Z falą uderzeniową i temperaturą sięgającą kilku tysięcy stopni Celsjusza sobie nie poradzą, ale są w stanie przeżyć dawkę promieniowania dziesięciokrotnie wyższą niż ta, która bez trudu zabije człowieka.Są jednak bardziej odporne stworzenia. Mikroskopijne niesporczaki potrafią przetrwać w temperaturach od prawie zera absolutnego aż do 150 stopni Celsjusza, zniosą tysiąc razy silniejsze promieniowanie jonizujące niż jakiekolwiek inne zwierzę, przeżyją pobyt w próżni kosmicznej, ciśnienie 6 tysięcy atmosfer, a nawet – w stanie anabiozy – 100 lat bez wody.Niezwykłe niesporczaki nie funkcjonują jednak w naszej przestrzeni semantycznej jak karaluchy. Te drugie kojarzą nam się zasadniczo źle, nie przeszkodziło im to jednak w nieoczekiwany sposób zaistnieć w polityce. Stały się wręcz pozytywnym symbolem uporu i oporu.Zaczęło się od tego, że Surya Kant, prezes Sądu Najwyższego Indii, publicznie nazwał młodych bezrobotnych ludzi biorących się za dziennikarstwo i aktywizm „karaluchami” oraz „pasożytami”. – Są młodzi ludzie jak karaluchy, którzy nie mają żadnej pracy… niektórzy biorą się za media, inni za media społecznościowe, jeszcze inni zostają aktywistami RTI (RTI to Ustawa o prawie do informowania z 2005 roku – przyp. red.) i zaczynają atakować wszystkich – wyraził najgłębsze oburzenie.Sędzia kontratakujeOczywiście zaraz wybuchła afera. Kant zaczął się tłumaczyć, że tak naprawdę miał na myśli osoby z „fałszywymi i zmyślonymi dyplomami”, a nie ogólnie indyjską młodzież, która no faktycznie ma problemy na rynku pracy. A w ogóle to słowa zostały złośliwie wyrwane z kontekstu i nie róbmy zagadnienia. Sęk w tym, że osoba piastująca takie stanowisko powinna dobierać słowa z najwyższą ostrożnością.Mleko się rozlało. Niezależnie od intencji sędziego Kanta, jego słowa były jak oliwa dolana do ognia. Taki jest bowiem stan niezadowolenia milionów młodych ludzi w Indiach, którzy nie mają perspektyw, za to słuchają bredzenia o niesłychanym rozwoju. Zaczęło się od licznych komentarzy w mediach społecznościowych i pewnie sprawa w końcu by ucichła, gdyby nie żart niejakiego Abhijeeta Dipkego, stratega zajmującego się komunikacją polityczną.30-letni Dipke to absolwent komunikacji społecznej na Uniwersytecie w Bostonie. Przed laty współpracował z Aam Aadmi Party (AAP), organizacją zajmującą się przede wszystkim tropieniem korupcji w Indiach, szczególnie aktywną w mediach społecznościowych. Nazajutrz po słowach sędziego postawił słuszne pytanie: „A co jeśli wszystkie karaluchy się zbiorą?”.Zaraz zaczął szukać odpowiedzi i można odnieść wrażenie, że i jego ona zaskoczyła. Zgrywus stworzył profil fikcyjnej Karaluchowej Partii Ludowej (Cockroach Janata Party; CJP). Nawiązuje ona wprost nazwą do rządzącej od 2014 roku Indyjskiej Partii Ludowej (Bharatiya Janata Party; BJP).Premier Modi kontra internetPremier Narendra Modi lubi się chwalić, że Indie to największa demokracja świata. Krytycy zarzucają mu jednak, że od 12 lat coraz mniej mu po drodze z demokracją. Podnoszą choćby ograniczanie wolności słowa. Przestrzenią, której Modi nie może przejąć, gdzie wolność słowa może kwitnąć, jest internet.Ten przykry dla przywódców marzących o miłości podanych czynnik sprawił, że popularność Karaluchowej Partii Ludowej zaczęła rosnąć lawinowo. – Pomyślałem, że powinniśmy się wszyscy zjednoczyć i może po prostu stworzyć platformę – wyjaśnił Dipke w rozmowie z BBC.Faktycznie ludzie zaczęli się jednoczyć. CJP już ma milionową rzeszę wirtualnych członków. Kryteria nie są szczególnie wymagające. Kandydat musi więc być bezrobotny, leniwy, stale grzebać w internecie i posiadać „umiejętność profesjonalnego wygłaszania tyrad”.Do tego dochodzą miliony obserwujących w mediach społecznościowych. Tylko na Instagramie są ich obecnie niemal 23 miliony (BJP premiera Modiego – 9 milionów). Internauci chcący pokazać rządzącym środkowy palec wykorzystują też hasztag #MainBhiCockroach, czyli „ja też jestem karaluchem”. Symbolem ruchu jest maska karalucha, chętnie nakładana przez zwolenników. Takie jednoczące symbole potrafią być bardzo potężne, potężniejsze niż sam ruch – pamiętamy maski Guya Fawkesa podczas rozmaitych protestów w ostatnich latach.Popularności Karaluchowej Partii Ludowej nie mogła naturalnie zlekceważyć indyjska opozycja. Każdy chce coś ugrać. Akhilesh Yadav, lider Partii Samajwadi, od razu zaczął puszczać oko do członków i osób popierających CJP. Poparcie dla ruchu przekazali już choćby posłanka i inwestorka Mahua Moitra, polityk Kongresu Trinamul i był krykiecista Kirti Azad czy ceniony prawnik Prashant Bhushan.Polityczna graSpecyfika ruchów antyestablishmentowych jest taka, że ugrupowania nie potrzebują tego typu poparcia. Nie ma szans, by ktoś z politycznego status quo mógł podczepić się pod sukces CJP (na razie w internecie). Znudzeni zabetonowanym układem politycznym ludzie nie dają się złapać na takie numery. Po drugie, partia fizycznie nie istnieje, nie bierze więc udziału w polityczne grze.Karaluchy przedostają się jednak do realnego świata. Najpierw pojedynczo. Sympatycy partii w maskach tych owadów dołączali na przykład do akcji sprzątania. W końcu rozpoczęły się masowe manifestacje w wielu miastach oraz konkretne postulaty. Partia zapowiedziała bezterminowy strajk okupacyjny w Delhi od 20 czerwca, jeśli minister edukacji Dharmendra Pradhan nie ustąpi ze stanowiska.Aktywiści postawili ultimatum – albo znienawidzony Pradhan poda się do dymisji albo premier Modi go odwoła. Podnoszą przede wszystkim liczne nieprawidłowości w systemie egzaminowania. Wyraźna jest przy tym frustracja młodych ludzi wobec korupcji i fatalnie prowadzonego szkolnictwa w Indiach. Jeżeli warunek nie zostanie spełniony, protesty „rozprzestrzenią się na cały kraj” – oświadczyła CJP.Premier Modi próbuje przeczekać kryzys, jest w tym zresztą mistrzem. Pokazał się na szczycie państw G7 we francuskim Évian. Pouśmiechał się, stojąc obok prezydenta USA Donalda Trumpa i innych przywódców. Nie wiadomo, jak poważnie traktuje to, co zaczęło dziać się na ulicach indyjskich, tymczasem atmosfera wyraźnie gęstnieje.Atak na lidera CJPW poniedziałek 15 czerwca podczas protestu w Dżajpurze (przypadkiem wyznaczonego przez władze na godzinę 15, gdy panuje największy upał) Dipke został uderzony przez przeciwnika. Winnych aktywiści znaleźli w policji, która ich zdaniem nie zabezpieczyła odpowiednio manifestacji. Wcześniej partia oskarżała rządzących o próbę włamania na konto CJP na Instagramie.„To wszystko są taktyki i metody, które mają nas zastraszyć, zastraszyć i odwrócić uwagę od problemu. Nie powinniśmy w ogóle odciągać od niego uwagi. Naszym jedynym żądaniem jest rezygnacja Dharmendry Pradhana. Musi ustąpić za niesprawiedliwość wyrządzoną studentom i ich samobójstwa” – grzmiał lider Karaluchów w mediach społecznościowych.Czytaj także: Raper wywraca scenę polityczną. Sensacyjne zwycięstwo w Nepalu„Nawet jeśli zaatakujecie nas raz czy dziesięć razy, nawet jeśli nas uderzycie raz czy dziesięć razy, nadal będziemy powtarzać, że Dharmendra Pradhan musi odejść” – podkreślał. „Bez względu na to, ile razy podniosą ręce, nie odpowiemy przemocą. Nasz ruch jest pokojowy i będziemy go kontynuować w pokoju i miłości” – przekonywał Dipke.Przywódca Karaluchów może zapewniać o pokojowej misji, ale ulica bywa niepokornym żywiołem, z własną dynamiką. Protesty mogą łatwo eskalować, tym bardziej że problem narasta od wielu lat. Dziś Indie mają jedną z najmłodszych populacji na świecie – około połowa z 1,4 miliarda mieszkańców kraju ma poniżej 30 lat, zaś aż 27,3 proc. mieści się w przedziale 15-29 lat (dane z marca ubiegłego roku). Ta młodzież czuje się wykluczona z polityki, jej frustracja postępuje.Ubiegłoroczne badanie kilku ośrodków wskazuje, że młodzi ludzie owszem są aktywni, angażują się w rozmaite akcje wsparcia, działalność organizacji non-profit, ale jeżeli chodzi o politykę, ogranicza się to w zasadzie wyłącznie do głosowania. Oceniono, że taka postawa może wynikać z rozczarowania, braku zaufania do systemu politycznego czy poczucia braku skuteczności przywódców w rozwiązywaniu problemów młodych.Sfrustrowana młodzieżW Indiach wciąż są liczne poważne bariery, które uniemożliwiają młodym realizowanie się. To choćby nierówności ekonomiczne, nierówność w dostępie do edukacji czy ograniczony dostęp do dóbr. „Ludzie są sfrustrowani, bo czują, że nikt ich nie słucha ani nie reprezentuje” – wyjaśnił Dipke.Te dane i słowa powinny być dla premiera Modiego sygnałem ostrzegawczym. Szybko bowiem to, co początkowo było internetowym żartem, może stać się realnym problemem dla rządu. Konsekwencje mogą być trudne do przewidzenia. Oddolne ruchy Pokolenia Z potrafią nawet zmieść rządzących. Tak było choćby na Sri Lance w 2022 roku, Bangladeszu w 2024 roku czy w Nepalu w ubiegłym roku. W tym ostatnim kraju premierem został raper Balendra Shah. Kluczowe w tych przykładach jest to, że młodzi nie wystraszyli się kul i pałek.Dipke twierdzi, że Karaluchy takich ambicji nie mają. „Pozwólcie, że wyrażę to absolutnie jasno. Nie obrażajcie ani nie lekceważcie Pokolenia Z w Indiach, dokonując takich porównań. Młodzież tego kraju jest o wiele bardziej dojrzała, świadoma, także politycznie, niż wielu się wydaje. Rozumie swoje prawa konstytucyjne i będzie wyrażać swój sprzeciw w sposób pokojowy i demokratyczny” – przekonywał.Czy Indiom grozi rewolucja społeczna? Przypuszczalnie nie. Sukcesem CJP będzie już odwołanie ministra edukacji. I jednocześnie początkiem pracy. Jeżeli Dipke chce odmienić los młodych ludzi, będzie musiał skanalizować ich energię i zbudować realną partię. Polityczny establishment ma jednak tę brzydką przypadłość, że potrafi antyestablishmentowe ruchy wchłonąć i wykorzenić, a więc zneutralizować. Przykłady mieliśmy także w Polsce. Karaluchy będą musiały wykazać się nie lada odpornością i uporem. Z inercją nie ma żartów.