I ma dobry powód. Na początku nikt nie traktował jej poważnie. Tym bardziej wielkie koncerny, dla których pracownica biurowa kancelarii prawnej była raczej żartem, a nie poważnym przeciwnikiem. Wkrótce jednak szefowie tych firm przekonali się, jak bardzo się mylili. Erin Brockovich pomogła wywalczyć najwyższe w historii USA odszkodowanie związane z zatruciem środowiska. Teraz wraca przy okazji kolejnej głośnej sprawy, która już w ciągu kilku lat może dotknąć wielu z nas. Nie planowała zostawać bohaterką. To ostatnie, co przyszłoby jej do głowy, ale – jakkolwiek tandetnie to zabrzmi – została nią przypadkiem. Wszystko zaczęło się od wypadku samochodowego, z którego Erin wyszła mocno poturbowana. Amerykański system ochrony zdrowia jest skonstruowany zupełnie inaczej niż w wielu krajach Europy. I chociaż to w ostatnich latach słychać szczególnie głośne narzekania, ponad trzy dekady temu też wcale nie było różowo. Leczenie i rehabilitacja po wypadku oznaczały spory wydatek. Brockovich (która „odziedziczyła” słynne już nazwisko po drugim mężu) postanowiła więc zawalczyć o wyższe odszkodowanie za wypadek. Akurat przeprowadziła się z Reno w Nevadzie z powrotem do Kalifornii, w okolice Los Angeles, więc wynajęła polecaną przez znajomego tamtejszą kancelarię: Masry & Vititoe. Współpraca zakończyła się umiarkowanym sukcesem. Erin wywalczyła co prawda pieniądze, ale kwota była tak niska, że nie rozwiązywała jej problemów. A tych samotna matka trójki dzieci miała wiele. Przede wszystkim musiała zarobić na rodzinę, więc przekonała Eda Masry’ego, jednego z partnerów w kancelarii, żeby ją zatrudnił.Ludzie bali się pić wodę z kranu. Skończyło się rekordową ugodąW firmie zajmowała się sprawami biurowymi. Nie miała prawniczego wykształcenia, ale była dobrze zorganizowana – w sam raz, żeby zapanować nad papierami dotyczącymi aktualnie prowadzonych spraw. Erin miała też cechę, która potem okazała się wyjątkowo cenna w jej pracy: z łatwością nawiązywała kontakt z ludźmi. Rozmawiając z innymi matkami w kalifornijskim miasteczku Hinkley, szybko odkryła, że jest tam coś, co spędza mieszkańcom sen z powiek, za to zupełnie nie obchodzi polityków. CZYTAJ TEŻ: Newstalgia to niewinny powrót do przeszłości? „Recyklingi popkulturowe są częścią kapitalizmu”Dzięki rozmowom i – zdecydowanie niełatwemu – śledztwu, a także wyjątkowemu uporowi, Brockovich zdołała ustalić oraz dowieść, że firma Pacific Gas & Electric przez lata w niewłaściwy sposób pozbywała się odpadów zawierających chemikalia. W ten sposób bezkarnie zanieczyszczała wody gruntowe w Hinkley toksycznymi, rakotwórczymi substancjami. Proceder odbił się na zdrowiu prawie połowy mieszkańców. Erin tak długo namawiała swoich szefów, żeby zająć się tą sprawą, że w 1993 roku do sądu trafił pozew przeciwko gigantowi. Trzy lata później doszło do ugody, która zresztą pobiła wówczas rekord w tego typu sprawach w USA. Ponad 600 mieszkańców Hinkley otrzymało 333 miliony dolarów. To wydarzenie zmieniło nie tylko losy ludzi, którzy przez lata bezskutecznie walczyli o sprawiedliwość. Odmieniło też życie Erin Brockovich, która dostała za swoją pracę przy sprawie 2,5 miliona dolarów. Później dołączyły do tego pieniądze zarobione dzięki głośnemu filmowi z Julią Roberts w roli głównej. W ten sposób skromna, ale uparta pracownica biurowa, która jeszcze niedawno nie miała pieniędzy na czynsz, mogła kupić nowy dom dla swojej rodziny. Erin dostała później własne programy telewizyjne, w których pomagała rozwiązywać problemy, a także motywowała widzów, pokazując na swoim przykładzie, że nawet spore przeszkody da się pokonać. Wydała książkowy bestseller, założyła firmę, zaczęła jeździć po świecie z wykładami i na dobre zaangażowała się w sprawy związane z zanieczyszczeniem środowiska. Dlaczego więc, po tych wszystkich latach, akurat teraz wróciła na pierwsze strony gazet? Otóż aktywistka znów staje do walki z Goliatem, tyle że tym razem nie są nim koncerny energetyczne ani chemiczne, lecz centra danych. Czym są centra danych? Internet to dane, ogromne ilości danych. A takie dane trzeba gdzieś przechowywać. Temu właśnie służą centra. W największym uproszczeniu – są to obiekty, w których znajdują się komputery, serwery i „pomocniczy” sprzęt, pozwalający im w ogóle funkcjonować. Nie jest to zresztą żaden nowy wynalazek. Centra danych powstają i rozwijane są od dziesięcioleci, funkcjonują również w Polsce. Ba, czytając ten tekst, korzystasz, Drogi Czytelniku, z jednego, a być może nawet kilku centrów danych. Dlaczego więc wcześniej nikt nie zaprzątał sobie nimi głowy? Cała tajemnica tkwi w skali. Dotychczasowe centra były – przynajmniej w porównaniu do obiektów, które dzisiaj są przedmiotem kontrowersji – najczęściej stosunkowo niedużymi obiektami. Z ich usług korzystały na przykład sklepy internetowe, które musiały gdzieś przechowywać dane dotyczące oferty, transakcji i klientów. To, że jesteśmy w stanie zalogować się do e-sklepu i znaleźć historię zakupów, jest zasługą właśnie między innymi centrów danych. Wszystko zmieniło się jednak wtedy, gdy na dobre zaczęto wprowadzać AI dla „zwykłych” użytkowników. CZYTAJ TEŻ: Cosplay jako język architektury, czyli miejska estetyka BakuModele językowe, na których opierają się popularne usługi sztucznej inteligencji, wymagają ogromnych zasobów – znacznie większych niż choćby wspomniane sklepy. Do tego inwestorzy, którzy przeznaczyli na rozwój AI ogromne kwoty, chcą widzieć efekty – i to szybko. Z badań Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) wynika, że wystarczyły dwa lata działalności ChatGPT, żeby aż 40 proc. gospodarstw domowych w USA i Wielkiej Brytanii deklarowało korzystanie z chatbotów AI. Używanie usług związanych ze sztuczną inteligencją zadeklarowała w 2025 roku podobna liczba dużych firm. A to dopiero początek. Na to przynajmniej liczą firmy oferujące usługi związane z AI. Stąd pęd do budowania ogromnych centrów w ostatnich latach. Według Goldman Sachs, w 2027 roku AI ma odpowiadać za niemal 30 proc. światowego rynku takich centrów. To ponad dwa razy więcej niż obecnie. Nic więc dziwnego, że nowe obiekty powstają jak grzyby po deszczu, a kolejne są w planach. Największe centra danych, które akurat znajdują się w USA, zajmują teren równy 17 boiskom piłkarskim. I tu pojawia się problem. Im większa moc obliczeniowa i sam obiekt, tym większy wpływ na środowisko. Sto słów od AI „kosztuje” butelkę wody IEA obliczyła, że standardowe centrum danych AI zużywa tyle energii elektrycznej, ile 100 tys. gospodarstw domowych. Trochę inaczej sytuacja wygląda w przypadku tych największych obiektów, bo tu wartości są nawet 20 razy większe. Do tego intensywnie pracujący sprzęt mocno się nagrzewa, więc trzeba go nieustannie chłodzić, a to oznacza zapotrzebowanie na hektolitry wody. Oczywiście część centrów wykorzystuje odnawialną energię, niektóre – jak obiekt Google w stanie Georgia – próbują też ograniczać zużycie wody i chłodzić sprzęt przy pomocy oczyszczonych ścieków, ale to raczej jednostkowe przypadki. W większości centra okazują się niestety uciążliwym sąsiedztwem, bo „sprowadzają” na mieszkańców problemy, jakich ci nawet sobie nie wyobrażali.I właśnie tym postanowiła zająć się Erin Brockovich. „Spędziłam lata, słuchając ludzi, zwłaszcza tych, którym kazano siedzieć i milczeć, którym powiedziano, że ich podwórko jest bezpieczne, a woda jest zdatna do picia” – przyznała aktywista. Brockovich stworzyła stronę internetową, której najważniejszym elementem jest mapa centrów danych w USA. Pinezki pokazują nie tylko istniejące obiekty, ale też te, które są w budowie albo nawet na etapie planowania. Setki czerwonych kropek oznaczają z kolei zgłoszenia mieszkańców, którzy już doświadczają problemów w związku z takimi centrami lub boją się, że niedługo odczują na własnej skórze skutki niechcianego sąsiedztwa. Zgłoszenia są przyjmowane od końca kwietnia. Sama Erin przyznała, że spodziewała się sygnałów, ale to, z jakim odzewem spotkała się jej akcja, zaskoczyło ją samą. W rozmowie z CNN powiedziała: – Zobaczyłam od razu zgłoszenia z 49 stanów. Boże, to przecież cały kraj.Wiele osób, patrząc na mapę, zwraca uwagę na to, jak duże jest zagęszczenie tego typu inwestycji, nawet na etapie projektów, w rejonach, które w ostatnich latach już cierpiały z powodu suszy. Biorąc pod uwagę to, ile wody zużywają centra danych, nietrudno przewidzieć, że mieszkańców czekają spore problemy. Mówiąc wprost: ludzie i gigantyczne obiekty będą zwyczajnie walczyć o wodę. Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside wyliczyli, że odpowiedź AI na nasze zapytanie, złożona zaledwie ze 100 słów, „kosztuje” nas butelkę wody, bo tyle jej potrzeba do chłodzenia i zasilania sprzętu. CZYTAJ TEŻ: Wojskowy majstersztyk. Tajwański pomysł na wojnę z ChinamiOczywiście wiele osób sugeruje, żeby w takim wypadku po prostu się przeprowadzić i uwolnić się od nowego, kłopotliwego sąsiedztwa. Tyle że nie jest to wcale takie proste, choćby dlatego, że wartość domów w pobliżu takich inwestycji błyskawicznie spada. Trudno też wyobrazić sobie, żeby ktoś z pełną świadomością kupił posesję w pobliżu istniejącego centrum danych i skazał się na to, na co obecni mieszkańcy masowo skarżą się nie tylko w pismach do władz, ale też w sieci. „Jeśli centra danych są tak świetne, dlaczego są budowane w tajemnicy?”Rosnące rachunki za prąd – chociaż irytują – to akurat najmniejszy problem w porównaniu z tym, jak wygląda codzienne życie wielu osób. Centra danych to ogromne obiekty z gigantyczną ilością sprzętu, który generuje hałas. Za sporą jego część odpowiadają systemy chłodzenia i wentylatory. To sprawia, że szum z takich obiektów może być słyszalny nawet w odległości kilkuset metrów. Już hałas powyżej 65 decybeli jest w stanie podnieść ciśnienie i poziom stresu człowieka. Jako dodatkowo szkodliwe dla słuchu traktuje się wartości powyżej 85 decybeli. Tymczasem z danych Environmental and Energy Study Institute wynika, że wiele takich obiektów emituje hałas rzędu 95 decybeli – i to niemal przez całą dobę. Oczywiście, można próbować wygłuszyć budynki ze sprzętem, ale to dodatkowe koszty i często konieczność zapewnienia jeszcze lepszego chłodzenia, więc mamy błędne koło.A chłodzenie to wspomniana woda, z którą wiele osób i tak ma już spory problem. Sąsiedzi wielkich obiektów narzekają na przykład, że z ich kranów płynie brunatna ciecz, o ile w ogóle cokolwiek płynie. Beverly Morris z Mansfield w amerykańskim stanie Georgia skarżyła się BBC, że jej domowa instalacja ma spory problem z ciśnieniem wody, a ona sama „boi się pić to, co płynie z kranu”. Firma, do której należy centrum danych, utrzymywała, że jej inwestycja nie ma nic wspólnego z problemami mieszkańców. Kobieta nie dała się jednak przekonać, że fakt, iż początek jej kłopotów przypadł na powstanie obiektu, to tylko zbieg okoliczności.Warto pamiętać, że centra danych mają wpływ nawet na tych ludzi, który mieszkają tysiące kilometrów dalej. Powodem jest właśnie „żarłoczność” tych obiektów pod względem energii. Brytyjskie władze liczyły, że tego typu inwestycje w kraju pozwolą na rozwój gospodarki. Zimny prysznic przyszedł, kiedy w kwietniu tego roku opublikowano aktualne szacunki dotyczące emisji dwutlenku węgla przez centra AI. Wcześniej zakładano, że rocznie takie emisje w Wielkiej Brytanii nie powinny przekroczyć 0,142 mln ton. Teraz okazuje się, że może to być nawet ok. 123 ton w ciągu 10 lat. To wartości podobne do tych, jakie generowałoby 2,7 mln ludzi. Przy założeniu, że mieszkańcy sąsiedniej Unii Europejskiej dla ratowania planety przytwierdzają nakrętki do butelek i de facto płacą za emisję dwutlenku węgla, te szacunki brzmią jak ponury żart. „Jeśli centra danych są tak świetne, dlaczego są budowane w tajemnicy?” – dopytuje Erin Brockovich. I zdradza, że ludzie, którzy już mieszkają albo wkrótce będą mieszkać w pobliżu centrów, żalą się na jeszcze jedną rzecz: czują się ignorowani. Bywa, że społeczności dowiadują się o nowym sąsiedztwie jako ostatnie. Na terenach północno-wschodniej Luizjany Meta buduje kampus AI o nazwie Hyperion. „Po zakończeniu będzie zużywać więcej energii elektrycznej niż całe miasto Nowy Orlean i będzie mieć powierzchnię równą dolnemu Manhattanowi” – pisze na swojej stronie aktywistka. Przytacza przy okazji relację jednej z okolicznych mieszkanek. Kobieta dowiedziała się o centrum danych wtedy, kiedy na pobliski teren wjechał sprzęt budowlany. Podobnie jej sąsiedzi. Aktywistka przyznała w wywiadzie dla CNN, że utrzymywanie planów stawiania kolejnych centrów w tajemnicy aż do ostatniej chwili to rzeczywiście spory problem. – Wszystkie przypadki, jakie zgłaszają mi ludzie – a czytam każdą z tych opowieści – wyglądają bardzo podobnie (...). Robienie tajemnicy z inwestycji, umowy o zachowaniu poufności, brak możliwości wypowiedzenia się przez lokalne społeczności – opisywała w rozmowie ze stacją.– Zacznijmy od tego, że rozmiary tych obiektów są niesamowite. Ludzie widzą, jak pod centra wycina się masę drzew. Mieszkańcy martwią się o ziemię, dzikie zwierzęta, o to, że będą musieli się wynieść (...). Najlepsze, co możemy teraz zrobić, to posłuchać społeczności, które już żyją w otoczeniu takich obiektów, które mają z nimi styczność na co dzień – podkreśliła Brockovich.CZYTAJ TEŻ: Psycholog: Psychopata to często człowiek, który żyje pośród nasZarobek i miejsca pracy kontra komfort życia Trudno się dziwić lokalnym władzom, nie tylko tym w Stanach Zjednoczonych. Rządzący chcą się wykazać przed wyborcami, ściągać inwestycje, liczą na to, że centra danych zapewnią miejsca pracy i ożywią gospodarkę. To dlatego w niektórych stanach USA, np. Illinois, Iowa czy Kansas, takie obiekty przyjmowane są z otwartymi ramionami – i odpowiednimi ulgami podatkowymi albo finansowymi zachętami. Inne stany, jak choćby Missouri czy Pensylwania, chcą, żeby właściciele centrów danych ponosili pełne koszty zużywanego prądu, aby nie cierpieli na tym zwykli mieszkańcy. „Dobrą wiadomością jest to, że kiedy społeczności się organizują i działają, warunki potrafią się zmieniać” – motywuje Erin. I faktycznie, są miejsca, w których udało się wywrzeć presję, a lokalne władze zaczęły się zastanawiać, czy na pewno takie centrum danych w okolicy jest najlepszą rzeczą, jaka mogła spotkać jej mieszkańców. Przykłady? W Monterey Park w Kalifornii przegłosowano uchwałę o zakazie stawiania tego typu obiektom. „Nie” mówi im też Monroe Township, a Reno w Nevadzie zawiesiło wydawanie ewentualnych decyzji w sprawie takich inwestycji. Natomiast choćby Seattle w stanie Waszyngton na rok wstrzymało wszelkie decyzje związane z powstawaniem centrów danych. Miasto chce zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja i obserwować, jak takie obiekty w praktyce wpływają na sąsiedztwo, tym bardziej w dużej aglomeracji. Problemów nie uniknął nawet biznesowy celebryta Kevin O’Leary, który mierzył się z protestami przeciwko swojej inwestycji w stanie Utah. W kontekście centrów danych AI najczęściej mówi się o Stanach Zjednoczonych – i to nie przypadek. To stamtąd pochodzą giganci tego biznesu, na dodatek USA walczą o prymat w branży choćby z Chinami, więc trudno się dziwić, że władze robią wszystko, aby ten wyścig wygrać. Nawet jeśli po drodze trzeba będzie coś poświęcić. Jednak podobne problemy będzie mieć wkrótce wiele innych krajów, również w Europie, bo bez kolejnych obiektów nie ma szans na szybki rozwój AI. Demonizowanie sztucznej inteligencji jako takiej nie ma większego sensu. Wiele już dostępnych rozwiązań naprawdę jest w stanie ułatwić nam życie, a przecież kolejne lata mogą przynieść znacznie bardziej zaawansowane systemy. Trzeba będzie tylko – a może się to stać znacznie wcześniej, niż myślimy – odpowiedzieć sobie na pytanie: czy warto? Czy, oczywiście pomijając miliardowe dochody właścicieli, bilans wychodzi na plus. I o to właśnie chodzi Erin Brockovich. O uczciwą ocenę, czy problemy z wodą, prądem albo pogorszenie komfortu życia są ceną, jaką warto płacić. Tym, bardziej że – jak podkreśla Erin – tempo pojawiania się nowych obiektów obsługujących sztuczną inteligencję jest „szokujące”.Jedno jest pewne: jeśli akurat ta aktywistka postanowiła zająć się sprawą, to sąsiedzi centrów danych zyskali cennego sojusznika, za to inwestorzy – wyjątkowo groźnego przeciwnika, który nie znosi się poddawać. CZYTAJ TEŻ: Lepkie ręce ukraińskich elit. Wojna wcale nie jest przeszkodą