Opolska komentuje. Bywają decyzje błędne, niezrozumiałe, ale są również takie, które trudno nazwać inaczej niż haniebnymi. Do tej ostatniej kategorii należy nadanie przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego jednej z jednostek ukraińskiej armii imienia bohaterów UPA. W Polsce pamięć o rzezi wołyńskiej jest wciąż żywą raną. Dlatego uczynienie patronami walczącej dziś armii ukraińskiej formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków musiało zostać odebrane jako gest głęboko krzywdzący. I nie zmienia tego argument, że (jak poinformował ukraiński minister spraw zagranicznych) był to wybór samych żołnierzy. Owszem, można przyjąć, że młodzi ludzie, walczący od ponad czterech lat z rosyjską agresją, nie muszą znać całego kontekstu historycznego. Chociaż powinni. Ale prezydent Ukrainy nie ma prawa zasłaniać się niewiedzą swoich podwładnych. Wołodymyr Zełenski doskonale wie, czym UPA jest dla Ukraińców i czym jest dla Polaków. Wie również, że relacje polsko-ukraińskie są dziś zbyt ważne, by narażać je na szwank pochopnymi decyzjami.Tym bardziej że przez ostatnie lata Polska i Ukraina zbudowały partnerstwo oparte nie tylko na wspólnym zagrożeniu ze strony Rosji, ale również na zwykłej ludzkiej solidarności – coś, co jeszcze dekadę temu wydawało się niemal niemożliwe. Miliony uchodźców przyjętych przez Polaków, ogromna pomoc wojskowa, polityczna i gospodarcza, wszystko to sprawiło, że oba kraje zaczęły mówić o sobie jak o strategicznych partnerach. I właśnie dlatego decyzja Zełenskiego boli tym bardziej.Naturalną konsekwencją musiała być reakcja po polskiej stronie. Prezydent Karol Nawrocki zapowiedział odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego – odznaczenia najwyższego, jakie Rzeczpospolita może przyznać. W poniedziałek w tej sprawie obradowała kapituła Orderu Orła Białego. Wiadomo, że opinia została przekazana prezydentowi, nie wiadomo jednak, jaka była jej treść. Nieoficjalnie mówi się, że nie było jednomyślności.Czytaj też: Projekt uchwały ws. ludobójstwa na Wołyniu. Apel do władz UkrainyMożna jednocześnie uważać decyzję Zełenskiego za skandaliczną i mieć wątpliwości, czy odebranie Orderu Orła Białego jest właściwą odpowiedzią. Tak jak można uznawać, że pamięć o Wołyniu nie może być relatywizowana, a zarazem dostrzegać, że Polska i Ukraina mają dziś wyjątkowo zbieżne interesy strategiczne. Można wreszcie rozumieć emocje i jednocześnie nie chcieć spalić wszystkich mostów.Teraz już wiemy, że prezydent Karol Nawrocki nie zamierza podejmować decyzji przed swoją wizytą w Stanach Zjednoczonych. Poinformował o tym rzecznik prezydenta Rafał Leszkiewicz w rozmowie z Telewizją Republika. A to może oznaczać, że być może trwają jeszcze zakulisowe rozmowy, a obie strony szukają wyjścia z sytuacji, wydawałoby się, patowej.Tymczasem w Polsce toczy się jeszcze jedna debata, znacznie bardziej niepokojąca – o tym, kto ma jakie pochodzenie i co z tego wynika.Wszystko zaczęło się od wiceministra edukacji Andrzeja Szeptyckiego i jego niefortunnej wypowiedzi w Radiu TOK FM, w której UPA określił jako „trochę takich ukraińskich żołnierzy niezłomnych”. Słowa te wywołały oburzenie, w Polsce bowiem nie da się postawić znaku równości między Żołnierzami Wyklętymi a organizacją odpowiedzialną za ludobójstwo.Problem polega jednak na tym, że część polityków postanowiła pójść o wiele dalej. Przemysław Czarnek mówił we wtorek z sejmowej mównicy: „Wy jesteście pasożytami, wy jesteście zdrajcami narodu polskiego”. Domagał się również wyjaśnienia, dlaczego „w tym rządzie dalej są Ukraińcy obrażający Polaków”. Janusz Kowalski zapowiedział kontrolę poselską dotyczącą „ukrainizacji administracji publicznej”. Oburzenie wywołał nawet fakt, że odpowiedź, którą Kowalski otrzymał z Ministerstwa Edukacji, miała być podpisana przez pracowniczkę pochodząca z Ukrainy.Marszałek Włodzimierz Czarzasty na tym samym posiedzeniu Sejmu ripostował: „To jest skandal, że szukacie w rządzie ludzi pochodzenia ukraińskiego, żydowskiego, a zaraz będziecie szukali gejów”. W podobnym tonie dwa dni później, przy okazji debaty nad wetem wobec ministra Marcina Kierwińskiego, wypowiedział się premier Donald Tusk: „Pamiętam słowa o Żydach, o Niemcach, a teraz przede wszystkim o ludziach pochodzenia ukraińskiego. To się składa w jedną, coraz bardziej niepokojącą całość. Nikt nie może pozostać obojętnym wobec tego, co coraz częściej słyszymy już nie z ust politycznych chuliganów, ale z ust politycznych liderów opozycji” – i przestrzegał przed marszem w stronę brunatnego krajobrazu.W rozmowie ze mną poseł KO, Grzegorz Napieralski również nie gryzł się w język: „To, co robi dzisiaj PiS, prowadzi do najgorszych wspomnień z naszej historii. Bo zaczyna się od słów, zaczyna się od oskarżeń, zaczyna się od segregacji, zaczyna się od wytykania palcem, a kończy się na komorach gazowych”. Porównanie bardzo daleko idące, być może dla wielu zbyt daleko. Ale historia XX wieku uczy, że zawsze zaczynało się od języka. Od podziału na naszych i obcych, podejrzeń wobec ludzi ze względu na nazwisko, pochodzenie czy wyznanie. Nie oznacza to oczywiście, że Polska stoi dziś na progu totalitaryzmu. Tego rodzaju analogie bywają nadużywane, ale równie niebezpieczne jest udawanie, że język nie ma znaczenia.Jeżeli zaczynamy pytać, ilu Ukraińców pracuje w ministerstwach, to ktoś za chwilę zapyta, ilu Żydów jest na polskich uniwersytetach, ktoś inny będzie liczył homoseksualistów.Paradoksalnie takie działania nie uderzają w Ukrainę, uderzają w Polskę i wpisują się w wojnę hybrydową, którą toczy Rosja. Na Kremlu Putin otwiera szampana.W całej tej historii jest jeszcze jeden element – widmo Grzegorza Brauna. Od miesięcy widać bowiem, że część prawicy prowadzi wyścig z politykiem, który jeszcze kilka lat temu znajdował się na marginesie. Tymczasem to do elektoratu Brauna puszczane są kolejne sygnały – i to z Braunem część polityków próbuje rywalizować na coraz ostrzejsze słowa.I właśnie tu kryje się największe niebezpieczeństwo, bo historia pokazuje, że w wyścigu z radykałami umiarkowani nigdy nie wygrywają. Trzeba mówić twardo o Wołyniu i trzeba domagać się ekshumacji, ale nie wolno przy tym wpadać w pułapkę licytacji na nacjonalizm, bo wtedy przegramy wszyscy.***Lista nazwisk pretendentów do stanowiska prezydenta Krakowa systematycznie się zapełnia. Jednak gdy Koalicja Obywatelska i PSL wspólnie ogłosiły kandydaturę senatorki Moniki Piątkowskiej, wielu obserwatorów zwróciło uwagę nie tyle na samą kandydatkę, ile na miejsce, w którym to zrobiono – nie w Krakowie, lecz w Warszawie. I to nie byle gdzie, bo w ogrodach kancelarii Prezesa Rady Ministrów.Z jednej strony można oczywiście powiedzieć, że nie ma w tym nic szczególnie istotnego. Ot, względy czysto terminowe – premier Donald Tusk i wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz znaleźli wspólny termin. Problem w tym, że polityka jest w ogromnej mierze sztuką symboli, a symbolika tego wydarzenia okazała się dla Moniki Piątkowskiej niefortunna. Zamiast bowiem opowieści o kandydatce dla Krakowa, pojawiło się wrażenie, że oto Warszawa przywozi Krakowianom swojego kandydata. To wpadka tym bardziej zaskakująca, że można było jej bardzo łatwo uniknąć.Ale być może znacznie ciekawsze od samego momentu ogłoszenia kandydatki, jest pytanie, co właściwie oznacza to dla KO i PSL. Czy przypadkiem nie oglądamy właśnie pierwszego rozdziału wspólnej kampanii parlamentarnej 2027 roku?Zwłaszcza że w nieoficjalnych rozmowach politycy Koalicji Obywatelskiej nie kryją, że taki scenariusz jest rozważany. W ich przekonaniu wspólny start z PSL-em mógłby okazać się naturalną konsekwencją obecnej współpracy. Senator Krzysztof Kwiatkowski w rozmowie ze mną nie wykluczył takiego rozwiązania. Oczywiście nie padły żadne deklaracje, ale sam fakt, że polityk Koalicji Obywatelskiej nie zamyka drzwi przed takim pomysłem podczas oficjalnego wywiadu, pokazuje, że nie jest on traktowany jako political fiction.Znacznie chłodniejsze nastroje panują jednak po stronie PSL-u. Politycy tej partii podchodzą do wizji wspólnego startu z dużą rezerwą. Tylko że polityka ma to do siebie, że sentymenty często przegrywają z matematyką, a dzisiejsze sondaże nie dają partii Władysława Kosiniaka-Kamysza pewności samodzielnego przekroczenia progu wyborczego. Co więcej, na politycznym horyzoncie nie widać żadnego nowego centrowego projektu, z którym można byłoby zbudować alternatywną koalicję. Dlatego właśnie krakowskie wybory mogą okazać się preludium do układania wspólnych list KO i PSL do wyborów w 2027 r.Czytaj też: Piątkowska walczy o prezydenturę. „Trzeba zacząć od konkretnych zmian”