Czy mecz NBA w Polsce jest realny? Zaczynał niewinnie, od prowadzenia bloga. Po latach sumiennej pracy spotyka się z legendami NBA i trafia na fanpage jednej z największych sportowych organizacji świata. Marcin Więckowski nawiązał bliską relację z przedstawicielami klubu Chicago Bulls. Polak ma zamiar ściągnąć mistrzów najlepszej koszykarskiej ligi świata do Warszawy. Jest blisko realizacji tego pomysłu. – Plany są dużo większe – podkreśla w rozmowie z TVP.Info. FILIP KOŁODZIEJSKI: – Jak to jest być jedną z najpopularniejszych osób w Chicago z Polski?MARCIN WIĘCKOWSKI: – Określenie trochę na wyrost, ale ta historia z mojej perspektywy jest netflixowa albo hollywoodzka. W życiu bym się nie spodziewał, że to wszystko może ewoluować do takiego rozmiaru i w taki sposób. Bardzo fajne uczucie. Tym bardziej, że kocham koszykówkę, a to wszystko dzięki niej.– W jaki sposób otworzył pan sobie drzwi do najlepszej koszykarskiej ligi świata?– Najpierw robiłem bardzo małe kroki. W 2011 roku zacząłem pisać na temat Byków na niszowym blogu na Facebooku. Potem dołączyłem do największego na świecie w tej tematyce. Niestety, po wielu perypetiach – ta przestrzeń dla fanów – już nie istnieje. Poza tym, zawsze lubiłem poznawać ludzi, z którymi znałem się tylko z internetu. Punktem kulminacyjnym okazał się 2017 rok. Chciałem poznać pasjonatów podobnych do siebie, którzy zarywali noce, z którymi pisaliśmy na czacie. Zorganizowaliśmy nieformalne spotkanie z członkami „redakcji”. Przyszło kilka osób. Zrozumiałem, że to może mieć większy sens. Na afterparty odwiedził nas nawet Czarek Trybański (pierwszy Polak w lidze NBA – przyp. red.) ze swoją żoną. Obejrzeliśmy wspólnie mecz Byków z Jimmym Butlerem w roli głównej. Wtedy grali z Nowym Orleanem w składzie z Anthonym Davisem. Potem pograliśmy w kosza, by się zintegrować. Coś kliknęło i ludzie byli chętni na powtórkę podobnego wydarzenia. Wiedziałem, że to dobry pomysł. Z roku na rok ta inicjatywa się rozwijała. Coraz więcej osób chciało się pojawiać. W 2019 roku postanowiłem sobie, że ściągnę do Polski mistrza NBA.– I jak ma się sytuacja?– Coraz lepiej. Z góry założyłem, że nie wyjdzie ze sprowadzeniem Michaela Jordana, Dennisa Rodmana czy Scottiego Pippena, dlatego wyselekcjonowałem listę około 50 osób. Na niej znaleźli się między innymi Luol Deng, Tyson Chandler, Bill Cartwright, Jason Caffey czy Nate Robinson (3-krotny zwycięzca Konkursu Wsadów). Od agenta ostatniego z nich, usłyszałem jednak zaporową cenę – 25-30 tysięcy dolarów za loty, zakwaterowanie i organizacje campów dla dzieci. Nie byłem w stanie sam spełnić tych oczekiwań. Chciałem, żeby spędził w Polsce 4-5 dni. Zaaklimatyzował się i coś zapamiętał z tej wizyty. Nie tylko wypił piwo, popatrzył na kilka meczów i wrócił do USA. Nie wyszło. Punktem zwrotnym okazał się kontakt z Caffey'em – mistrzem NBA. Otrzymał taką samą wiadomość, jak Nate. Odpisał: OK, I'm interested.– Co było dalej?– Wysłałem mu zdjęcia, linki, opis działań, jak to wszystko ma wyglądać. Dałem znać, że zorganizowałem kilka wydarzeń z Bykami w roli głównej. Byłem już wtedy po pierwszej wizycie w Chicago, po zaproszeniu od Byków. Jason długo się nie namyślał. Napisał wprost: Let's fuc*ing do it. Zaczęliśmy działać. Przyszłość maluje się w jasnych barwach. – Jak wygląda pana współpraca z Chicago Bulls na co dzień?– Nie spotkałem jeszcze ani jednej nieżyczliwej albo po prostu obojętnej osoby z grona pracowników Chicago Bulls. Wymieniłem z nimi tysiące e-maili. Wiadomo, na początku były momenty, w których musiałem dłużej poczekać na odpowiedź. Nawet kilka dni. Jednak teraz sprawa wygląda dużo lepiej. Śmieję się, że otrzymuję już niemal autoodpowiedzi, kilka minut po napisaniu wiadomości. Widać, że nasza relacja ewoluowała. Gdy mam do nich prośbę, na przykład, że chcę wejść do sali konferencyjnej, mogę to zrobić. Wydaje mi się, że wpływ na to ma moje podejście do sprawy. Nie oczekuję od nich wielkich rzeczy. Nie jestem roszczeniowy. Nie mówię, że coś mi się należy, bo przeleciałem 7 tysięcy kilometrów i muszę coś dostać. Odpowiadam dyplomatycznie na pytania czy czegoś od nich potrzebuję. Jednego roku dostałem piłkę z podpisami drużyny. Następnym otrzymałem 250 T-shirtów. Dla mnie to zaszczyt i wielka radość. Ludzie mogą mieć różne myśli na temat takich współprac, ale ja mogę ich tylko chwalić.Czytaj także: Mistrzostwa świata 3x3: Organizacyjna klasa i wynikowy obciach– W jaki sposób znalazł się pan w domu Michaela Jordana i dodatkowo grał na jego prywatnym parkiecie do koszykówki? – W domu MJ'a pojawiłem się po zakończeniu finałów w 2025 roku. Poświęciłem trzy noce, by znaleźć informacje na temat osoby, która zakupiła dom Jordana. Chciałem dowiedzieć się, czy ktoś będzie tam mieszkał, czy zrobią z tego muzeum. Znalazłem tego mężczyznę na Facebooku. Napisałem kulturalnie: „Hello John, I am Marcin...”. Wysłałem mu kilka zdjęć, wyjaśniłem, co robię i powoli zaczęliśmy się dogadywać. Dodatkowo okazało się, że jego żona ma polskie korzenie. To ułatwiło sprawę. Finalnie dostałem zaproszenie do posiadłości Michaela. Mogłem oddać rzut z połowy prywatnego boiska. Chciałem się jakoś zrewanżować, ale trudno cokolwiek kupić mężczyźnie, który kupuje dom za prawie... 13 milionów dolarów. Przecież nie dam mu Ptasiego Mleczka czy Whisky. Udało mi się jednak załatwić dla niego zaproszenie do hali Chicago Bulls. Mógł tam spędzić czas w październiku na parkiecie Byków ze swoimi dziećmi. Sytuacja win-win. – Korespondował pan z Michaelem Jordanem?– Bezpośrednio z nim to niemal niewykonalne. Trzeba pisać e-maile. Jestem w kontakcie z firmą Jumpman oraz ze stajnią Jordana 23XI Racing, która rywalizuje w NASCAR. Chciał doprowadzić do tego, że kiedyś spotkam się z Michaelem. Nie można takich rzeczy odkładać na później. Tym bardziej, gdy widzi się, że nagle odchodzą legendy koszykówki, takie jak śmierć Stacey'a Kinga. Odkładanie takich spraw na przyszłość to jest największy grzech w życiu.– Napisał pan w serwisie X: „Chicago Bulls w Warszawie? To możliwe”. Co ma pan na myśli?– W tym momencie po prostu czekamy na zgodę NBA, by w naszym kraju pojawiły się gwiazdy NBA. Byki bardzo tego chcą. Pozostaje decyzja ligi. W trakcie trwania sezonu, na początek chcę ściągnąć legendy Byków. Marzeniem jest zorganizowanie największego w historii oglądania meczu NBA z gwiazdami Bulls. Do Polski przyleciałby fotograf organizacji, operator wideo oraz byli zawodnicy. W grze są legendy Chicago Bulls. Mam jeszcze bardziej ambitne plany, ale działam krok po kroku. Plany są dużo większe.Czytaj także: MŚ 2026: wyniki i tabele. Bądź na bieżąco!– Kiedy legendy Chicago Bulls miałyby pojawić się w Polsce?– Idealnie byłoby w sezonie 2026/2027 na wiosnę. Marzec albo kwiecień. Dążę do tego.– Czy kibice doczekają się meczu drużyn NBA w Polsce?– Znając to, jak struktura NBA wygląda od środka, wydaje mi się, że jesteśmy lata albo dziesiątki lat od tego momentu. Niestety. W grze wchodzą bardzo duże pieniądze. Grube miliony. Koszykówka w Polsce jest daleko, jeśli chodzi o zestawienie najbardziej popularnych sportów. Nie zmienia tego nawet fakt, że dużo osób kupuje League Passa NBA. W tym momencie przegrywamy wyścig z Francją, Niemcami czy Wielką Brytanią. Mamy też zbyt małą liczbę zawodników w najlepszej lidze świata. Sam Jeremy Sochan, który gra „ogony” w New York Knicks nie wystarczy. Poza tym przed nami w kolejce są też takie kraje, jak Chiny czy Filipiny. Nie mamy też w infrastrukturze takiej hali jak O2 w Londynie. Tauron Arena w Krakowie nie wystarczy. Czekamy na rozwój wydarzeń.– Na co dzień w najlepszej lidze świata działają skauci z Polski: Rafał Juć w Denver Nuggets oraz Bronisław Wawrzyńczuk w Los Angeles Lakers. Czy Pan otrzymywał oferty pracy w strukturach NBA? – Z mojej perspektywy byłoby super pracować w takiej organizacji i mieć firmowego e-maila, na przykład z Chicago Bulls. Sytuacja Jucia czy Wawrzyńczuka jest nieco inna. To specjaliści, pracują na zlecenie organizacji. Osobiście jestem trochę „freelancerem”. Sam organizuję spotkania dla fanów i wyjazdy do USA. Nie chcę, żeby ktoś musiał się tłumaczyć z moich działań przed szefostwem. Niby na wiosnę miałem taką „rozmowę o pracę”, co moglibyśmy robić razem, jak tworzyć eventy, jak budować społeczność itp.. Niby marzeniem byłoby mieć swoje biurko w organizacji Byków, ale rozkręcam własny biznes. Wolę nie być formalnie z nikim związanym. Legalizuję też biuro podróży. W przyszłym roku chcę robić wyjazd śladami Michaela Jordana. Polecimy do Chicago, potem do Charlotte, pójdziemy też do Północnej Karoliny. Jakbym był pracownikiem Byków, to nie mógłbym być przewodnikiem ludzi w Charlotte. Wolę działać w tych kwestiach sam. Mam z tego frajdę. – Podpytam też o sytuacje na parkietach NBA. Czy widziałby pan Jeremy'ego Sochana w barwach Chicago Bulls?– Byłoby znakomicie dla promocji koszykówki w Polsce, szukania nowych talentów i tak dalej. Natomiast, on do zespołu z Chicago po prostu nie pasuje. Jego kariera się trochę posypała. Być może jest tak, jak mówią eksperci oraz komentatorzy, że Sochan skupił się na social mediach. Miał problemy związkowe, które też mogły wpłynąć na gorszą grę. Na tę chwilę – sportowo – jest zdecydowanie słabszym zawodnikiem, niż był dwa lata temu. Oby nie męczyły go kolejne mikrourazy. Przez cztery lata zmagał się z kontuzjami stopy, nadgarstka, kolan, łokcia, ścięgien. Trochę tego za dużo. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli Jeremy mocno przepracuje letni okres, być może w wieku 23 lat będzie starterem w którymś zespole na jesień. Wszystko zależy od niego. Jego podejścia mentalnego i dbania o organizm. Było już wielu graczy, którzy mieli papiery na wielkie granie, a zakończyli kariery przez problemy zdrowotne. Na przykład Przemysław Karnowski czy Greg Oden. Liczę, że Sochan tak nie skończy.– Czy kluby NBA szukają kolejnych utalentowanych Polaków?– Polacy są szanowani. Chuck Swirsky (spiker, który jest głosem play-by-play Chicago Bulls – przyp. red.) dopytywał mnie, co na emeryturze robi Marcin Gortat. Według wielu powinien być twarzą PZKosz. To niewykorzystany potencjał. Gdyby otrzymał szanse, zapewne więcej polskich nazwisk pojawiłoby się w NCAA czy NBA. Dużo osób w najlepszej lidze świata polega na opinii byłych zawodników. Pozostaje nam czekać na kolejnych Biało-Czerwonych na parkietach.***Marcin Więckowski jest odpowiedzialny za organizowanie Ogólnopolskiego Zlotu Fanów Chicago Bulls. W dniach o 11 do 13 września 2026 roku zostanie przeprowadzona 10. edycja wydarzenia.Czytaj także: MŚ 2026: sprawdź oficjalny terminarz. Kiedy mecze mundialu? [KALENDARZ]