Ruletka w Normandii. Spadali z nieba, wyłaniali się z morza. Amerykanie, Brytyjczycy, Kanadyjczycy i niewielki, choć specjalny, oddział Wolnych Francuzów. Chcieli spędzić święta w Berlinie, droga okazała się jednak o wiele dłuższa i wyboista, ale wciąż pełna chwały dla „The Greatest Generation”. Mglistym, wietrznym rankiem 6 czerwca 1944 roku na północy Francji i południu Wysp Brytyjskich rozegrał się „najdłuższy dzień”. Przygotowywali się do niego miesiącami. Trwała wywiadowcza wojna na zmyłki i dezinformację, spędzano setki dni i nocy, przerzucając raporty, plany, kreśląc po mapach, monitorowano i zaklinano kapryśną pogodę. Nie zmniejszyło to wielkiego ryzyka. Jeszcze nikt nie wysadził tylu żołnierzy, tyle sprzętu pod nosem czekającego na nich wroga. Wyjścia nie było. Alianci przez Normandię ruszyli na odsiecz okupowanej Europie, otwierając nowy teatr wojny.Szpicą, czyli oddziałami, które wzięły na siebie najwięcej niemieckiego impetu, byli amerykańscy spadochroniarze i piechota. Dużo zależało też od wojsk brytyjskich. Ale na wielkiej wojnie, w operacjach o gigantycznej skali, liczą się rzeczy małe – a taką rolę odgrywał niewielki, ale bardzo symboliczny oddział francuskich Zielonych Beretów. Oficjalnie byli jedynymi francuskimi oddziałami, które 6 czerwca wylądowały w Normandii. To niejedyny francuski wkład, bo dużą wartość militarną (sabotaże) i wywiadowczą (rozpoznanie) wnosił przecież Ruch Oporu, wspierający operację Overlord zarówno przed jej rozpoczęciem, jak i w trakcie walk. W powietrzu, na morzu, w sztabach byli Wolni Francuzi, tak samo żołnierze Polskich Sił Zbrojnych. Tego dnia, o 7:55, to 177 komandosów, jedynych z la Tricolore na mundurze, dotknęło normandzkiego piasku. Ale zaraz – Francuzi lądowali? Przecież wracali do siebie, do domu, by go wyzwolić. „Panie, będę dziś bardzo zajęty. Mogę o Tobie zapomnieć, ale Ty nie zapomnij o mnie” Te słowa znanej żołnierskiej modlitwy miał wypowiadać kilka godzin przed lądowaniem dowódca 1. Batalionu Fizylierów Komandosów Wolnej Francji, bo tak brzmiała jego oficjalna nazwa. Nieoficjalna, to po prostu komandosi Kieffera, od nazwiska dowódcy, który bez wojskowego wykształcenia, nazywany cywilem w mundurze, tak przewodził swoim ludziom, że zawstydzał niejednego, obwieszonego medalami i dyplomami akademii oficera. Komandor porucznik Philippe Kieffer urodził się na Haiti, gdzie dorobił się całkiem pokaźnych pieniędzy i rozwijał karierę finansisty – kierował bankiem na Haiti, pracował też w USA i Kanadzie. Wszystko poszło w odstawkę w 1939 roku. Czterdziestolatek zrzucił garnitur i założył mundur – służył w sztabie i na pancerniku Francuskiej Marynarki Wojennej. Po klęsce Francji biegły angielski pomógł mu odnaleźć się na obczyźnie i odegrać ważną rolę w tworzeniu oddziałów Wolnych Francuzów. Jego najważniejszą misją było sformowanie batalionu komandosów. W sztabowych labiryntach, wśród koterii oficerskich, wychodził zgodę na sformowanie takiego oddziału – francuska starszyzna pod okiem Charles’a de Gaulle’a sceptycznie spoglądała na takie wymysły. Postawił na swoim. W Szkocji wyszkolono, pod okiem Kieffera, grupę elitarnych żołnierzy, których chrzest bojowy przypadł podczas rajdu na Dieppe w 1942 roku, a podczas największej operacji desantowej w dziejach dostali sporo do wykonania. Dowódca wiedział, dowódca czuł, dowódca się pomylił… Gdy Kieffer dostał pierwsze rozkazy, jeszcze przed załadowaniem na flotę desantową na angielskim wybrzeżu, westchnął: „będzie nas mniej niż dziesięciu, którzy wrócą cali”. Opanować mieli m.in. silnie ufortyfikowane kasyno w Ouistreham. Cała ta operacja przypominała zresztą wielki hazard. Tam się traci pieniądze, tu się traci życie. W dzienniku bojowym mieli też zadania wtargnięcia, zdominowania wroga i utrzymania sektora Colleville i Hermanville-sur-Mer. Następnie, ich celem było dołączenie do brytyjskich spadochroniarzy na słynnym moście Pegasusa – punkcie kluczowym dla powodzenia całej operacji i życia tysięcy żołnierzy. Wszystkie te zadania miały pomóc zabezpieczyć wschodnią flankę plaży Sword w pierwszych godzinach inwazji.Początek był obiecujący. Na plaży wylądowali szybko i sprawnie, zabezpieczając sektory. Szło dobrze, bo działali ze znajomymi z pola bitwy, dotartym w boju oddziałem brytyjskiego no. 4 Commando. Ale niewielkie sukcesy nie znaczyły na razie wiele. Skuteczny kontratak niemieckich sił mógł przycisnąć ich do morza, a stamtąd ucieczki nie było. Ruletka się kręciła… Do kasyna na Centaurze Po przejściu plaży, ujrzeli pierwszy poważny cel, czyli nadmorskie umocnienia w Ouistreham. Kiedyś było to kasyno, a teraz silnie ufortyfikowana twierdza, część Wału Atlantyckiego. Jeden z dowódców pododdziału Kieffera, Guy de Montlaur, arystokrata z pochodzenia – jak relacjonował – atakował kompleks z przyjemnością, by odegrać się za kilka przegranych tu fortun w czasach wolności. Potężne betonowe umocnienia zabezpieczono zasiekami, minami, rowami przeciwpancernymi i gniazdami karabinów maszynowych. Atakujący musieli zbliżać się przez otwarte pole, gdzie prosto w nich wycelowano działa kal. 50 mm. Przywitał ich huraganowy ostrzał. Przyciśnięci do ziemi, dziesiątkowani francuscy komandosi nie mieli możliwości ugryzienia kompleksu. Granaty zaledwie łaskotały gruby beton, a kule z Thompsonów i Stenów rykoszetowały w cały świat. Niemcy zza ścian prowadzili ogień i kosili atakujących niemiłosiernie. Zapowiadało się na impas, natarcie traciło impet. Wschodnie skrzydło plaży Sword było zagrożone. Morale Francuzów było wyborne. Pełne czarnego humoru, ale i powagi wyzwalania ojczyzny. Żołnierze doskonale wiedzieli, co mają robić, grupa była świetnie przeszkolona i dowodzona. Choć Kieffer dostał dwa razy, miał przestrzelone udo i ramię, mimo wszystko dalej dowodził i dowoził. Natarcie stanęło. Potrzebny był plan B. I choć cofanie się na polu bitwy najlepszym pomysłem nie jest, była to jedyna szansa. Komandosi chcieli pomóc podciągnąć cięższy sprzęt, który dopiero gramolił się z piaszczystej plaży. Sam dowódca zdołał pokuśtykać pod ostrzałem w głąb plaży przez otwarte pole przecinane strzałami i wrócić z odsieczą. Znajdując jednego, samotnego brytyjskiego Centaura Mk. IV, poddziały komandosów poprowadziły go w głąb zabudowań. Karta zaczęła się odwracać. Czołg zaczął walić z działa w umocnienia kasyna, gdzie wybił kilka pozycji dogodnych do szturmu. Więcej żołnierze Kieffera nie potrzebowali. Wlali się do pokiereszowanych umocnień w brutalnej, kontaktowej walce, na kolby i bagnety, wykurzyli Niemców. Koniec końców teren zdobyto. Straty? Prawie 50 żołnierzy – 10 zabitych, 40 rannych. Odpoczynek, liczenie strat, przegrupowanie? Nic z tego. Trzeba było zabezpieczyć perymetr, a noc z 6 na 7 czerwca też była niezwykle trudna, pełna walki i niepewności. Wytrwali w ciemności przerywanej wypadami wroga oraz ostrzałem artyleryjskim. Oddział się utrzymał i zaczął posuwać powoli w głąb Normandii, płacąc krwią. Strategicznie odegrali swoją rolę. Nie tylko na plaży Sword, operacja Overlord nabierała impetu. Cywil wraca do cywila 8 czerwca zapadła trudna decyzja… Dowódca dostał rozkaz ewakuacji na leczenie na Wyspy. „Le Pacha” – czyli stary, jak nazywali go żołnierze – z Anglii wrócił miesiąc później i nie odpuścił dowodzenia do końca walk we Francji. Potem rzuciło ich do Holandii – brali udział w operacji Infatuate na wyspie Walcheren, jednej z najbardziej niedocenianych bitew frontu zachodniego. Tam dotrwali do niemieckiej kapitulacji. Następnie, jako wojsko okupacyjne w Niemczech, służyli m.in. w obozie przejściowym dla cywilów w Zagłębiu Ruhry.Czytaj także: Sto dni wojny i wiele niewiadomych. Iran nadal budzi atomowe obawyW końcu zakończyła się ich służba. Kieffer wrócił do cywila, m.in. próbował bezskutecznie sił w lokalnej polityce. Zmarł w pokoju i w spokoju, co dla wielu żołnierzy lądujących tego dnia w Normandii było celem i marzeniem. Jego komandosi zapisali się w historii francuskiego wojska jako oddział sprawny, mobilny, gotowy do walki w różnych okolicznościach. Ich ofiara, ich historia stanowiły wzór i podstawę do rozwijania kolejnych takich oddziałów i późniejszych operacji. Po wojnie kiefferowcy często spotykali się, dbali o wspólne więzi i pamięć o poległych. Ostatni komandos tego oddziału, Leon Gautier, zmarł w 2023 roku w wieku stu lat. A dziś, nieopodal kasyna, które zdobyli pierwszego dnia operacji, można poczuć wiatr od morza i przysiąść na placu – a jakże – dowódcy pierwszego batalionu komandosów Wolnej Francji, Phillipe’a Kieffera.Czytaj także: Wojna, która się nie skończyła. Pokój, który nie istniał