Politycy grają historią. Relacje polsko-ukraińskie, tak istotne dziś, gdy dzięki heroicznej postawie Ukraińców, rosyjskie wojska nie stoją na naszej wschodniej granicy, mają niestety tę szczególną właściwość, że regularnie potykają się o wspólną historię. Nawet wtedy, gdy wydaje się, że polityka, geopolityka i zdrowy rozsądek nakazują patrzeć przede wszystkim w przyszłość. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek ukraińskiej armii imię „Bohaterów UPA”. UPA, czyli Ukraińska Powstańcza Armia to dla dużej części Ukraińców symbol walki z totalitaryzmem sowieckim, oporu wobec Moskwy i walki o niepodległość, jednak dla zdecydowanej większości Polaków – organizacja odpowiedzialna za ludobójstwo na Wołyniu. Trudno znaleźć w Polsce temat historyczny, który budziłby równie jednoznaczne emocje. Można spierać się o ocenę Piłsudskiego, Dmowskiego czy Powstanie Warszawskie, jednak w przypadku UPA jesteśmy zgodni – to sprawcy bestialskich mordów na polskiej ludności cywilnej.W Kijowie zapewne uznano, że to kolejny element budowania narodowej tożsamości w czasie wojny, próba tworzenia pewnego imaginarium patriotycznego, potrzebnego w piątym roku wycieńczającej wojny z Rosją. Problem polega na tym, że nie da się prowadzić polityki historycznej na użytek wewnętrzny, nie licząc się z tym, że będzie ona rzutować na relacje z sąsiadami. Zwłaszcza gdy dotyczy kraju, który od trzech lat oferuje Ukrainie ogromne wsparcie militarne, finansowe, polityczne i humanitarne.Różna skala oburzeniaW efekcie polska reakcja była łatwa do przewidzenia. Politycy niemal wszystkich ugrupowań ostro skrytykowali Zełeńskiego. Jedni mówili o prowokacji, inni o błędzie, jeszcze inni o policzku wymierzonym Polsce. Różnili się jedynie skalą oburzenia. W roku przedwyborczym trudno zresztą oczekiwać powściągliwości, polityk, który powiedziałby dziś: „to niefortunne, ale nie róbmy z tego awantury”, natychmiast zostałby oskarżony o relatywizowanie zbrodni wołyńskiej.Najdalej poszedł jednak Karol Nawrocki. Prezydent uznał, że należy odebrać Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego. To najwyższe polskie odznaczenie państwowe, przyznawane za wybitne zasługi dla Rzeczypospolitej. Warto przypomnieć, że order Zełeńskiemu nadał prezydent Andrzej Duda i był on właściwie przyznany narodowi ukraińskiemu (na ręce jego prezydenta) za heroiczną postawę podczas rosyjskiej agresji.Można oczywiście uważać, że decyzja Zełenskiego dotycząca nazwy jednostki wojskowej była błędem, zwłaszcza że – jak tłumaczył ukraiński minister spraw zagranicznych na portalu X – był to pomysł samych żołnierzy. Można uznać ją za niepotrzebną demonstrację polityki historycznej. Można też stwierdzić, że obraża pamięć ofiar Wołynia.Pytanie brzmi jednak, czy z tego automatycznie wynika konieczność odbierania najwyższego polskiego odznaczenia. Jeżeliby przyjąć taką logikę, należałoby regularnie organizować przegląd odznaczeń przyznanych światowym przywódcom i sprawdzać, czy przez ostatnie lata nie powiedzieli lub nie zrobili czegoś haniebnego. Order Orła Białego zacząłby przypominać abonament odnawiany co kwartał, a nie najwyższe wyróżnienie państwowe.Czytaj także: Dziennikarz tłumaczy decyzję Zełenskiego: W Ukrainie UPA to nie tylko WołyńPolitycy grają historiąCała sprawa pokazuje również, że politycy po obu stronach granicy wciąż próbują grać historią. W Ukrainie część elit nie chce zrezygnować z symboliki UPA, bo uważa ją za fundament narodowej narracji dotyczącej walki z Sowietami. W Polsce z kolei żadna licząca się siła polityczna nie może pozwolić sobie na obojętność wobec Wołynia. Najbardziej paradoksalne jest jednak to, że dzieje się to w momencie, gdy interesy obu państw pozostają bardziej zbieżne niż kiedykolwiek wcześniej. Polska potrzebuje niepodległej Ukrainy jako bufora bezpieczeństwa. Ukraina potrzebuje Polski jako jednego z najważniejszych sojuszników w Europie.Historia jest ważna. Pamięć o ofiarach Wołynia również. Nie powinniśmy jednak dopuścić do tego, żeby stała się ona głównym językiem polityki. Jeśli bowiem każdą decyzję będziemy rozstrzygać przede wszystkim przez pryzmat dawnych krzywd, szybko okaże się, że w relacjach międzynarodowych nie zostaje już miejsce na strategię i rozsądek.***W Krakowie, po ubiegłotygodniowym referendum, w którym odwołano dotychczasowego prezydenta miasta Aleksandra Miszalskiego, wciąż gorąco (nie tylko z powodu rozpoczynającego się czerwca). PiS ogłosiło kandydata, który powalczy o prezydenturę stolicy Małopolski w zbliżających się wyborach. Będzie nim Michał Drewnicki, polityk osadzony w krakowskim samorządzie i funkcjonujący od lat w lokalnym krajobrazie. Nie jest nową twarzą, która miałaby uwodzić świeżością, raczej jest to wybór stabilności partyjnej: człowiek sprawdzony, przewidywalny, lojalny wobec obozu, który w Krakowie nigdy nie miał łatwo.Problem PiS w Krakowie od lat jest dość jasny: to miasto o silnej tożsamości akademickiej, liberalnej, z dużą odpornością na narracje centralne. Dlatego PiS w Krakowie nie wygrywa i Drewnicki raczej nie będzie tu wyjątkiem. Jego szanse zależą mniej od indywidualnego kapitału, a bardziej od dwóch czynników: zmęczenia obecnymi władzami oraz rozbicia lub konsolidacji koalicji rządzącej.Nie można bowiem zapominać o postaci, która zdecydowanie przyczyniła się do porażki Aleksandra Miszalskiego w krakowskim referendum. To oczywiście Łukasz Gibała, który już trzykrotnie pretendował do urzędu prezydenta Krakowa, człowiek o zasobnym portfelu i jeszcze większych ambicjach. Gibała dwa lata temu o włos (czyli nieco ponad 5 tysięcy głosów) przegrał z Miszalskim, ale wydaje się, że w obecnym, przedterminowym wyścigu, nikt już nie powinien mu zagrozić.Jeśli więc zestawić Drewnickiego i Gibałę, będzie to starcie partyjnej struktury z lokalnym kandydatem z bardzo mocnym zapleczem. W takim układzie przewaga maszyny partyjnej PiS może okazać się iluzoryczna.Czytaj także: PiS ma kandydata na prezydenta Krakowa. „Jest z całą pewnością znany”Tusk szuka kandydata A gdzie w tym wszystkim obecny układ władzy? Koalicja Obywatelska wciąż szuka swojego kandydata, a premier Donald Tusk rozwiązał małopolskie struktury Koalicji Obywatelskiej, których przewodniczącym był Aleksander Miszalski. Miszalski stracił również stanowisko w zarządzie krajowym KO. Choć jeszcze tydzień temu, premier zdawał się nieco bagatelizować przegraną i stwierdził, że „taka jest demokracja”, jeśli ktoś liczył na to, że nie będzie konsekwencji za porażkę w Krakowie, najwyraźniej nie zna dobrze samego Donalda Tuska.W piątek premier zapowiedział, że jeśli dojdzie do porozumienia KO z PSL, obie partie wystawią wspólnego kandydata. Rozwiązanie faktycznie wydaje się sensowne, ale otwarte pozostaje pytanie, kim miałaby być ta osoba i czy będzie w stanie pokonać wspomnianego Łukasza Gibałę.Sam fakt, że udało się przeprowadzić referendum, w którym odwołany został wywodzący się KO Aleksander Miszalski, bywa interpretowany jako sukces PiS. To jednak dość złudne, referendum lokalne jest raczej narzędziem kumulacji frustracji społecznej: korki, inwestycje, planowanie przestrzenne, konflikty wokół zieleni czy transportu. Innymi słowy, referendum pokazuje bardziej co ludzi boli, niż kto wygra wybory.Czy PiS może więc uznać referendum za swoje zwycięstwo? Tylko częściowo. Jeśli uda się mu zmobilizować niezadowolenie i nadać mu polityczny kierunek – tak, może to być dla niego paliwo. Ale równie dobrze taki mechanizm może zasilić każdego, kto umiejętnie przechwyci nastroje antyestablishmentowe, w tym Gibałę czy kandydatów bardziej centrowych.