Wspomnienie artysty. Gdy rozmawiałem z jego żoną, Małgorzatą Kobielową, dostałem od niej listy, które do niej pisał. Trzeba pamiętać, że był gwiazdorem, dobrze zarabiał, dużo podróżował. W jednym z tych listów napisał: „Naprawdę boję się coraz częściej, że może zdarzyć się coś nieprzewidzianego, złego, bo nam za dobrze. A ja myślę, że los zawsze wyrównuje, niestety”. Te jego przeczucia, okazały się zasadne i słuszne – mówi w rozmowie z portalem TVP.info Maciej Michał Szczawiński, autor książki „Zezowate szczęście. Opowieść o Bogumile Kobieli”. Marta Kawczyńska: Kiedy słyszy pan nazwisko Kobiela, jaka jest pana pierwsza myśl?Maciej Michał Szczawiński: Komiczna aura, pewien falsyfikat, który przylgnął do niego, bo rzeczywiście przylgnęła do niego łatka aktora komediowego. Wysoki głos, śmiech, ale z drugiej strony to, co o nim wiadomo. Że pod czapką tego wszystkiego, było coś zupełnie innego.Podobno mało brakowało, a Kobiela nie zostałby aktorem. Byłby ekonomistą?Nie sądzę, żeby rzeczywiście został ekonomistą, to inny temperament i taki czas, w którym chciał się wysupłać z tego, co wymierne, tego przysłowiowego dwa plus dwa równa się cztery. Mam na myśli Bim-Bom i wszystko, co z tym teatrzykiem, osobami w niego zaangażowanymi związane. To raczej nie miało nic wspólnego z ekonomią, a dawało Kobieli wielkie szczęście.Można wskazać ten jeden, konkretny moment, ten czas w życiu Kobieli, gdy stwierdził, że chce się poświęcić aktorstwu i występom w teatrze?Trudno powiedzieć czy to był rzeczywiście jakiś impuls, moment czy też on przemyśliwał to dużo dłużej. Wydaje mi się, że utwierdzili go w tym najpierw koledzy ze szkoły. Miał ten głos, tę mimikę. Nie musiał się wysilać, wystarczyło, że się pojawił i od razu było w nim coś zabawnego. Ale jednocześnie niepokojącego. To, co się objawiło tak świetnie w „Popiele i diamencie” i oczywiście w „Zezowatym szczęściu”. Jego postać to połączenie komizmu i czegoś, co jest właśnie tą podszewką tragiczną.Zatrzymajmy się na chwilę przy teatrzyku Bim-Bom. Co to był za czas w życiu Kobieli?To momenty chyba najpiękniejsze, które go wyposażyły w coś, czego potem już raczej w życiu nie spotkał. Trzeba pamiętać, że to lata 1954-1960. Jest bardzo, bardzo młody i ma wokół siebie takie niesłychane talenty, od których się dzisiaj w głowie kręci. Zbigniew Cybulski, Jacek Federowicz, Wowo Bielicki, Jerzy Afanasjew, ale w tym kręgu pojawią się również takie legendy jak Sławomir Mrożek, Krzysztof Komeda i Marek Hłasko. To jest aura środowiskowa, która musiała go wyposażyć w coś dodatkowego, wyjątkowego. Do tego, w co go wyposażyła natura, doszła jeszcze aura super talentów, które się nawzajem nasączały swoimi osobowościami. To są wspaniałe postaci.Według słów Jacka Fedorowicza Kobiela „był nim pochłonięty od pierwszej premiery do ostatniego spektaklu – poświęcając mu swój talent, czas i siły, Wnosił do naszego teatru lekkość i wdzięk, subtelność i poetycki żart, wspaniały zmysł obserwacyjny i ogromne wyczucie sceny. (...) Był zawsze autorem najcelniejszych sformułowań, błyskotliwych drobiazgów, które nadawały całości niepowtarzalny styl”.To się wynurzało z szaroburej, dogmatycznej rzeczywistości PRL-u. Trzeba pamiętać, że oni siłą swojej młodości, tego rozpędu energii wymykali się jakimś sztywnym konwenansom, przepisom i formom, a ta rzeczywistość jednak takich rzeczy nie lubiła. Cudownie, że się spotkali i ten cały ich rozpęd promieniował właśnie taką formę teatralną. Ważnym elementem była również przyjaźń Kobieli z Cybulskim. Byli bardzo blisko, to była przyjaźń prawdziwa, wymykająca się jakimkolwiek interesom, spontaniczna.Czytaj także: Huczne pochody w PRL. „1 maja został przez komunistów przywłaszczony”Wspomniał pan, że Kobiela był uważany za aktora komediowego, ale on sam lubił się określać mianem aktora charakterystycznego. Chciał w ten sposób zerwać z tym wkładaniem go do szuflady z napisem „komedia”?Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie też jest trudna. Kobiela na pewno był aktorem charakterystycznym, o czym wszyscy, którzy go spotkali w swoim życiu, chodzili nie tylko na jego spektakle, ale też rozmawiali z nim, dobrze wiedzą. Zdecydowałem się o nim napisać nie dlatego, że interesuję się teatrem, czy dlatego, że interesują mnie komiczno-charakterystyczne postacie.Zobaczyłem, że mam przed sobą człowieka, którego prawdą nie jest ta komediowość, ten humor, ta piskliwość głosu czy to, w co ubierali go bardzo często reżyserzy, ale coś znacznie, znacznie poważniejszego, nawet niepokojącego. Coś, co może nawet się jakoś źle skończyć. On sam zresztą o tym mówił. Gdy rozmawiałem z jego żoną, panią Małgorzatą Kobielową, dostałem od niej listy, które on do niej pisał. Trzeba pamiętać, że był gwiazdorem, dobrze zarabiał, dużo podróżował. W jednym z tych listów napisał do niej: „Naprawdę boję się coraz częściej, że może zdarzyć się coś nieprzewidzianego, złego, bo nam za dobrze. A ja myślę, że los zawsze wyrównuje, niestety”. Te jego przeczucia, okazały się niestety zasadne i słuszne.Mówiono o Kobieli, że występując w Bim-Bomie przełamywał konwenanse, uczył publiczność swobody i uczył ich się śmiać.Czy można nauczyć publiczność się śmiać? Trzeba po prostu ten śmiech wyzwolić, trzeba go uwolnić. Publiczność musi się śmiać, nie dlatego, że została tego nauczona, tylko że ten ktoś proponuje pewien rodzaj komunizmu i wtedy publiczność reaguje spontanicznie. To jest automatyczne, to jest nagłe i najwspanialsze. On oczywiście potrafił rozbawić świetnie, zarówno w skeczach kabaretowych, jak i estradowych. Z tego zresztą żył, na tym zarabiał. Z biegiem lat jego komizm wydawał się coraz głębszy. Ostatnią sztuką, w której wystąpił i która została wyemitowana w telewizji, po jego śmierci, był „Mieszczanin szlachcicem” Moliera. On w tej sztuce osiąga wyżyny. Osiąga wyżyny tego, co jest właśnie aktorstwem głębokim, humor wymagający , wyrafinowany, wymagający jednak wczucia się głębiej.A zgadza się pan z tym, że „Zezowate szczęście” to było apogeum jego talentu?Bez Kobieli nie byłoby tego filmu. Rozmawiałem kilkakrotnie na jego temat z panem Wojciechem Killarem, który Bogumiła Kobielę znał doskonale. Zapytałem czy Kobiela, Komeda, Hłasko, Frykowski „musieli” zginąć tak młodo? Przed czterdziestką? Fatum, powtarzające się przekleństwo legendarnych i tragicznych ? Zacytuję pani fragment mojej książki:„Wojciech Kilar marszczy czoło, uśmiecha się ironicznie i mówi w ten sposób. »Lądowanie ludzi na Księżycu, 1969 rok, sierpień. Tej nocy chyba wszyscy czuliśmy, jak triumfuje na naszych oczach coś nowego i nieodpartego. Coś, co jest zwrócone ku życiu zwycięskiemu, że będzie coraz lepiej. Technika, podbój kosmosu, dobrobyt. Jak i ten tryumf kruchy, a przede wszystkim jak pozorna ta nieograniczoność perspektyw odkrycia, zlikwidowanie problemów«. Mój rozmówca nie ma dzisiaj większych wątpliwości, że teraz, kiedy kończy się kosmiczny i zwycięski wiek, bliżsi są nam, a co ważniejsze, bardziej istotę owego czasu wyrażają właśnie ci romantyczno-sentymentalni, czyli tacy jak Cybulski i Kobiela. Uwikłani w sprzeczności wewnętrznie, popękani bohaterowie, ciągle rozdarci, ciągle jakoś spóźnieni, spóźniający się, na prawdziwą miłość, bo stalinizm, na stabilizację, bo już niemożliwa i jeszcze na pociągi, tak jak Cybulski, na terminy, na występy, na życie w końcu, które tak gorączkowo gonili”.Czytaj także: Nazywano ją „polską Bardotką”. Teresa Tuszyńska zmarła w zapomnieniuWspomniał pan o żonie Bogumiła Kobieli…Pani Małgorzata świetnie go wyczuwała. Kobiela był człowiekiem, który paradoksalnie bardzo potrzebował stabilizacji, a życie mu tej stabilizacji nie gwarantowało. Sławny aktor, ciągle w ruchu, podróżujący. Ona potrafiła mu to zapewnić.Swojemu przyjacielowi, czyli Zbigniewowi Cybulskiemu, oddał hołd w filmie „Wszystko na sprzedaż”.Andrzej Wajda mówił, że to było bardzo spontaniczne. Kobiela zapytany o Cybulskiego, po prostu wybuchnął właśnie tymi słowami, taką kwestią, którą w tym filmie wypowiada. Widzimy, że to nie jest zaaranżowane, że to nie jest grane, tylko spontaniczne i dlatego przejmujące. Sto razy bardziej wymowne niż gdyby zaczął mówić o roli Zbigniewa Cybulskiego. Warto pamiętać, że mamy do czynienia z różnymi osobowościami. Cybulski był rodzajem aktora-poety, szalonego młodzieńca. Romantykiem, który nie godził się z upływem czasu, ze zmianami w wyglądzie. Kobiela był bardziej, że tak powiem, stojący na ziemi. Myślę, że bardzo racjonalny w tym wszystkim, co robił, jaki był. Takie skrajne osobowości często się przyciągają.Bogumił Kobiela odszedł w wyniku obrażeń, które odniósł w wypadku samochodowym. Co o tym dniu mówiła panu jego żona?Gdy rozmawialiśmy o wypadku, pani Małgorzata pokazała mi zdjęcie tego samochodu. Odczytała z niego numery rejestracyjne BMW 717WE i stwierdziła, że na tej tablicy są „same krzyże”. Wspominała, że mówiła o tym Bobkowi, tak przyjaciele nazywali Kobielę, ale oboje nie wierzyli, że może stać się coś złego.Pamiętam również słowa Wojciecha Kilara, który mówił, że była młodość, było wesoło, zabawnie, ale bardzo szybko pojawił się pierwszy znak ostrzegania. To była śmierć Zbyszka Cybulskiego. Przyznał, że uderzyła ich potwornie mocno, to był ból prawie fizyczny. A potem, zaledwie dwa lata później, w 1969 roku tragedia Krzysia Komedy. Kilar wspominał, że sobie wtedy uświadomił na tym pogrzebie, że przecież Krzyś niedawno, przed chwilą dosłownie, obok niego i Kobieli, stał nad otwartym grobem Zbyszka Cybulskiego w Katowicach a teraz to oni stoją przy jego grobie. Zwrócił się do Bobka słowami: „Popatrz, między nami stoi następny pogrzeb. Któraś z tych osób będzie następna, na której pogrzeb pójdziemy”. Nie przypuszczał, że to będzie właśnie Kobiela.Na pogrzebie Kobieli wszyscy żałobnicy zamiast kwiatów przynieśli i położyli mu na grobie grzyby. Dlaczego właśnie tak?Gdy pani Małgorzata oraz pozostali żałobnicy szli z kościoła na cmentarz w Tenczynku, przy drodze rosło pełno grzybów. Zatrzymała się i powiedziała, że Bobek uwielbiał w każdej wolnej chwili jeździć z nią na grzyby, gdzie tylko mógł. W związku z tym wszyscy nazbierali tych grzybów i położyli na grobie.Po śmierci Kobieli wyemitowano w Teatrze Telewizji spektakle z jego udziałem. To było symboliczne pożegnanie z widzami.Tak jak wspomniałem, tej sztuki „Mieszczanin szlachcicem” nic nie przebije. Kobiela gra w niej jak w transie. On miał technikę, ten jego komizm był opakowany w świetny warsztat. Nagle zagrał w sztuce, która dawała mu kolosalne możliwości. Tam był i komizm, i tragizm, to co mroczne i groteskowe.Gdyby żył, to grałby kolejne świetne role, jak w tych spektaklach, czy nieco odszedł w zapomnienie albo sam usunął się w cień? Myślę, że jedną rzecz by stracił. To, co było żywiołem młodości, szaleństwem i co z biegiem lat trudniej w sobie wykrzesać i tym uwodzić. A może by się stał specjalistą od ról intelektualnych i tę swoją vis comica objawiał jeszcze w inny sposób? To intrygująca zagadka, na którą nie poznamy odpowiedzi.Czytaj także: „Dobranoc! Do widzenia! Cześć! Giniemy!”. Ostatni lot „Tadeusza Kościuszki”