Wywiad z dyrektorem Departamentu Bezpieczeństwa Kosmicznego POLSA. Biznes kosmiczny nie jest objęty żadnymi regułami, ale w tej wolnoamerykance Polska radzi sobie całkiem nieźle. Mamy na orbicie spore osiągnięcia – zarówno w wymiarze militarnym jak i komercyjnym. Około 2030 roku pojawią się nowe kosmiczne możliwości, dzięki zbudowaniu bazy na Księżycu. To będzie przystanek w drodze na Marsa, ale nie tylko. – Być może będzie tam minerał, o którym nigdy nie słyszeliśmy i którego przeznaczenia nie znamy – powiedział w rozmowie z portalem TVP.Info płk Zygmunt Anioł, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Kosmicznego Polskiej Agencji Kosmicznej. Tomasz Łyżwiński: Czym dokładnie zajmuje się Departament Bezpieczeństwa Kosmicznego?Płk Zygmunt Anioł, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Kosmicznego Polskiej Agencji Kosmicznej: Zajmujemy się głównie monitorowaniem tego co jest w przestrzeni kosmicznej. Tego, co kiedyś tam człowiek wyniósł. Wszystkich sztucznych obiektów, które tam są. Także śmieci, których też jest bardzo dużo – pozostałości po satelitach oraz satelity nieaktywne. To jest nasze zadanie.W kosmosie robi się coraz większy tłok. W tej chwili na różnych orbitach jest już kilkanaście tysięcy obiektów, a zjawisko to, rośnie w bardzo szybkim tempie. Czy to, samo w sobie, nie robi się niebezpieczne?Sam Elon Musk ma w kosmosie trzynaście tysięcy Starlinków. Oprócz nich jest jeszcze wiele innych obiektów, o których wspomniałem wcześniej. Były też przeprowadzane próby broni antysatelitarnych, przez Stany Zjednoczone, Rosję, Indie czy Chiny. Po takim uderzeniu kinetycznym satelita się rozpada i powstaje chmura szczątków-śmieci. Jeżeli chodzi o liczbę, tygodniowo przybywa około 60 obiektów. Zwłaszcza dotyczy to orbity niskiej, bo dostęp do niej jest szybki, tani i w miarę prosty. Szczególnie kiedy Musk zaczął używać swoich rakiet Falcon. To zjawisko będzie się rozrastać. Niestety brak jest regulacji międzynarodowych, które w jakiś sposób by ten ruch uporządkowały. Elon Musk wynosi swoje satelity na około 400 km, czyli niezbyt wysoko, a po 5-letnim żywocie obiekty te z powrotem wchodzą do atmosfery i się spalają. W ten sposób na bieżąco trwa wymiana Starlinków, więc te orbity na wysokości około 400 km są najbardziej zajęte, bo operuje tam także m.in. stacja ISS, OneWeb oraz chińskie konstelacje. Czytaj także: Musk łaskawy dla Wenezueli. Darmowy internet dla wszystkichCzy są jakieś próby uporządkowania „życia” tych obiektów w kosmosie?Takich prób jest dużo. Jest grupa robocza na poziomie ONZ, która funkcjonuje od paru miesięcy i próbuje zintegrować w jakiś sposób ten świat oraz wypracować porozumienia, które wprowadzą ład. Coś na wzór lotnictwa czy prawa morskiego. Wtedy każdy mógłby wynieść swój obiekt na zaplanowaną orbitę, która nie jest kolizyjna z innymi obiektami. Bo kolizje już się zdarzają i zdarzyły w przeszłości. Taki wypadek powoduje kolejne zagrożenie, ponieważ pojawiają się śmieci, co ostatecznie może wywołać efekt Kesslera (odłamki zniszczonych satelitów, rozbijają kolejne, powodując globalną destrukcję – red.). Jeżeli nie będziemy temu przeciwdziałać, to pewnego dnia zamkniemy dostęp do przestrzeni kosmicznej, co dla nas będzie ogromnym problemem. Nie chodzi nawet o telefony komórkowe, mapy, łączność, ale każda operacja bankowa czy działania związane z synchronizacją czasu będą utrudnione lub niemożliwe do wykonania.Jest już jakiś gotowy model takiego zorganizowanego działania w kosmosie? Od czego miałaby zależeć możliwość umieszczenia satelity na orbicie? Od pieniędzy?Tak też może być. Przestrzeń kosmiczna jest naszym dobrem wspólnym i tam każdy powinien mieć dostęp na równych zasadach. Przede wszystkim powinniśmy zadbać o planowanie. Przydzielanie orbit gwarantujących bezkolizyjność itp. Wiadomo też, że każdy chciałby mieć satelitę umieszczonego w miejscu optymalnym dla niego. Jeżeli wynosilibyśmy obiekt łączności dla Polski, to wolelibyśmy, aby był on nad Polską. Nie chcielibyśmy montować jakichś stacji przekaźnikowych, bo to podnosiłoby koszty. Każdy dba o własne interesy i to są sprawy dość skomplikowane na poziomie międzynarodowym.Jak długo odczuwalne byłyby skutki efektu Kesslera?Na górze jest próżnia, ale oczywiście działają tam różne siły. Te odłamki-śmieci w końcu by stamtąd zniknęły, ale zajęłoby to kilka-kilkanaście lat. Pana departament dbając, o bezpieczeństwo kosmiczne, ma pełny przegląd sytuacji, jaka występuje na orbicie?Jednym z głównych naszych zadań jest śledzenie obiektów na orbicie oraz tych, które wchodzą w atmosferę. Starlinki, których jest najwięcej, są teoretycznie zbudowane w ten sposób, że po wejściu w atmosferę, powinny spalić się tam doszczętnie. W praktyce nie zawsze tak jest. Oprócz nich jest też wiele innych obiektów. Pojawiają się części rakiet – np. Falcon 9, który spadł nam w okolicach Poznania w lutym 2025 roku. Rakieta prawdopodobnie uległa awarii, bo normalnie powinna skończyć życie gdzieś w oceanie. Raporty wykonujemy tylko i wyłącznie dla obiektów które mają nachylenie powyżej 49 stopni, czyli takie, które mogą przelecieć nad Polską. Jeśli nachylenie jest mniejsze niż 49 stopni, to one nad Polską nigdy nie przelecą. Dziennie obserwujemy 3-4 Starlinki, które wchodzą w atmosferę. Zwykle 1-2 razy w tygodniu mamy obiekt w postaci części jakiejś chińskiej rakiety, albo starego satelity. Raz na kwartał zdarza się tzw. event wysokiego ryzyka. W lutym tego roku mieliśmy część chińskiej rakiety. W całości waży ona 12 ton. Spora część spaliła się w atmosferze, ale nigdy nie wiadomo co z tego dotrze na ziemię, bo Chińczycy niechętnie dzielą się informacjami na temat budowy czy komponentów wykorzystanych w takim obiekcie. W 2023 roku mieliśmy też „przygodę” z innym chińskim obiektem, który przeleciał nad Polską i wpadł do Bałtyku. Zdarzenie miało miejsce w nocy, a słup ognia widział m.in. pilot Ryanaira. W takiej sytuacji skojarzenia są dwa: albo rosyjska rakieta, albo nie wiadomo co. Zawsze w takich sytuacjach kontaktujemy się z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej i przekazujemy informacje o ewentualnym zdarzeniu, aby piloci nie byli zaskoczeni.Czytaj także: Spektakularna klęska, mały sukces. Nagranie rozpadającej się rakiety MuskaW jaki sposób chronimy to co mamy na orbicie?System ochrony na orbicie to jest właśnie posiadanie pełnej świadomości sytuacyjnej. Musimy wiedzieć, gdzie jest nasz obiekt i gdzie są obiekty obce. Dlaczego inne obiekty zbliżają się do naszego…Jeśli np. chiński obiekt zbliża się do polskiego, to dochodzi do komunikacji między obu stronami i jest przekazywanie wyjaśnień?Niestety nie. To jest m.in. problem wynikający z tego, że nie ma takiego wymogu międzynarodowego. Jest to tylko dobra wola jednej ze stron aby przekazać informację. My wyliczamy orbity dla wszystkich naszych obiektów i jeśli okaże się, że któryś jest na orbicie kolizyjnej z innym obiektem – a jest on manewrujący – to wykonujemy manewr i zapobiegamy kolizji. Starlinki na przykład wykonują takie manewry autonomicznie i to po kilka razy na dobę. Państwa między sobą niestety nie dzielą się informacjami. My, jako Polska, jesteśmy częścią partnerstwa europejskiego European Space Surveillance and Tracking – to jest 19 państw, które wspólnie śledzą to, co dzieje się w przestrzeni kosmicznej. Przestrzeń kosmiczna staje się powoli także obszarem intensywnych działań militarnych. Już w 2021 roku Rosjanie dokonywali prób zestrzeliwania obiektów na orbicie. Podobne eksperymenty czynili też Amerykanie i Chińczycy. Nie ma chyba w tej chwili skutecznych zabezpieczeń przed tego typu operacjami?Było kilka prób ASAT-ów, czyli wykorzystania broni antysatelitarnej. Z mojego punktu widzenia, jest to podobny przypadek do operowania bronią nuklearną. Wiele krajów ją ma, ale tak naprawdę nikt z niej nie korzysta. Nikt się na to nie odważy. Chodzi bardziej o efekt odstraszania. Każdy ma świadomość konsekwencji użycia tego typu środków. Skutki prawdopodobnie oddziaływałyby nie tylko na przeciwnika, ale też na tego, który takiej broni użył. W końcu doprowadzonoby do efektu Kesslera. Kiedyś Amerykanie chwalili się, że uderzyli w obiekt pod takim kątem, że jego szczątki rozsypały się w sposób dokładnie przez nich przewidziany. Myślę, że to jest niemożliwe i chodziło tylko o efekt propagandowy.Czytaj także: Nowe informacje o kosmicznym arsenale Rosji. „Broń ostatniej szansy”Niemniej jednak dominacja w kosmosie kusi, bo wiadomo już teraz, że np. dane wywiadowcze zbierane z wykorzystaniem przestrzeni kosmicznej są podstawą funkcjonowania każdej poważnej armii. Gdyby chcieć sklasyfikować potęgi pod tym kątem, to jakby taka klasyfikacja wyglądała i gdzie w niej znalazłaby się Polska?Wiadomo, że w tym względzie dominują Stany Zjednoczone i Chiny. Ten ostatni kraj bardzo dużo obiektów wynosi w przestrzeń kosmiczną. Dotyczy to zarówno przeznaczenia militarnego jak i cywilnego. Pekin już zapowiedział, że przeszłym roku wyśle w kosmos konstelację 180 satelitów tylko i wyłącznie do celów SST, czyli Space Surveillance and Tracking (chodzi o monitorowanie i śledzenie obiektów na orbicie okołoziemskiej – red.). Czyli to co my robimy z ziemi, oni chcą robić z kosmosu. W tej chwili, jeśli chodzi o informacje z kosmosu, to zdecydowana większość, a może nawet i wszyscy, czerpią informacje od Amerykanów – z serwisu Space Track (Space-Track.org to prowadzony przez Departament Obrony portal, który gromadzi i udostępnia globalne dane o sztucznych obiektach na orbicie okołoziemskiej – red.). Chińczycy chwalą się, że kiedy uruchomia swoją konstelację, to będą miały swój własny serwis i bazę danych. Rozwijają się na tej płaszczyźnie bardzo dynamicznie.Z militarnego punktu widzenia armia, która nie dysponuje tego typu danymi, jest po prostu ślepa…Wojna w Ukrainie pokazała najdobitniej, że bez informacji z kosmosu jesteśmy ślepi. Bez wywiadu satelitarnego, zdjęć czy łączności działania są niemożliwe. Pamiętamy wszyscy, co się działo, kiedy Elon Musk wyłączył Starlinki nad Ukrainą… Działania militarne w kosmosie na pewno będą, bo nie chodzi tylko o ataki kinetyczne w tym obszarze. Mamy przecież cały wachlarz możliwości działań niekinetycznych. Można wprowadzać zakłócenia, można satelitę przesunąć, zmienić mu orbitę. Wtedy jego działanie traci sens. Trzeba być gotowym do obrony przed tego typu działaniami i na tym przede wszystkim należy się teraz skupiać. Jak w tym kosmicznym wyścigu wypada Polska?W tej chwili jest bardzo dużo inwestycji. Duże sumy są przeznaczane na obronność. W przestrzeni kosmicznej mamy już kilka własnych obiektów, które wojsko używa. Za chwilę w kosmosie będzie konstelacja satelitów optoelektronicznych MikroGlob dla wojska. Będą też francuskie satelity kupione od Airbusa – Plejady. Armia pozyskała też w błyskawicznym tempie od ICEYE mikrosatelity radarowe umożliwiające precyzyjne rozpoznanie terenu i wykrywanie obiektów w każdych warunkach pogodowych. Nasze zasoby kosmiczne rosną w dość szybkim tempie, pozostaje teraz tylko pytanie do wojskowych dowódców: czy powstanie komponent Sił Kosmicznych – tak jak mamy np. Siły Powietrzne. To komponent, który wykonywałby zadania dla wszystkich rodzajów wojsk – sił specjalnych, wojsk lądowych, morskich itd.Czytaj także: Szef MON podpisał ważną umowę. „Polska uzyskuje niezależność”Przykład Polski pokazuje, że można nie mieć kosmodromu i rakiet, ale jednak coś znaczyć w kosmosie…Mamy już w przestrzeni konstelację PIAST (system trzech miniaturowych satelitów obserwacyjnych – red.). Za chwilę będzie tam konstelacja CAMILA (projekt cywilnych obiektów – red.), która ma służyć do łączności. Są tam też zasoby wojskowe. Jest wiele firm, które wypuszczają obiekty testowe i badawcze. Tych zasobów będzie coraz więcej. Nasza składka do Europejskiej Agencji Kosmicznej spowodowała to, że te firmy rosną jak grzyby po deszczu. Jesteśmy już niemal potęgą jeśli chodzi o obserwację optyczną przestrzeni kosmicznej. Tylko Francuzi mają lepszą sieć optyczną w Europie. To jest wręcz nasz obowiązek, aby w odpowiednim momencie zainwestować odpowiednie środki, żeby za parę lat nie obudzić się ze świadomością, że nie wiemy, co się dzieje, albo ktoś nam krzywdę robi, a my nie wiemy, jak temu przeciwdziałać.Wiele mówi się o rywalizacji Stanów Zjednoczonych i Chin związanej z budową bazy na Księżycu. Czy to może być tzw. game changer w biznesie kosmicznym?Pewnie tak. Jeśli zasiedlimy Księżyc, to będzie game changer. Rozmawialiśmy w ub. roku z przedstawicielami Axiom Space (firma z Houston, która produkuje specjalistyczny sprzęt dla NASA i uczestniczy w projekcie pierwszej komercyjnej stacji kosmicznej – red.). Twierdzili oni, że w 2030 roku to odbędzie się już lot na Marsa. Zobaczymy czy te zapowiedzi się sprawdzą, ale tak czy inaczej, ta baza na Księżycu do takiego przedsięwzięcia będzie potrzebna. Z drugiej strony, Elon Musk zapowiada, że on zorganizuje wyprawę na Marsa bez międzylądowania na Księżycu… Ten, kto zbuduje tę bazę, zyska nad innymi dużą przewagę. Trudno chyba ocenić jak dużą?Dokładnie tak. Na razie to my nie wiemy, co na tym Księżycu jest i co można z niego wydobyć. Działalność górnicza na Księżycu, o której się mówi od lat, może być elementem tego game changera. Być może będzie tam minerał, o którym nigdy nie słyszeliśmy i którego przeznaczenia nie znamy… Poza tym, aby dolecieć do Marsa, to wciąż mamy problemy z napędem. To nas ogranicza bardzo. Baza na Księżycu może być „punktem przesiadkowym” do dalszej podróży, choć nie wierzę, aby wyprawa na Marsa była możliwa już około 2030 roku.Czytaj także: Ambitne plany NASA. Naukowcy chcą odkryć sto tysięcy planetGdyby powstała baza na Księżycu, to będzie miała ona charakter bardziej militarny czy komercyjny?Dominacja projektów komercyjnych w kosmosie jest bardzo duża, dlatego ten trend może przeważyć na Księżycu. Nie stoi nic na przeszkodzie, aby te dwa obszary też połączyć. Z pewnością znaczenie będzie miało też to, który kraj taką infrastrukturę będzie tam tworzył. Jeśli to będą Chiny, to jest większe prawdopodobieństwo, że górę mogą u nich wziąć względy militarne. Stany Zjednoczone wykonują teraz misje tylko komercyjne. NASA, co prawda, weszła w projekt Artemis, ale po erze wahadłowców przerwa była bardzo długa. Są firmy Elona Muska i Jeffa Bezosa, czyli prywatne przedsięwzięcia. W przypadku amerykańskich projektów raczej należy mówić o zespole międzynarodowym, bo ta współpraca jest coraz silniejsza. Chińczyków stać na realizowanie kosmicznych planów o własnych siłach, ale Rosjan to obecnie na pewno przerasta. W przeszłości był pan członkiem załogi samolotu AWACS, który wykonuje misje, zbierając bardzo precyzyjne dane wywiadowcze, czy niebawem rolę tego typu zwiadu nie przejmą od AWACS-ów satelity?Pewnie kiedyś tak się wydarzy, ale to dalsza przyszłość, liczona w dekadach. Poziom informacji, jakie można uzyskać z kosmosu nie w pełni zaspokaja obecne potrzeby. Pamiętam w okolicach 2014 roku, pojawiły się opinie podważające sens korzystania z samolotów wczesnego ostrzegania. Mówiono, że 30-osobowy personel wymaga długiego i kosztownego szkolenia, a poza tym ewentualne straty byłyby też duże. Prawda jest jednak taka, że teraz wszystkie liczące się militarnie kraje, takie jak Wielka Brytania, Francja, Turcja, Szwecja czy Włochy wciąż zamawiają nowe AWACS-y. Okazuje się, że bez nich nie da się przeprowadzić żadnej poważnej operacji. Czytaj także: Księżyc zagrożony. Po raz pierwszy w historii