Policja interweniowała w ostatniej chwili . Ten groźny fałszerz naprawdę kocha swoją robotę. Wojciech P. – 71-letni gangster powiązany kiedyś z gangiem wołomińskim – pomimo wieku nie zamierzał przechodzić na emeryturę. W kwietniu służby przejęły gotową linię produkcyjną do wytwarzania fałszywych banknotów euro, którą zarządzał przestępca. „Rzeczpospolita” ujawniła teraz kulisy funkcjonowania Wojciecha P. i jego kompanów. W odkrytej pod Wołominem „fabryce euro” ABW i prokuratura znalazły m.in. materiały pozwalające imitować znaki wodne, hologramy i paski bezpieczeństwa, ale też trzy tony specjalistycznego papieru, które – według śledczych – wystarczyłyby do wyprodukowania około 360 milionów sfałszowanych euro.Fabryka fałszywych banknotów ukryta w kontenerach– Przestępcze przedsięwzięcie zlikwidowaliśmy na zaawansowanym etapie, kiedy członkowie grupy mieli już praktycznie wszystko przygotowane do produkcji. Byli w fazie testów niektórych elementów służących do przełamywania zabezpieczeń – powiedział „Rzeczpospolitej” prowadzący śledztwo prok. Piotr Stryszowski, zastępca naczelnika Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie.Jak informuje gazeta, dla Wojciecha P. miał to być biznes życia, do którego szykował się latami. Śledczy przyznają, że materiały przygotowane do przestępstwa były bardzo profesjonalne i nie ma mowy o tanich podróbkach. Również „system produkcji” był dopracowany w każdym detalu.Zobacz także: Drukowali euro na potęgę. Fałszerze już w rękach policji„Fabrykę fałszywek ulokowano w kilku kontenerach, na wynajętej powierzchni. Oficjalnie funkcjonował tam zakład, przyjeżdżały ciężarówki, dowożono 'towar', panował naturalny ruch, nikt nie mógł zauważyć, że to 'manufaktura' pieniędzy. Zwłaszcza że niektórzy uczestnicy procederu założyli działalność gospodarczą (m.in. z branży leśnej i naprawy maszyn)” – ujawniła „Rzeczpospolita”.Fałszywe euro miały trafić do Polski i na UkrainęZgodnie z informacjami dziennika profesjonalne urządzenia, specjalistyczny papier, folie i inne komponenty sprowadzili z Azji, legalnie, na faktury. Nawet kilka ton papieru nie wzbudziło podejrzeń służb celnych. Przestępcy nabyli urządzenia do testowania pierwszej partii banknotów. – Liczarki miały służyć do sprawdzania, czy produkt, który podejrzani chcieli wyprodukować, „przejdzie”, czy też liczarka „wypluje” taki banknot jako fałszywy – wyjaśniał w „Rzeczpospolitej” Piotr Stryszowski. „Materiały produkcyjne” pozwalały na wytworzenie ok. 360 mln fałszywych euro, ale śledczy podkreślali, że plany przestępców były bardziej ambitne i w grę wchodziły znacznie większe sumy. Falsyfikaty miały być rozprowadzane głównie w Polsce oraz w Ukrainie.Zobacz także: Nie tylko czołg i karabin. Polacy walczyli z Niemcami... banknotamiSam sprzęt sprowadzony z zagranicy kosztował bardzo dużo, ale funkcjonariusze nie ujawniają, czy pieniądze wyłożył sam Wojciech P., czy też „źródła finansowania” były inne.