Wspomnienie Prymasa Tysiąclecia. To był hierarcha, który nie patrzył na polski Kościół i na polskich wiernych w perspektywie miesiąca, roku, dwóch lat czy dziesięciu, tylko dziesięcioleci. Gdyby dzisiaj prymas Wyszyński miał do nas mówić, to mówiłby w takiej perspektywie. Po drugie, myślę, że był znakomitym analitykiem rzeczywistości. Potrafiłby tę rzeczywistość dzisiejszą też w sposób niezwykle przenikliwy zbadać, opisać i próbować szukać recepty tam, gdzie jest to potrzebne, na zmianę – mówi w rozmowie z portalem TVP.info Piotr Dmitrowicz, dyrektor Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego. Portal TVP.Info: Można z przymrużeniem oka stwierdzić, że Stefan Wyszyński jest jednym z tych duchownych, którzy w dzieciństwie potrafili nieźle nabroić. Przyszły Prymas podobno ganiał za dziewczynami, ciągnął je za włosy, gdy on i jego koledzy nie chcieli klasówki, wylewali atrament z kałamarzy. Rzeczywiście był takim nygusem?Piotr Dmitrowicz: Mówił, że był chłopcem psotnym. Sam siebie określał takim staromodnym słowem. Myślę, że był po prostu bardzo normalnym dzieckiem. Takim, które potrafiło robić różne żarty, mniej lub bardziej śmieszne, na przykład swoim siostrom. Potrafił zabrać im lalki, rozpruć i spalić w piecu. Patrząc głębiej i odpowiadając na pani pytanie, to myślę, że warto powiedzieć, że Prymas nigdy chyba siebie nie widział w roli hierarchy kościelnego. To pokazuje cała jego życiowa droga.Chciał być po prostu księdzem?Można tak powiedzieć. W wielu miejscach o tym wspominał i mówił, że widział siebie w roli, weźmy to w cudzysłów „zwykłego księdza” prowadzącego parafię, ale też takiego piszącego artykuły naukowe, redagującego teksty. To zresztą przed wojną robił jako redaktor. Do dwumiesięcznika „Ateneum Kapłańskie” napisał bardzo wiele ciekawych i przenikliwych tekstów, szczególnie na temat bolszewickiej Rosji. Później sam wpadł w tryby tej wielkiej historii i też tych dramatycznych wydarzeń po II wojnie światowej.Warto pamiętać, że gdy w 1946 roku Wyszyński zostaje biskupem lubelskim, to też nie jest funkcja, którą chce pełnić. Bardzo się przed tym wzbraniał, ale pamiętajmy, że sytuacja polskiego kościoła była bardzo dramatyczna. Jedna trzecia duchownych została wymordowana przez Niemców. Ostatecznie zostaje tym biskupem lubelskim, a w 1948 roku ku zaskoczeniu tak naprawdę całego episkopatu po śmierci prymasa Hlonda zostaje Prymasem. Prymas Hlond go namaszcza na tę funkcję i tu też wiemy z różnych przekazów, że przed tym również bardzo się wzbraniał.Tu warto przytoczyć słynną opowieść o jego rozmowie z kardynałem Adamem Sapiehą, który miał mu powiedzieć te słynne słowa: „Papieżowi się nie odmawia”. Zdaje się, że dopiero ten argument oraz autorytet niezłomnego księcia kościoła, czyli kardynała Sapiehy, przekonał Wyszyńskiego do tego, żeby tę funkcję objął. Zostając Prymasem, nie miał też złudzeń, że to będzie bardzo trudna misja, kiedy jeszcze przed ingresem spotykał się z duchownymi w Krakowie, z jego ust padły gorzkie słowa o tym, że czuł się, jakby popełnił morderstwo albo zrobił coś złego, kiedy rozmawiał z nimi, a opuszczając Lublin, tak gorzko zapisał się w pamięci tych, z którymi współpracował, że pewnie w Lublinie wszyscy się cieszą, a w Warszawie wszyscy płaczą.Kiedy Stefan Wyszyński poczuł powołanie? Był jakiś przełomowy moment w jego życiu, w którym zrozumiał, że chce być duchownym?Myślę, że trudno tutaj znaleźć taki moment, jeden, jedyny, który by zdecydował o tym, że on zostanie duchownym, że pójdzie do seminarium. Wydaje się, że po prostu to wychowanie rodzinne, takie bardzo tradycyjne, sprawiło, że wybrał taką drogę. Przypomnijmy, że ojciec jego był organistą, który wychowywał dzieci w duchu patriotyzmu i pobożności. W domu Prymasa wisiały dwa bardzo ważne obrazy Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Ostrobramskiej, o których Wyszyński często wspominał i mówił, że „po obudzeniu się długo przyglądałem się tej Czarnej Pani i tej Białej”. Jaki był styl duszpasterski Stefana Wyszyńskiego? Czym porywał tłumy, a z drugiej strony miał odwagę nie tyle walczyć, co też dogadywać się z komunistycznym systemem, który do dogadywania się łatwy nie był?Musimy spojrzeć na dwóch Wyszyńskich. Jeden to jest ten przedwojenny ksiądz, który bardzo aktywnie działa w chrześcijańskich związkach robotniczych. Niektórzy nawet, może z pewną przesadą, mówili o nim Czerwony Ksiądz, bo on się wielokrotnie wypowiadał na tematy społeczne np. związane z reformą rolną. Sam jako chłopak wychowany na wsi, w naturze też bardzo mocno rozumiał te wszystkie kwestie związane z rolnictwem, z ciężką pracą. Ten moment, kiedy zostaje Prymasem, to czas, kiedy trzeba na niego spojrzeć już nieco inaczej.Prymas miał bagaż doświadczeń i przedwojennych, ale również wojennych, bo pamiętajmy, że w czasie wojny był kapelanem Armii Krajowej, ukrywał się kilka razy, cudem uniknął śmierci, aresztowany przez Niemców, ale też poszukiwany przez Niemców, z doświadczeniem powstania, które też mocno mu ciążyło. Również, jak wspomniałem wcześniej, bardzo dużo tekstów przed wojną pisał o bolszewickiej Rosji. Najlepiej chyba z wszystkich hierarchów kościelnych, rozumiał te mechanizmy funkcjonujące w sowieckiej Rosji, rozumiał działania bolszewików, niebezpieczeństwo, jakie stąd płynie. Ten bagaż właśnie w dużym stopniu ukształtował go jako prymasa. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, która go odróżniała od znacznej części hierarchów, a mianowicie większość Episkopatu uważała, że ta rzeczywistość, którą mamy po roku 1944-1945, kiedy tutaj instalują się komuniści, jest mocno przejściowa, że to tak naprawdę jest jakiś epizod i że za chwilę to wszystko upadnie, zmieni się. Wyszyński uważał, że tak, że komunizm upadnie, zresztą podkreślał i mówił, że to się uczyni w Polsce i że Polska da tę iskrę, ale uważał, że ta perspektywa będzie znacznie dłuższa. A skoro tak, to musimy się przygotować na jakiś dłuższy bieg, używając tutaj określenia z historiografii chińskiej. Całe jego myślenie i sposób relacji również z komunistami oparty był o to, że to się nie rozstrzygnie bardzo, bardzo szybko. Trzeba przyznać, że miał rację. Stąd też to słynne porozumienie z kwietnia 1950 roku, bardzo kontrowersyjne przecież, bo Kościół poszedł tam na ogromne ustępstwa, potępiając m.in. podziemie niepodległościowe, chwaląc reformę kolektywizacji wsi. Stefan Wyszyński rozumiał, że żeby kościół w Polsce przetrwał i nie podzielił losu kościoła węgierskiego czy innych kościołów w krajach tak zwanej demokracji ludowej, musi tutaj próbować się dogadywać.W latach 70. wypowiedział takie zdanie, że gdyby to zmieniło w Polsce rzeczywistość i byłoby lepiej, to pójdzie na kolanach do Komitetu Centralnego. My patrzymy na niego jako na hierarchę interrexa, ale on był gotów na takie poświęcenia. Oczywiście sam podczas ingresu mówił, że on nie jest politykiem i że to nie jest jego rola, ale nie mógł od tego uciec. W tej rzeczywistości po 1944 roku tak naprawdę wszystko było polityką, więc on musiał w tych mechanizmach funkcjonować. Myślę, że też ta jego charyzma, pracowitość i też to, że potrafił brać na siebie odpowiedzialność, zresztą bardzo mocno to zaznaczył w początkach swojego prymasostwa, że to on odpowiada za relacje z władzami komunistycznymi, bierze je na siebie, ze wsparciem Episkopatu, ale to jego decyzje są najważniejsze. To wszystko, a pewnie jeszcze wiele innych czynników, zadecydowało o tym, że był takim, a nie innym prymasem.Czytaj też: Rafał Wojaczek – poeta wyklęty. „Dywagacje na temat jego śmierci są różne”A co porywało w kazaniach, które głosił? Co było ich siłą?Siłą tych kazań była charyzma Wyszyńskiego, sposób, w jaki mówił. Dzisiaj może nam się wydawać trochę archaiczny, ale ja wielokrotnie rozmawiałem z osobami, które pamiętają, uczestniczyły w mszach, gdy wygłaszał homilię. Jeden z moich przyjaciół użył takiego pięknego określenia, mówię o Grzegorzu Polaku, moim zastępcy, który przez lata był związany, słuchał prymasa Wyszyńskiego, powiedział: „Słuchaj, chodziło się na prymasa”. Tak właśnie było. Chodziło się, żeby go posłuchać, bo te kazania były też kazaniami związanymi z tą rzeczywistością, w której żyliśmy. To nie były tylko kazania oparte o Ewangelię. Nie chcę przez to powiedzieć, że one były polityczne i że Prymas w nich kogokolwiek piętnował, bo to tak nie wyglądało. Te kazania odwoływały się w swojej istocie do społeczeństwa, do tych wszystkich bolączek, które w nim funkcjonowały. To chyba najlepiej widać na przykładzie programu Wielkiej Nowenny. To był plan, który tak naprawdę w 90 proc. był programem społecznym, odnoszącym się do narodu. Czy to była też kwestia sposobu mówienia? Języka, którego używał w tych homiliach?Tak, na pewno. I tego, o czym się mówi. W Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego mamy salę „Dialog?”. Gdy stoi się na środku, patrzymy na pusty tron Prymasa. Po prawej i lewej stronie mamy dwie wielkie projekcje wielkoformatowe i na zmianę możemy słuchać tego, co mówi Prymas i jak mówi, a po drugiej stronie możemy posłuchać notabli partyjnych z Władysławem Gomułką na czele. Stoimy w takiej rzeczywistości i z jednej strony słyszymy, że najważniejsza jest godność człowieka i człowiek jest fundamentem, a z drugiej strony słyszymy, jak piskliwym głosem Władysław Gomułka piętnuje Prymasa, mówiąc o tym, że jest to ten kierownik Episkopatu, który nie rozumie m.in. historycznego momentu i sojuszu Polski ze Związkiem Radzieckim. To są dwie zderzające się rzeczywistości. To jest ten świat taki udawany, ten komunistyczny i ten żywy, prawdziwy, w którym jest Prymas i w którym są wierni.Wspomnieliśmy o ingresie prymasa Wyszyńskiego. To wtedy z jego ust padły słowa na temat stolicy. Mówił, że: „Od dziś zaczyna się moja droga przez Warszawę. Znam ją dobrze, jestem z nią związany tak blisko, może najbardziej była mi bliska, gdy broczyła krwią w powstaniu, gdy patrzyłem z Izabelina na dymy ofiarnego wielkiego ołtarza całopalenia. Dzisiaj muszę pokochać Warszawę i oddać jej swoje siły i życie. O wiele to łatwiej dziś niż kiedykolwiek. Oby Bóg – Miłość nadał tej pasterskiej miłości swoje Ojcowskie oblicze”. Ta Warszawa była dla niego ważnym miastem?Niezwykle ważnym z jego perspektywy. On tę Warszawę poznawał w latach I wojny światowej. Uczył się w słynnej, jednej z najlepszych wtedy, szkole Górskiego. To było jeszcze przed I wojną, a później w trakcie. Zresztą z tego czasu pochodzą jego piękne i zabawne trochę wspomnienia związane z budową Soboru Aleksandra Newskiego na dzisiejszym Placu Piłsudskiego. Mówił o tym, siedząc na tym Placu Zwycięstwa już 2 czerwca 1979 roku. Wspominał, że w latach dziecięcych bił się, gdy był chłopcem z rosyjskimi chłopakami, gdzieś w okolicach budowy tego Soboru, a teraz w centrum komunistycznego państwa, w stolicy tego państwa stoi ogromny krzyż, a papież Polak odprawia tutaj mszę. Doświadczenie Powstania Warszawskiego i tego, co przeżył w trakcie, bo był kapelanem w Laskach pod Warszawą, tam siostra Róża Czacka otworzyła w trakcie powstania szpital powstańczy, też miały na niego ogromny wpływ. Niósł tę pomoc duchową potrzebną powstańcom, spowiadał ich, rozgrzeszał. Do końca życia wspominał takiego chłopaka 16-letnie, Bogusia Grygorzewicza, który z Puszczy Nalibockiej razem z oddziałem Adolfa Pilcha-Doliną, słynnego Cichociemnego, w pierwszych dniach sierpnia dotarli do Warszawy. Ten chłopak zmarł 2 czy 3 sierpnia na rękach Wyszyńskiego.Te historie też go kształtowały. Przyszły prymas pomagał w tym powstańczym szpitalu, asystował przy operacjach. To wspominał i to było niezwykle drastyczne. Młody wówczas Wyszyński doświadczał śmierci, umierania, asystowania przy operacjach, wynoszenia z nich obciętych kończyn – rąk i nóg. To były naprawdę dramatyczne przeżycia. Widział też niszczoną, paloną przez Niemców Warszawę. Bronił pamięci o Powstaniu Warszawskim, ale tak samo bronił Powstania Styczniowego. Gdy w 1963 roku celebrowano setną rocznicę tego wydarzenia, wszedł w polemikę m.in. z dziennikarzami „Tygodnika Powszechnego” i w ogóle trendem, który mówił „a po co te powstania, to tylko przelana krew”. W trakcie homilii w kościele Świętego Krzyża w Warszawie użył takiej pięknej frazy, odnosząc się do powstań, do walki o niepodległość. Mówił: „Spróbujcie ptaku, który jest zamknięty w klatce, wytłumaczyć, żeby nie obijał się tymi skrzydłami o te kraty, żeby nie tracił tych piór, żeby nie krwawił”. Warto przy tym pamiętać, że odbudowa katedry i w ogóle odbudowa warszawskich kościołów, ale nie tylko, to też jest ogromna zasługa Prymasa. Ta katedra w dzisiejszym kształcie, z całym tym swoim programem artystycznym, z tym, co zawiera w środku, to w dużej części jest inspiracja właśnie Prymasa Wyszyńskiego.Czytaj też: Cytrusy w PRL. Gomułka ich nienawidził, Polacy kochaliTrudno jest wskazać to jedno najważniejsze kazanie Prymasa i te słowa, ale gdybyśmy spróbowali, to które według pana mogłoby nim być?To jest niezwykle trudne. Dla mnie to, co jest takim elementem niezgłębionym i czym jestem zafascynowany w postaci Prymasa, to jest ta umiejętność, wybaczania wrogom, tego, że się nie ma w sobie tej nienawiści, która gdzieś tam naturalnie towarzyszy człowiekowi w sytuacjach takich, jakich on doświadczał. Zatrzymajmy się na chwilę przy tym internowaniu prymasa Wyszyńskiego. Jak pan wspomniał, to był dla niego czas niepewności, co się ze mną stanie, strachu, ale czy też dla wiernych, dla obywateli szokiem, zaskoczeniem, że internowano taką osobistość Kościoła?Dla społeczeństwa zapewne w dużej mierze to był szok. Dla samego Wyszyńskiego myślę, że nie. On się tego spodziewał. Szczególnie po tym, kiedy w lutym 1953 roku komuniści ogłosili słynny dekret o obsadzie stanowisk kościelnych, a w maju nastąpiła odpowiedź Episkopatu, czy tak naprawdę prymasa Wyszyńskiego, z tymi słynnymi słowami: „Nam rzeczy bożych, ołtarza Cezara składać nie wolno, non possumus”. On wiedział, że tymi słowami podpisał na siebie niejako wyrok, więc był przygotowany na swego rodzaju cierpienie. Mało tego, on je jakoś przyjmował, nie potrafię do końca tego słowami wytłumaczyć, ale przyjmował je jako coś normalnego. Zarówno on, jak i Jan Paweł II, czy Karol Wojtyła wtedy jeszcze, w trakcie II wojny światowej wielokrotnie uniknęli śmierci, ale ta śmierć zabierała im często przyjaciół, przełożonych. W przypadku Wyszyńskiego był to biskup Kozal zamordowany w Dachau, czyli jego przyjaciel. Wyszyński do końca życia miał na stoliku kartkę z nazwiskami swoich kolegów zamordowanych w Dachau przez Niemców. Większość chłopaków z jego roku zginęła zamordowana. On i Karol Wojtyła zadawali sobie pytanie: „Dlaczego, nie ja?”. Wszyscy ponoszą tę ofiarę, giną, a ja, jeżeli przeżyłem, to znaczy, że w tym jest jakiś palec Boży, że mam jakąś misję do spełnienia, że coś mam do zrobienia. Trochę jak z tą słynną kartką, która spadła pod nogi Wyszyńskiego w końcu powstania. Nadpalona kartka z dwoma słowami: „Będziesz miłował”, gdzie on to znowu przyjął jako znak. Te dwa słowa, które prowadziły późniejszą drogę prymasa.Internowanie, te trzy lata, to był absolutnie trudny okres, szczególnie na początku. Zresztą prymas tak bardzo zgryźliwie powiedział na jego początku, że „został przy mnie tylko Niemiec i pies”, mając na myśli swojego psa Bacę i księdza Zinka, który jako jeden z nielicznych nie opuścił i szedł tą linią prymasowską. Co tu dużo mówić. Episkopat w znacznej części z biskupem Klepaczem, poszli na ugodę z komunistami, w dużej części się złamali. Zresztą to też jest fascynujące, że Wyszyński, wiedząc o tym, wybaczył. Wybaczył nie tylko Klepaczowi, ale też siostrze zakonnej i księdzu, którzy byli przy nim w trakcie aresztowania, a którzy byli współpracownikami Służby Bezpieczeństwa. To były trzy trudne lata, ale pamiętajmy, jaki był tego finał.Po pierwsze podczas uwięzienia w Komańczy pisze słynny tekst Ślubów Jasnogórskich, który będzie początkiem później programu wielkiej nowenny Millenium Chrztu Polski. To jest jedna rzecz, a druga, że on wychodząc z więzienia, jesienią 1956 roku, mógł w dużym stopniu dyktować warunki, na jakich wyjdzie Gomułce, Kliszce i komunistom, którzy wtedy przejmowali władzę. Zresztą oni przyjeżdżali kilka razy do Komańczy, żeby z nim prowadzić takie rozmowy. Ten jego autorytet tak ogromnie wzrósł w trakcie tego uwięzienia, że komuniści zdali sobie sprawę, że Wyszyński, po dramatycznych wydarzeniach w czerwcu 56 roku, tym jak komuniści strzelają do robotników w Poznaniu, w październiku na Węgrzech trwa rewolucja i może się przelać do Polski, był takim stabilizatorem. Gdy zostawał prymasem, znaczna część Episkopatu była naprawdę nieprzychylnie, mówiąc delikatnie, do niego nastawiona. Gdy kończy się jego internowanie, chyba właśnie wtedy staje się jasne, że on jest tym symbolem prawdziwej władzy, tej legalnej, której w Polsce nie ma.Czy rzeczywiście Stefan Wyszyński i Karol Wojtyła przyjaźnili się? Już jako Jan Paweł II usłyszał od niego: „Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać”. Wojtyła mówił, że to bardzo mu pomogło w podjęciu tej decyzji i w wypowiedzeniu słów: „Przyjmuję”.To jest bardzo ciekawa i dyskusyjna kwestia. Przyjęło się mówić, że oni byli przyjaciółmi, że byli bardzo ze sobą związani, ale myślę, że to nie do końca tak wyglądało. Dzieliło ich 19 lat. To jest jednak pewna różnica pokoleniowa, różnica doświadczeń. Środowiska, w jakim obydwaj wyrastali. Natomiast absolutnie jeden i drugi to były ogromne indywidualności, ale też ludzie, którzy potrafili grać zespołowo. W 1967 roku, kiedy Wojtyła zostaje kardynałem, Wyszyński mówi kolejne swoje słynne słowa, że od tej pory razem będziemy ciągnęli ten wóz naszego kościoła. Zdawał sobie sprawę, że Wojtyła to jest bardzo ważna osoba i taka, z którą będzie funkcjonował. W jedną i w drugą stronę to działało. Ta lojalność pomiędzy nimi była niezwykła. Wiemy dzisiaj, z dokumentów Służby Bezpieczeństwa, że przez długi czas komuniści obstawiali taką opcję, przeciwstawiania Wyszyńskiego, skostniałego, sztywnego hierarchy prymasa, liberalnemu w miarę, nowoczesnemu Wojtyle. Liczyli, że tutaj dojdzie do jakiegoś konfliktu. Po pierwsze się pomylili, bo tutaj nie było żadnych różnic zasadniczych pomiędzy Wyszyńskim a Wojtyłą, a po drugie była właśnie ta ogromna lojalność. Kiedy Wyszyńskiemu komuniści odmawiali wydania paszportu, żeby mógł się udać do Watykanu, to Wojtyła również odmawiał, mimo że ten paszport mógł otrzymać. Czy też słynna historia z przybyciem do Polski Charles'a de Gaulle'a. Gdy Wyszyński bardzo chciał się z nim spotkać, komuniści odmówili takiego spotkania, ale też de Gaulle odwiedził Zamek Wawelski. Co zrobił Wojtyła? Wyjechał w tym czasie z Wawelu, żeby nie witać w katedrze właśnie de Gaulle'a. To było symbolicznie, a zarazem żartobliwie, Można by jeszcze przytoczyć słynną historię, kiedy to kardynał Karol Wojtyła, przebywając we Włoszech, powiedział, gdy był już kardynałem, że w Polsce 49 proc. kardynałów jeździ na nartach. To też żartobliwie, ale myślę, że bardzo symbolicznie wskazanie kto jest tutaj najważniejszy.Jest jeszcze jedna rzecz czy wydarzenia, myślę, dosyć symptomatyczne a rzadko zwracamy na to uwagę. Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski, czerwiec 1979. Proszę zwrócić uwagę, że przez pierwsze 2-3 dni prymas jest bardzo mocno obecny. I na Placu Zwycięstwa, i później, gdy wybrzmiewa słynne „Góralu, czy ci nie żal”, ale w pewnym momencie właściwie prymasa nie widzimy. On gdzieś jest w drugim, trzecim, dziesiątym szeregu. Myślę, że on po prostu zobaczył, co tu się dzieje, że ta pielgrzymka zmienia kompletnie rzeczywistość, a Jan Paweł II jest tym, który to napędza. Wyszyński zrozumiał, że on tu nie jest potrzebny na tej pierwszej linii, wycofał się, żeby tutaj papież mógł ten swój program całej wizyty przeprowadzić. Myślę, że te relacje były bardzo interesujące i ciekawe, natomiast trudno je zamknąć w jakichś takich pewnie kilku gładkich słowach typu przyjaźń, spędzali ze sobą dużo czasu, czy akacje.Wiemy, że ten głos Wojtyły bardzo się liczył dla Wyszyńskiego. Poza tym to przecież Jan Paweł II nazwał prymasa Wyszyńskiego Prymasem Tysiąclecia. Często błędnie sądzi się, że ta nazwa narodziła się dlatego, że Prymas przeprowadził obchody milenijne. Nie, to przecież Jan Paweł II powiedział, że historia daje nam takiego Prymasa raz na tysiąc lat. Stąd to określenie Prymas Tysiąclecia.Gdyby dzisiaj prymas Wyszyński żył i wygłaszał homilie, to o czym pana zdaniem, by mówił?To jest niezwykle trudne pytanie, bo ono zahacza trochę dzisiejszą rzeczywistość. Myślę, że przede wszystkim Prymas, tak jak to podkreślałem, zawsze w swoim działaniu, i to znamionuje też jego wielkość, potrafił patrzeć w dłuższej perspektywie. To był hierarcha, który nie patrzył na polski Kościół i na polskich wiernych w perspektywie miesiąca, roku, dwóch lat czy dziesięciu, tylko dziesięcioleci. Gdyby dzisiaj prymas Wyszyński miał do nas mówić, to mówiłby w takiej perspektywie. Po drugie, myślę, że był znakomitym analitykiem rzeczywistości. Potrafiłby tę rzeczywistość dzisiejszą też w sposób niezwykle przenikliwy zbadać, opisać i próbować szukać recepty tam, gdzie jest to potrzebne, na zmianę. Trzecia rzecz – to, co znamionuje najwybitniejszych przywódców, liderów, to fakt, że potrafią pociągnąć za sobą tłumy, a takim był prymas Wyszyński, ale lider to jest też ktoś, kto potrafi powiedzieć coś wbrew większości. Myślę, że tutaj też Prymas nie wahałby się, gdyby była taka potrzeba. Mówić pod prąd, nie mówić tak jak często dzisiaj się zdarza, że słyszymy z ust decydentów, czy to politycznych, czy kościelnych, to, co chcemy usłyszeć. On by mówił to, co powinniśmy usłyszeć, nawet jeśli te słowa byłyby dla nas trudne, niewygodne, czy czasami wręcz nie do przyjęcia.Potwierdzeniem tego, co pan mówi, mogą być jego słowa o tym, że „Nie można brnąć bezkrytycznie w tzw. nowoczesność, bo ona jest pełna fałszu i bierze ludzi w niewolę”.Bardzo trafne, zawsze trzeba tę rzeczywistość analizować i podchodzić do tego z pewnym takim dystansem.To, co również wychodzi na pierwszy plan, w tym, co mówił to patrzenie na człowieka jako tego, który powinien najwięcej wymagać od siebie. Mówił: „Od siebie trzeba wymagać najwięcej”; „Zaprzestańmy stawiać wymagania innym! Sobie je dyktujmy!”.Gdy kończył się program milenijny obchodami w 1966 roku, Prymas od razu ciągnął ten wątek dalej. W 1967 roku powstaje „ABC Społecznej Krucjaty Miłości”, a więc 10 punktów o szacunku i miłości do drugiego człowieka. One są dzisiaj absolutnie aktualne, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. Gdy zamienimy tam kilka słów na takie jak „nie hejtuj”, to mamy poradnik na rzeczywistość XXI-wieku. Wystarczy tylko z tych rad Prymasa skorzystać.Czytaj też: „On żył Bogiem”. Kardynał Dziwisz o papieżu Janie Pawle II***Piotr Dmitrowicz – historyk i dziennikarz, absolwent Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego oraz podyplomowych studiów dziennikarskich, współtwórca ekspozycji Mt 5,14 | Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego. Jest długoletnim nauczycielem i pedagogiem. Stworzył i koordynował kanał tematyczny PolskieRadio.pl/Historia, jest gospodarzem cyklicznej audycji „Klub Trójki” w Programie Trzecim Polskiego Radia. Na łamach prasy i portali internetowych opublikował wiele artykułów z zakresu historii najnowszej, Polski i Europy Środkowej oraz kultury i tradycji d. Kresów Wschodnich. Kurator wystaw muzealnych, w tym m.in. „Willmann encore. Męczeństwo apostołów”.