Kryzys bez końca. „Koniec historii” miał przynieść świat bez wielkich konfliktów. Niemal trzy dekady później glob pogrąża się w największej fali przemocy od zakończenia II wojny światowej. W europejskich mediach widzimy głównie Ukrainę, Iran i – jeszcze niedawno – Strefę Gazy. Ale poza mainstreamowym kadrem płoną Sudan, Myanmar, Sahel, Kongo i dziesiątki innych miejsc, gdzie wojna przestała być wyjątkiem, a stała się codziennością. Według danych Uppsala Conflict Data Program (UCDP) w 2024 roku na świecie trwało 61 konfliktów z udziałem państw – najwięcej od zakończenia II wojny światowej. Jedenaście z nich osiągnęło poziom pełnoskalowej wojny, czyli pochłaniało ponad tysiąc ofiar śmiertelnych rocznie. Z kolei organizacja ACLED, monitorująca przemoc polityczną i konflikty zbrojne, odnotowała w ubiegłym roku ponad 200 tys. incydentów związanych z walkami, terroryzmem, zamachami i starciami zbrojnymi.Równolegle rośnie liczba ludzi uciekających przed wojną i przemocą. Według danych UNHCR, w 2025 roku liczba uchodźców oraz osób zmuszonych do opuszczenia swoich domów przekroczyła 122 mln. To najwięcej od czasu prowadzenia takich statystyk – więcej niż wynosi populacja Niemiec i Polski razem wzięta. Coraz liczniejszą część tej grupy stanowią ludzie, którzy nie wyjeżdżają za granicę, lecz uciekają w obrębie własnego państwa. Internal Displacement Monitoring Centre szacuje, że tylko w 2025 roku konflikty i przemoc zmusiły do takiej ucieczki ponad 30 mln osób, łącznie jest ich ponad 70 mln.I mimo tych koszmarnych statystyk wiele konfliktów nie znajduje zainteresowania wiodących światowych mediów. Sudan nie stał się osią globalnej debaty i nie wywołuje emocji porównywalnych z tymi, które budzą Ukraina czy Bliski Wschód. Tymczasem konflikt między sudańską armią a paramilitarnymi Siłami Szybkiego Wsparcia (RSF), który wybuchł w kwietniu 2023 roku, przerodził się w jedną z największych katastrof humanitarnych XXI wieku. Według danych ONZ z domów uciekło ponad 12 mln ludzi, a ogromna część kraju pogrążyła się w chaosie, głodzie i przemocy etnicznej, które pochłonęły nawet 400 tys. ofiar.Czytaj też: Wojna nie jest sceną. Po co więc politykom i celebrytom wizyty na froncie?Wojny i rozpadA Sudan wcale nie jest wyjątkiem – niejako w cieniu „najpopularniejszych” kryzysów geopolitycznych trwa dziś cała seria konfliktów, które pochłaniają tysiące ofiar, destabilizują całe regiony i zmieniają życie milionów ludzi. Oto kilka z nich.Od pięciu lat pogrążony w wojnie domowej pozostaje Myanmar. Po wojskowym zamachu stanu z 2021 roku kraj rozpadł się na strefy kontrolowane przez juntę, lokalne milicje i organizacje etniczne. Walki objęły znaczną część państwa i mogły pochłonąć już ponad 50 tys. ofiar, choć rzeczywista liczba zabitych prawdopodobnie jest wyższa.Źle dzieje się w regionie Sahelu, obejmującym m.in. Mali, Burkina Faso i Niger. Jeszcze kilka lat temu obecne były tam siły francuskie i zachodnie misje wojskowe. Dziś wpływy Zachodu gwałtownie maleją, kolejne państwa przechodzą przez wojskowe zamachy stanu, a ogromne obszary pozostają pod kontrolą ugrupowań dżihadystycznych. W próżnię po wycofujących się Europejczykach weszła Rosja – najpierw poprzez Grupę Wagnera, a później inne formacje podporządkowane rosyjskiemu państwu. Efekt? Poziom przemocy w regionie nadal rośnie. Szacunki organizacji monitorujących konflikty wskazują, że tylko w 2025 roku walki i ataki terrorystyczne w Sahelu pochłonęły ponad 25 tys. ofiar.Kolejnym przykładem jest Demokratyczna Republika Konga. Walki na wschodzie kraju, napędzane działalnością rebelii M23 i rywalizacją o kontrolę nad bogatymi złożami surowców, ponownie przybrały na sile. Tylko od początku 2025 roku zginęło tam około 7 tys. ludzi. W szerszej perspektywie kongijski konflikt należy do najbardziej krwawych wojen współczesności – od końca lat 90. mógł pochłonąć kilka milionów ofiar.Coraz trudniej jednoznacznie oddzielić wojnę od rozpadu państwa lub przemocy kryminalnej. W Haiti gangi kontrolują znaczną część stolicy i dużych miast, a państwowe instytucje praktycznie przestały funkcjonować. Dla mieszkańców codzienność coraz bardziej przypomina realia konfliktu zbrojnego, mimo że nie toczy się tam klasyczna wojna między armiami.Podobnie w Meksyku, którego władze od dekad borykają się z działalnością karteli narkotykowych, a od 2006 roku prowadzą z nimi regularną wojnę. W zeszłym roku pochłonęła ona około 20 tys. ofiar, a przez 20 lat – już ponad 300 tys. Multimedialne zapisy potyczek przywodzą skojarzenia z partyzanckimi walkami miejskimi. Bojówki narkotykowych baronów są świetnie wyekwipowane, także w broń przeciwlotniczą, odkąd armia używa wobec nich śmigłowców. Niektóre z maszyn spadają, a kadry niczym z filmu „Black Hawk Down” regularnie trafiają do meksykańskich mediów i sieci.Czytaj też: „Specoperacja” trwa już tyle, ile wielka wojna ojczyźnianaKryzys bez końcaWspółczesne konflikty coraz rzadziej przypominają wojny XX wieku – z formalnym wypowiedzeniem walk, linią frontu i wyraźnym momentem zakończenia. Coraz częściej zamiast pokoju pojawia się długotrwały stan niestabilności, w którym intensywność przemocy jedynie okresowo maleje. Wojna się nie kończy – raczej przechodzi w fazę „zarządzanego chaosu”.Dobrym przykładem pozostaje Syria. Choć największe ofensywy wygasły kilka lat temu, kraj nadal pozostaje podzielony między reżim Baszara al-Asada, Kurdów, lokalne milicje oraz ugrupowania islamistyczne. Na terytorium Syrii obecne są także wojska rosyjskie, tureckie i amerykańskie. Fronty wprawdzie się ustabilizowały, ale państwo w praktyce nie odzyskało kontroli nad własnym terytorium, a miliony ludzi wciąż żyją poza domami.Podobnie w Libii – od obalenia Muammara Kadafiego minęło już kilkanaście lat, jednak kraj nadal pozostaje podzielony między rywalizujące rządy, lokalne milicje i grupy zbrojne kontrolujące poszczególne regiony oraz infrastrukturę naftową. Formalnie nie trwa tam pełnoskalowa wojna, ale państwo nadal funkcjonuje w stanie chronicznego kryzysu bezpieczeństwa.Jeszcze bardziej wymowny jest przypadek Jemenu. Ograniczenie działań wojennych i częściowe zawieszenie broni nie oznaczały końca konfliktu. Kraj pozostaje zrujnowany gospodarczo i humanitarnie, a miliony ludzi nadal są uzależnione od pomocy międzynarodowej. W takim ujęciu wojna przestaje być jednorazowym kryzysem, zmieniając się w trwały element rzeczywistości politycznej i społecznej. Konflikty nie kończą się pokojem – raczej zamierają, by po pewnym czasie wybuchnąć ponownie w innej formie. Dotyczy to zarówno Afryki, Bliskiego Wschodu, jak i części Azji.Zmienia się też sposób prowadzenia walk. Wojna, którą Europa obserwuje dziś w Ukrainie, nie jest wyjątkiem, lecz najbardziej medialnym przykładem szerszego procesu. Drony stały się narzędziem powszechnym – wykorzystywanym nie tylko przez regularne armie, ale także przez milicje, rebeliantów czy organizacje terrorystyczne. W Myanmarze improwizowane bezzałogowce służą do bombardowania pozycji junty. W Sudanie drony wykorzystują obie strony konfliktu. W regionie Sahelu podobne technologie pojawiają się w rękach ugrupowań dżihadystycznych.Równolegle słabnie monopol państw na prowadzenie wojny. Coraz większą rolę odgrywają prywatne armie, lokalne milicje, organizacje paramilitarne i grupy hybrydowe, które funkcjonują na pograniczu polityki, biznesu i przestępczości. W efekcie mapa współczesnych konfliktów coraz mniej przypomina starcia państw narodowych, a coraz bardziej mozaikę lokalnych wojen prowadzonych przez dziesiątki różnych aktorów.Czytaj też: A co jeśli Rosja spróbuje? Tak mógłby wyglądać atak na NATOMalejąca presjaWróćmy jednak do kwestii „widzialności” wojny. O tym, które konflikty trafiają do globalnej świadomości, decyduje nie tylko ich skala, ale także polityczne znaczenie, medialna atrakcyjność i mechanizmy cyfrowej uwagi.Ukraina pozostaje dla uprzywilejowanego informacyjnie Zachodu konfliktem egzystencjalnym – bo dotyczy bezpieczeństwa Europy i przyszłości NATO. Kryzys wokół Iranu oddziałuje na ceny surowców, stabilność Bliskiego Wschodu i politykę USA. To naturalnie przyciąga uwagę opinii publicznej w najbardziej wpływowych krajach na świecie.Znacznie trudniej przebić się wojnom, które nie wpływają bezpośrednio na zachodnią politykę czy gospodarkę. W dodatku Sudan, Sahel czy Myanmar są dla europejskiego i amerykańskiego odbiorcy konfliktami odległymi geograficznie i kulturowo, pozbawionymi prostego podziału na „dobrych” i „złych”, a często także czytelnej narracji politycznej. No i wiele z tych wojen jest niezwykle skomplikowanych – z dziesiątkami lokalnych aktorów, zmieniającymi się sojuszami i trudnym do wyjaśnienia tłem etnicznym, religijnym lub ekonomicznym; trudno to ogarnąć.Znaczenie ma również zmęczenie odbiorców. Po latach nieustannego napływu dramatycznych informacji uwaga opinii publicznej staje się coraz bardziej ograniczonym zasobem. Media konkurują o emocje i czas odbiorcy, a algorytmy premiują konflikty generujące największe zaangażowanie. W praktyce oznacza to, że część wojen zostaje niemal całkowicie wypchnięta poza globalny obieg informacji, nawet jeśli pod względem liczby ofiar należą do największych katastrof humanitarnych świata.Najbardziej niepokojące może być jednak coś innego: stopniowe oswajanie się z permanentną przemocą. Jeszcze dwie dekady temu kolejne wojny wywoływały przekonanie, że mamy do czynienia z wyjątkowym kryzysem międzynarodowym. Dziś konflikty nakładają się na siebie niemal bez przerwy – Ukraina, Gaza, Sudan, Sahel, Myanmar, Kongo – tworząc wrażenie globalnego stanu ciągłej destabilizacji. Wojna coraz rzadziej jest postrzegana jako alarmujący wyjątek od światowego porządku, a coraz częściej jako jego trwały element. Kolejne konflikty przestają szokować, a wraz z tym maleje presja na polityków i społeczność międzynarodową, by angażowali się w rozwiązywanie kryzysów, które nie wpływają bezpośrednio na interesy największych państw i ich społeczeństw. Grunt, że nasza chata z kraja…Czytaj też: Arytmetyka wojny w Iranie. Zachód wpadł we własną pułapkę