Referendum to groźna broń. Referenda wszelkiej maści przypominają trochę tabliczkę „uwaga, zły pies”, gdy za płotem czai się podstarzały buldog. Czyli: są, może kiedyś coś z nich wynikło, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Można grozić, machać papierkami, ale jak przychodzi co do czego – trudno o pożądaną frekwencję. Strata czasu i pieniędzy. Do niedzieli. Referendum chciałby prezydent Nawrocki. Ale czy naprawdę wierzy, że kilkanaście milionów Polaków pójdzie do urn (tyle potrzeba, by jego wynik był wiążący), żeby podumać nad polityką klimatyczną? Pewnie nie. W 2003 roku, choć niemal wszyscy politycy (poza Ligą Polskich Rodzin z Romanem Giertychem na czele) grali do jednej bramki, choć cała machina medialna zachęcała do głosowania „za” Unią Europejską, próg przekroczyliśmy ledwo, o 9 punktów procentowych. A to przecież temat ważny, kluczowy, którym żył cały kraj. Polityka klimatyczna? Bez szans.No więc „bez szans” wydawały się też wszelkie mniejsze, lokalne próby. Aleksandrowi Miszalskiemu „grożono” referendum, ale przecież nie tylko trzeba zebrać kilkadziesiąt tysięcy podpisów – co już wymaga sporej determinacji – ale potem zachęcić również liczbę mieszkańców równą co najmniej trzem piątym głosujących z poprzednich wyborów, by w ciepłą niedzielę pofatygowali się do lokalu wyborczego. Bez wielkich nakładów na kampanię, bez reklam w telewizji i tym podobnych fajerwerków. Prezydent Krakowa mógł więc czuć się w miarę pewnie.Spacer po polu minowymPojęcie „bomby atomowej” w polskim samorządzie przez lata uległo dewaluacji. Włodarze miast, po wygranych bataliach wyborczych, szybko obrastali w piórka. Przekonani o swojej pięcioletniej nietykalności, realizowali nierzadko politykę oderwaną od realnych nastrojów społecznych. Strategia obronna w przypadku ewentualnego buntu mieszkańców zawsze była taka sama: „Nie idźcie na referendum, nie róbcie frekwencji, to hucpa opozycji!” – grzmiały partyjne aparaty, a ludzie czuli się co najmniej zdezorientowani. Nigdy: „przepraszam, rzeczywiście coś zrobiłem/zrobiłam źle”. „Zostańcie w domu” jako uniwersalna metoda obrony. Tarcza przed demokracją i złymi ludźmi, którzy chcą wygonić przedwcześnie z jakże miłej przecież posadki.Zadziałało to spektakularnie w 2013 roku w Warszawie, gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz uciekła spod gilotyny tylko dlatego, że Donald Tusk wezwał Warszawiaków i Warszawianki, by na głosowanie w ogóle nie iść. To nic, że 94 proc. głosujących wówczas mieszkańców stolicy opowiedziało się przeciw urzędującej pani prezydent. Po referendum było głośne „uff” i świętowanie. Jakby nic się nie stało, jakby nigdy nie było żadnego problemu.W minioną niedzielę niemal niezawodny mechanizm obronny pękł. Za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego opowiedziało się ponad 171 tys. mieszkańców. Frekwencja rzutem na taśmę, na poziomie 29,99 procent, przekroczyła wymagany próg o zaledwie kilkanaście tysięcy głosów. Sukces komitetu referendalnego to potężny cios wizerunkowy dla Koalicji Obywatelskiej, która traktowała stolicę Małopolski jako bezpieczny, wielkomiejski bastion. Czytaj też: Przedterminowe wybory w Krakowie. Ruszyła giełda nazwiskZ sondaży late poll jasno wynika, co zmobilizowało krakowian: narzucona bez dialogu Strefa Czystego Transportu, potężne zadłużenie miasta oraz kolesiostwo w spółkach miejskich. Do urn poszli ludzie autentycznie wściekli. I choć krakowska Rada Miasta ocalała z powodu zbyt niskiej frekwencji (minimalnie, o włos), sam prezydent został zmieciony z planszy. Do miasta wchodzi komisarz.Tej samej niedzieli identyczny dramat, choć z innym finałem, rozegrał się w uzdrowiskowym Ciechocinku. Tamtejszy burmistrz, Jarosław Jucewicz, ocalał dzięki garstce ludzi, którzy zmieściliby się w jednym autobusie wycieczkowym. Do ważności referendum zabrakło bowiem zaledwie 28 osób. Ponad 95 proc. tych, którzy poszli głosować, chciało jego głowy – głównie za kontrowersyjne plany budowy biogazowni w pobliżu słynnych tężni. Jucewicz rano ogłosił sukces i powrót do pracy, ale to pyrrusowe zwycięstwo. Rządzenie miastem ze świadomością, że zabrakło 28 głosów, by stracić fotel, to polityczny spacer po polu minowym.Moda na referendumWydarzenia z Krakowa i Ciechocinka to nie anomalie. Rok temu, w Zabrzu, mieszkańcy powiedzieli „dość” prezydent Agnieszce Rupniewskiej, odrzucając jej program drastycznych cięć i zwolnień w imię ratowania miejskich finansów. I to zaledwie po roku rządzenia. Czy teraz ruszy lawina? Historia pokazuje, że… tak to właśnie działa. Gdy w styczniu 2010 roku Łódź, jako pierwsze wielkie miasto, odwołała prezydenta w wyniku referendum, coś w kraju drgnęło. Jerzy Kropiwnicki czuł się pewnie, miał poparcie dużej partii, ale dość sromotnie przepadł. Gdy Sojusz Lewicy Demokratycznej (pod wodzą młodego i drapieżnego wówczas Dariusza Jońskiego) ramię w ramię z Platformą Obywatelską doprowadził do jego odwołania, w urzędzie wybuchła panika. W kuluarach zaczęły krążyć listy „ludzi do odstrzału”: tych, którzy otrzymali atrakcyjne posady w miejskich spółkach głównie dzięki argumentom towarzysko-politycznym, nie kompetencjom. Czytaj też: Niemal 200 tysięcy osób protestowało przeciwko rządowi. Doszło do starćNa giełdzie nazwisk znaleźli się dyrektorzy kluczowych wydziałów (Edukacji, Zdrowia, Mienia Komunalnego) oraz zarządy miejskich spółek, jak MPK Łódź czy Łódzka Spółka Infrastrukturalna. Nowy komisarz z nadania PO-PSL (został nim Tomasz Sadzyński) oraz szykujący się do przejęcia władzy działacze SLD mieli gotowe spisy ludzi „zbytnio skażonych lojalnością wobec profesora”. „Ucierpiał” Kropiwnicki, a wraz z nim całkiem spora grupa urzędników. Łódź pokazała, że można. Potem, w 2012 roku, był Bytom: mieszkańcy mieli dość udręki z chaosem infrastrukturalnym i śmieciowym. Odwołano prezydenta Piotra Koja (PO) i całą Radę Miasta, przy frekwencji ok. 29 proc. W tym samym roku odwołany został burmistrz Ostródy (Olgierd Dąbrowski), który popadł w konflikt z lokalnymi przedsiębiorcami. Rok później to samo zdarzyło się w Elblągu („ucierpiał” prezydent Grzegorz Nowaczyk z PO), a w 2015 roku w Chrzanowie.Tam się nie udałoByły też oczywiście próby nieudane. Poza Warszawą najgłośniej było prawdopodobnie o referendum w Kielcach. W 2016 roku porwano się na Wojciecha Lubawskiego, który gospodarzem miasta był nieprzerwanie od 2002 roku. Rządził twardą ręką, nie wszystkim się to podobało, ale karierę uratował „o włos”. Jak się jednak okazało: na krótko. Szkody wizerunkowe związane z kampanią komitetu referendalnego były na tyle duże, że dwa lata później przegrał w wyborach z Bogdanem Wentą.W latach 2010-2014 odbyły się łącznie 83 referenda dotyczące władz lokalnych. Tendencja była jednak zniżkowa: odwołano tylko (?) jedenaścioro włodarzy, wśród nich dwóch prezydentów, więc ludzie z roku na rok coraz mniej wierzyli, że ta zabawa ma sens. Referendum do złych celów wykorzystywali też zresztą politycy: bardziej jako narzędzie gry, instrument walki aniżeli realną potrzebę czy próbę naprawy czegokolwiek. Wyciągnąć wnioskiZabrze, potem Kraków, dały jednak sygnał do boju. Głównie dla przedstawicieli opozycji. Po latach dominacji Koalicji Obywatelskiej w dużych miastach, odwołanie Miszalskiego może przynieść wiatr zmian. Są bastiony, które wydają się nietykalne: jak Warszawa czy Poznań. Ale krytycy rządzących coraz śmielej i bardziej zdecydowanie spoglądają choćby w stronę Wrocławia. Znowu.Jacek Sutryk był pod ostrzałem już dwukrotnie: ani razu nie udało się jednak zebrać wymaganej liczby podpisów (w przypadku Wrocławia to 46 tys.) – najpierw były 33 tys., a w drugiej próbie już tylko 20 tys. Czy wydarzenia z Krakowa sprawią, że Wrocławianie uwierzą, że referendum to coś więcej niż tylko niewinny „straszak” i/lub element politycznej rozgrywki? Bardziej niż Sutryk o posadę drżeć może jednak prezydent Chorzowa. Mieszkańcy mają dość Szymona Michałka, zarzucając mu brak pomysłu na rozwój miasta i krytykując m.in. plany budowy kosztownego stadionu. 4 maja do komisarza wyborczego złożono wniosek wraz z ponad 8 tys. podpisów (wymagana liczba to 7,2 tys.). Gdy upłynie czas na ich weryfikację (czyli maksymalnie miesiąc), procedura może ruszać. Dla stabilności funkcjonowania miast i ciągłości inwestycji ta nowa-stara moda na referenda może okazać się destrukcyjna. Miasta zarządzane przez komisarzy, przedterminowe kampanie wyborcze i paraliż decyzyjny to wysoka cena, jaką lokalne społeczności płacą za polityczne przesilenia. Z perspektywy obywatelskiej to jednak brutalna, choć na pewno skuteczna lekcja pokory dla władzy. Ale czy wyciągną ją wszyscy? Czytaj też: Zabrakło 28 głosów. Referendum w uzdrowiskowym mieście nieważne